WP

Maciej Marcisz "Taśmy rodzinne", fragment książki

Przenikliwa, szczera, zabawna i bezkompromisowa opowieść o pokoleniu dorastającym w latach 90. Z dowcipnej historii o próbach radzenia sobie z dorosłością „Taśmy rodzinne” – pełen ironii portret pokolenia dorastającego w latach 90. – przeradzają się w poruszającą sagę rodzinną. To opowieść o magicznej i fatalnej sile pieniądza, narodzinach fortun nowobogackich i toksycznym poczuciu wyjątkowości. O klasowej pogardzie, która na długi czas podzieliła społeczeństwo na lepszych i gorszych. Międzypokoleniowych barierach i marzeniach, które zamieniają się we własne przekleństwo.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Maciej Marcisz "Taśmy rodzinne", fragment książki
(Materiały prasowe)
WP

To nie był dobry czas dla Marcina Małysa. Próbował przypomnieć sobie ważną myśl, której nie zdążył zapisać trzy dni temu. Wydawało mu się, że tej myśli – tak kunsztownej, trafnej, ujmującej znaczną część rzeczywistości – nie da się tak po prostu zapomnieć, wierzył, że zostanie z nim już na zawsze. Mylił się. Myśl uciekła. To nie był dobry czas dla Marcina Małysa. Powtórzenie. Problem z kulturą i światem, w którym żył był taki, że większość osób powtórzenia miała za coś niedopuszczalnego. W opinii sporej grupy ludzi lepiej jest zobaczyć nowy film, zamiast trzeci raz oglądać Przypadek lub Króla lwa. Ludzie ci uważają, że lepiej jest przeczytać nową książkę – na przykład tę, dać jej szansę, niż męczyć po raz któryś Panią Bovary albo nawet – powiedzmy Biegunów. Marcin Małys przeżywał ostatnio sezon powtórek.

Siedział przed komputerem i czuł się tak żałosny, że zaczynał płakać, płakał przed komputerem i czuł się jeszcze bardziej żałosny, przeglądał Facebooka i puszczał smutne piosenki żeby płakać jeszcze bardziej, zasypiał w skarpetach i spodniach z paskiem uciskającym biodra. Rano nie zawsze udawało mu się obiecać sobie, że kolejny dzień będzie inny. Czasem nie budził się wcale rano, tylko na przykład o dwudziestej drugiej. Tak było tym razem. Spojrzał przez okno. Światła blokowych mieszkań układały się w przegraną partię tetrisa. Kryzys ćwierćwiecza przedłużył się do trzydziestki. Jego wiek sugerował, że coś – cokolwiek – powinno już być u s t a l o n e, jednak ciągle nie było. Geny Marcina najprawdopodobniej nie miały zostać nigdy przekazane, a entuzjastyczne reakcje na jego twórczość skończyły się szybko i nie zapowiadały nawet skromnej wieczności. W pole zawód wpisywał artysta wizualny i jeśli zbiera wam się właśnie na wymioty, uwierzcie, że on miał tak samo. Więc w pole zawód wpisywał artysta wizualny, mimo że od ponad roku nie zaprezentował niczego nowego. Angażował się w „projekty”, odczyty, dyskusje, pokazy, brał udział w w a r s z t a t a c h. Coś, co miało być tylko zapowiedzią jego kariery, budziło obawy co do swojej ostateczności. Przyjaciele, choć umówili się między sobą, że zachowają wobec jego inercji uprzejmą cierpliwość, tracili ją. Zróbże coś wreszcie. Ogarnij się, weź po prostu wstań i albo skończ ten swój projekt, albo daj spokój i idź do normalnej pracy, zdawali się mówić, choć nie przechodziło im to przez gardło. Ok, wstanę i zacznę od jakiejś małej rzeczy, na przykład od zmycia naczyń – odpowiadał Marcin. Ale na początku zapalę w ramach nagrody za samą chęć zrobienia czegoś, myślał. W końcu był człowiekiem uprzywilejowanym, w stanie depresji, a ci dbali o rytuały tak bardzo, że stawały się one celami samymi w sobie. Nie zrobię tego, póki nie posprzątam, muszę mieć czystą przestrzeń do pracy, bo ewidentnie to miejsce wydziela negatywne feng shui, ale posprzątam dopiero gdy nastawię dobrą muzykę do sprzątania, ale w tym celu muszę wejść na ulubiony portal muzyczny, gdy zapalę pachnącą świeczuszkę, wykąpię się, wypiję kawę i zjem pyszne wartościowe śniadanko z musli i z owocami poprzedzone łykiem wrzątku z cytryną. W końcu człowiek wyszkolony przez psychoterapię i religię akceptacji samego siebie, tak totalnie całego siebie aż po końcówki małych paluszków u stóp, ma tak niskie wymagania wobec swojej osoby, że wypicie przepisowych dwóch litrów wody dziennie małymi łyczkami uważa za wystarczający powód do ogłoszenia triumfu i zaśnięcia snem sprawiedliwego.

