Zabawna rzecz to dorastanie. Przez całe życie jesteś przekonany, że świat jest jakiś tam, a tu raptem, nie wiadomo skąd, wszystko się zmienia. Zaczynasz zdawać sobie sprawę, że być może rodzice nie są wszechwiedzący, że władza jest skorumpowana, że twoi przodkowie to mordercy. Pewnego dnia odkrywasz, że umrzesz – a potem, któż to wie? Początkowo dociera to do ciebie stopniowo; dostrzegasz, że świat wcale nie jest taki, jak mówili. Kiedy zacierają się ślady prania mózgu, możesz tylko chcieć, żeby powstał w nim jakiś nowy zapis.
Charlie Brickle powiedział mi to wszystko.
Ja mu na to, że pewnie tak jest.
A on, że prawdziwe pytanie brzmi – co z tym robić? Co zrobić, by uniknąć sytuacji, kiedy pewnego dnia odkrywasz, że skończyłeś trzydzieści, czterdzieści, pięćdziesiąt lat i zaczynasz zastanawiać się, co zrobiłeś ze swoim życiem?
Wtedy pytam go, co on o tym myśli, bo przecież w tym sęk. Ja jestem tu tylko po to, żeby podtrzymywać rozmowę. Możesz nazywać mnie Tonto. Igor. Sancho Pansa.
Charlie pyta, czy całe życie chcę być pionkiem. Czy podejmę ryzyko rozegrania swojego istnienia według cudzych reguł, pozwalając na to, żeby inni decydowali, co jest dobre.
Teraz zasadniczo jest mi wszystko jedno, ale domyślam się, że odpowiedź, jakiej ode mnie oczekuje, to „nie”. Kiedy rozmawiam z Charliem, czuję się czasami tak, jakbym odpowiadał na te wszystkie pytania, które zadają w nocnych programach informacyjno-reklamowych. Czy pragnąłem wolności?
Szczęścia?
Chciałem lepszego życia?
Wszystkiego. A wtedy Charlie tłumaczy mi, że na świecie są trzy kategorie ludzi.
Już północ, a my siedzimy sobie na plaży, na chłodnym piasku. Charlie leży na plecach i podpiera się łokciami; ja siedzę skulony, kolana przy twarzy, ramiona wokół kolan, broda na ramieniu.
I pytam:
– Tylko trzy?
Łagodna fala rozbija się o piasek i wraca do Atlantyku.
– Trzy, i daję ci słowo, że każdy, kogo znasz, świetnie przystaje do jednej z tych grup.
Zupełnie jakby Charlie miał wbudowany werbel i ciągle obwieszczał, że mówi o frajerach, dupkach i tych, co są spoko.
– Pomyśl o kimś.
Każda rozmowa z Charliem wygląda jak „wybierz kartę, dowolną kartę”. On o tym wie – i wie, że ty o tym wiesz – ale wciąż ci się wydaje, że może nauczysz się tej sztuczki, jeśli będziesz dostatecznie uważny. Jeśli zagrasz razem z nim.
To zagrałem. I pytam:
– Keith?
– Dupek.
– Keith to jednak nasz kolega.
– Keith jest twoim kolegą. Tak czy inaczej, to nie ma znaczenia. I tak jest dupkiem.
– Phil.
– Frajer. Daj spokój, wymyśl coś trudniejszego.
– Ale skąd wiesz? Jak ty ich oceniasz?
On odpowiada, że to proste równanie. Jeśli są zbyt kiepscy, żeby się z nimi zadawać, to frajerzy; jeśli zbyt ohydni, żeby mieć z nimi coś wspólnego, to dupki. Każdy inny jest spoko. Tych jest mniej, niż ci się wydaje.
Ja się śmieję, ale on nie. Patrzy w górę na niebo, a potem w dal, na ocean. Przez długi czas spoglądamy na odbicie księżyca tańczące po wodzie. Za kilka dni będzie pełnia i prawie dokładnie widać cień, który wkrótce wypełni się białym światłem.
Tylko dla zabicia ciszy mówię mu, że jego system jest do dupy. To nie jest system uniwersalny. Opiera się tylko na jego własnej opinii, a kim on jest, żeby wydawać ostateczne wyroki?
On na to:
– Wal się. Wiem, co jest grane. Jeśli mówię, że ktoś jest dupkiem, to znaczy, że jest dupkiem. Jak ci się nie podoba, możesz sobie wymyślić własny pieprzony system.
Odchylam się i czuję chłodny piasek na dłoniach. Niebo ma kolor ciemnoniebieskiej akwareli, a woda ciągnie się bez końca. Powietrze jest chłodne. Noc powinna być doskonała. I chyba jest.
Tak się składa, że mogę teraz myśleć jedynie o Rebece Tuttle.