Lato polarne
1.
O tej porze roku nigdy nie robi się zupełnie ciemno. Jakby morze chłonęło światło za dnia i oddawało nocą. Wszystko się świeci. Ręce szofera spoczywają na kierownicy, palce stukają rytmicznie, jakby słyszał muzykę przez odgłos silnika. Wchodzimy w zakręt ze zbyt dużą prędkością, ostro skręcając tuż przy krawędzi jezdni, tak, że gałęzie drapią o drzwi. Jest. Widzę go. Niczym wielki trawler wyrzucony na brzeg. - To ta duża buda tam w dole? – pyta szofer zaciskając palce na kierownicy. Całą drogę z dworca siedział cicho i powstrzymywał się od podglądania mnie w lusterku wstecznym, chociaż widziałem, że ma ochotę. Plamy potu pod pachami rosną, bo nie mogę przestać o nich myśleć. Muszę trzymać ręce nieruchomo przy ciele. - W dole? Dom leży przecież na wzniesieniu, przynajmniej od strony morza; pokazuję przez brudną szybę. - Tak, w dole. – powtarza kierowca i kręci gałką radia, aż nie znalazł jakiejś muzyki. Brzeg pieni się niebieskawą roślinnością, a w suchszych miejscach płoży się zawciąg. Dzika zabudowa z
bielonego eternitu, na samym środku działki, płotu brak. Zaraz będziemy na miejscu, kierowca nie może się już pohamować od zerkania w lusterko. Zwalnia, a w pamięci wałkuje moją twarz w prawo i w lewo. Kaj pewnie cały dzień czekała na schodach, popielniczka u jej stóp jest przepełniona. Prawie nic na sobie nie ma, bikini i drewniaki, nic więcej. Nasze spojrzenia spotykają się przez szybę samochodu. - - Czerwiec miał rekordowo zimne noce – mówi kierowca i wyłącza taksometr. Odwraca się do mnie, jakby chciał mnie zatrzymać, dopóki nie wygrzebie wspomnienia, które drażni jak kosmyk włosów za kołnierzykiem. Pot spływa pod koszulę, chociaż wieczorne powietrze jest zimne. W tym miejscu jest coś, co sprawia, że otwierają się wszystkie pory skóry. - Wcześnie rano, kiedy miałem kurs, w porcie był szron – kontynuuje taksówkarz i guzdra się z wydaniem reszty, żeby zyskać na czasie. A potem: - Słuchaj, a twój ojciec... Teraz się zacznie. Czułem to, wiedziałem. - Jack, prawda? – zastanawia się. Spoglądam na szczyt domu,
gdzie farba odpryskuje ze ściany smaganej deszczem. - Jest mi winien– mówi i gmera w monetach, chociaż powiedziałem, że reszta dla niego. Jasne. Jack każdemu jest coś winien. Mi także. - Uciekł od czegoś, przypomnij mu o tym. Nazywam się Ceder. Będzie mnie pamiętał. Nie odpowiadam, bo Jack jest dobry w zapominaniu, a ten dług musi być od dawna nieważny, przecież nie mieszka tu od piętnastu lat. Szybko zabieram resztę, żeby już wyjść. Mocuję się z zamkiem bagażnika, wyjmuję torby, potem on zawraca i znika na drodze w rosnącej chmurze pyłu. - Czekałam – mówi Kaj, wstaje ze schodów, kolebie się w drewniakach w przód i w tył. Stawiam torby na żwirze, ale ona nie wychodzi mi naprzeciw. Dalej stoi na schodach, z zimna ma czerwone plamy na ramionach, fakturę betonowych stopni odciśniętą na nagich udach. Jej oczy chowają się do środka niczym ślimaki. W mieszkaniu panuje ciemność, nic nie widać. Jak w programie, który kiedyś oglądałem, o dwóch wulkanologach, chyba nie dość im było ryzyka, jeździli po świecie, żeby
dokumentować wybuch za wybuchem, aż weszli w sam środek chmury wulkanicznej i nie zdążyli zawrócić. - Czekałam – mówi i nie zauważając, że przewróciła miseczkę z petami, odwraca się i wchodzi do środka.
2.