WP

Marcin w końcu wychodzi na balkon by zapalić i nagrodzić się za samą – mikroskopijną, ale jednak – chęć zmycia naczyń. Wtedy widzi, w bloku naprzeciwko, kochającą się heteroseksualną parę. W nieśmiertelnej różnicy między „uprawianiem seksu” a „kochaniem się”, Marcin postawiłby na to drugie, choć oni, równie ewidentnie co kochali, również się rżnęli. Mieli młode ciała. Mężczyzna z małym brzuszkiem wchodził w kobietę – kompetentną szatynkę od tyłu, a ona zdecydowanie nie robiła tego pierwszy raz, ani dla niego w ramach prezentu swojej woli, po prostu chciała tego. Chcesz tego. Chcesz tego. Mężczyzna robi krótkie przerwy najpewniej żeby nie skończyć zbyt szybko. Marcin odpala papierosa, stoi na balkonie, patrzy co wydarzy się dalej. Dalej, chcesz tego. Zmiana pozycji. Kobieta kładzie się na skraju łóżka, poci się, jej piersi topią się jak dwie gałki lodów, zrzuca pościel w ludowe wzorki, która – tak zgaduje Marcin – jest „ironiczna”. Mężczyzna klęka, ona wypowiada coś, jedno zdanie, i zaczynają się śmiać. Atmosfera jest tak dobra, że Marcin ma ochotę zawołać i poprosić czy nie mogłaby powtórzyć, bo też chciałby usłyszeć ten dowcip, pośmiać się razem z nimi. Tak jest fajnie. Mężczyzna wraca do swojej roboty, coś mu przeszkadza, nagle wstaje, żeby spuścić roletę, ale wtedy dostrzega Marcina, mówi do niej, ona lekko podnosi się i też na niego patrzy, Marcin nie wie co robić, więc odwzajemnia spojrzenie, wzrusza ramionami, zaciąga się, oni wybuchają śmiechem. Zostawiają odsuniętą roletę i zaczynają ruchać się naprawdę mocno, chyba ich to podnieca, choć Marcin niespecjalnie w to wierzy. Widzi dwa nagie ciała i zapala drugiego papierosa, oni co jakiś czas zerkają na niego, a Marcinowi wcale od tego nie staje, raczej coś się w nim zapada. Klasyfikuje doświadczenie jako „miejskie”. Nie chce już dłużej patrzeć i opuszcza balkon, para nadal to robi.

W mieszkaniu jest ciemno, ale chciałby, żeby było jeszcze ciemniej. Zasłania wszystkie okna po kolei. Salon, kuchnia, sypialnia, aż ogarnia go mrok. To nie tak, że nigdy nie uprawiał seksu, lub że nigdy nie żył. Po prostu pojawiły się komplikacje. Wszystko zaczęło się od „naprawdę dobrej kamery”, która była mu bardzo potrzebna do ukończenia videoartu. Tak, mógł ją pożyczyć, ale wolał kupić, by móc później pożyczać innym i na tym zarabiać, szczególnie, że – jak mówią badania – artyści w Polsce raczej nie mają się szans utrzymać, jeśli nie odziedziczą mieszkania po rodzicach czy dziadkach. To był pomysł na inwestycję. Marcin nie był dobry w kwestiach formalnych. Pożyczył kamerę bez papieru koledze, a ten usunął go ze znajomych i bach. Kamera zniknęła. Co spowodowało poważny ubytek na koncie Marcina, choć nie pierwszy. Było też kilka, z perspektywy czasu, niepotrzebnych wyjazdów zagranicznych (ale wydawało się, że zobaczenie wystaw w Londynie, Paryżu i, podróż do Nowego Jorku, bilety w bardzo atrakcyjnej cenie, będą konieczne dla jego rozwoju artystycznego). Oszczędności przestały istnieć. Problemem było też to, co zauważył ostatnio, że cokolwiek kupował, płacił co najmniej dwadzieścia złotych. Dwadzieścia złotych płacił codziennie za lunch, dwadzieścia płacił gdy wybierał się po papierosy (zapalniczka, którą wiecznie gubił plus guma lub coca-cola), co najmniej dwadzieścia gdy próbował kupić cokolwiek w Carrefour Express, tyle samo w klubokawiarniach (kawa plus ciastko, nie potrafił sobie odmówić) lub nawet za krótką podróż taksówką. Zwyczaj kupowania czegoś c najmniej pięć razy dziennie , wzmagany liczbowo w weekendy, skutkował tajemniczymi zniknięciami tysiąca złotych w tydzień. Pieniądze od rodziców już nie wpływały, a stypendium przychodziło raz w miesiącu. Zaczął pożyczać przez internet. Potem od przyjaciół. W końcu od znajomych, ale oni chcieli odsetek. Zawsze miał kasę i nowego iPhone'a, więc nikt się nie bał mu pożyczyć. Był z bogatego domu, więc jak miał nie oddać?

Teraz, dwa lata od zakupu i utraty „naprawdę dobrej kamery” jego długi wynosiły pięćdziesiąt siedem tysięcy złotych. Wydawało się to niemożliwe do czasu kiedy odważył się usiąść i je przeliczyć. Naprawdę tyle wynosiły. Bał się sprawdzać skrzynkę. Bał się maili, telefonów od obcych numerów i telefonów od znajomych numerów. Musi jakoś przetrwać do trzydziestych pierwszych urodzin. Wtedy, zgodnie z zapisem umowy, ma otrzymać 100, słownie sto tysięcy złotych z konta taty na „rozpoczęcie [własnej działalności gospodarczej](https://msp.money.pl/wiadomosci/poradniki/artykul/wlasna-dzialalnosc-gospodarcza-kiedy-warto

WP

,133,0,2420869.html)”. Kwota na początku miała być mniejsza, na szczęście Marcin odważył się zwrócić ojcu uwagę, że – w przeciwieństwie do swojego rodzeństwa – nigdy nie dostał samochodu (bo nie chciał). Więc w zaokrągleniu tyle wyszło. Sygnał wiadomości. Sygnał drugiej wiadomości. Sygnał trzeciej wiadomości. Łukasz.

hej M
jak ci idzie z projektem?
zrobiłem już liste miejsc
kiedy się widzimy?
wiem ze to za tydzień, ale tak pytam
zbiorka na centralnym?
zarezerwowałem spoko nocleg
...

Nie, nie stać go było na ten wyjazd. Łukasz nie wiedział nic o długach. Nie pojadą razem do Pragi, ani do Berlina, ani nigdzie. Nie miał już skąd pożyczyć. Odpisze mu. Odpisze mu później. Kochany Łukasz. Zaraz mu odpisze, ale najpierw wszystko przemyśli. Potrzebuje przerwy.

Otwiera przeglądarkę i zaczyna skrollować, klikać w linki, a potem w linki, do których tamte linki kierowały, krótkie filmiki, teledyski, fałszywe analizy nieistniejących zjawisk, artykuły psychologiczne i polityczne, rankingi, kolejne odnośniki. Mija jedna godzina, mija druga, aż w końcu tak dołuje się tym co robi, że jedyną drogą jest pójście spać.
Następnego dnia budzi się z bardziej nieświeżym oddechem niż zwykle, obolały. Na zegarze wybija jedenasta. Znowu się spóźnił, choć z nikim, ani na nic nie był umówiony.

WP

"Taśmy rodzinne" Maciej Marcisz, Grupa Wydawnicza Foksal

Zobacz także: Prolog: Nosowska znów zostawiła konkurencję w tyle

Polub WP Książki
WP
WP
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.
WP