Kaj otwiera matczyny barek scyzorykiem i wyjmuje butelkę czerwonego wina, które wypijemy w jej pokoju. Wino wpływa na Kaj tak samo jak katastrofy. Kiedy katastrofa staje się faktem i wszyscy biegają w kółko wzniecając kurz, ona potrafi jak gdyby nigdy nic czyścić paznokcie. - Nie powinniśmy... – mówię, ale Kaj już stoi w drzwiach kuchni z butelką dyndającą w ręce. - Zmierz mnie! – odpowiada tylko, opierając się plecami o framugę, butelka w luźnym chwycie kołysze się nad progiem. Mamy taki swój rytuał, chociaż Kaj niedługo skończy dwadzieścia trzy lata i nie powinna już ani rosnąć ani się kurczyć. Staje na palcach, jak zwykle, ale i tak nie sięga starej kreski. Jak gdyby skurczyła się, pod moją nieobecność? Biorę pisak i rysuję nową kreskę nad jej głową, porównuję z poprzednią datą. Nie było mnie tutaj dwa lata. Pokój Kaj pachnie dokładnie tak, jak zapamiętałem, starą czekoladą, starymi gratami i kurzem. Pod łóżkiem ma swój składzik czekolady. Wyjmuje karton, wygrzebuje wielkiego czekoladowego wafelka i
podaje mi. Potem wyciąga się na łóżku i przygląda mi się przez czerwoną zawartość kieliszka. - Długo cię nie było. Tęskniłeś za mną? – pyta. Kręcę głową. - Ja też nie, bez ciebie było tu cicho i spokojnie - uśmiecha się. Ogrzewam wino w ustach. Ona robi to samo. A potem można już tylko czekać, kto się pierwszy roześmieje. Zajmujemy ulubione pozycje. Ja w zielonym fotelu, Kaj na łóżku, pali pod czujnikiem przeciwpożarowym, z którego wyjęła baterie, żeby nie wychodzić na balkon, bo zawsze kręci jej się w głowie. O tej porze roku nigdy nie robi się zupełnie ciemno. Wszystko się świeci, ciężko będzie zasnąć. Kaj rozprostowuje nogi na łóżku - kieliszek balansuje na jej brzuchu – i stwierdza, że my też powinniśmy się stąd zabierać. Jak wszyscy inni. Na wakacje. - Wakacje? Dla mnie to są wakacje. To, że jestem tu z tobą – kłamię. Patrzę jak na zegarze w radiu jednocześnie przeskakują wszystkie cyfry. Mama zaraz wyląduje na amerykańskiej ziemi. Uderzy ją żar asfaltu, obcy zapach. Być może już żałuje, że wyjechała? -
Krystian, zabierajmy się stąd - powtarza Kaj i łapie mnie za rękę – jak najdalej stąd... – mówi i wplata swoje palce między moje, powoli, natarczywie. Nie lubię, kiedy to robi. Proponuje niemożliwe. I liczy na to, że jak zawsze powiem nie.
3.
Wszędzie ten zapach, czuję zaraz od wejścia do domu. Pleśń i sól. W wykładzinach, w tapetach. Nocą w pościeli i poduszkach. To, czego najbardziej nie cierpię, równocześnie sprawia, że czuję się jak w domu. Ten zapach. Ten nieustający wiatr. Kocham morze nawet bardziej niż ludzi, ale czasami zastanawiam się, czy to faktycznie jest miłość, czy może tylko korzenie. Jakieś fizyczne wspomnienie, które tkwi w ciele i z każdym kilometrem, o jaki oddalam się od morza, rośnie poczucie, że poruszam się w złym kierunku. Być może dlatego Kaj tu została? Bo nie zniesie większej dezorientacji, niż ta, w której żyła od zawsze. Leżę jak na szpilkach czując jej nieregularny oddech na karku. Co chwilę otwieram oczy i sprawdzam, gdzie jestem, muszę pilnować, żeby wszystko nie zatonęło. To jakby spać na łodzi, w środku nocy Kaj może wywiercić w niej dziurę i pozwolić ciemności wedrzeć się do środka. Jak tylko próbuję się wymknąć, ona przez sen łapie mnie za nadgarstek i zatrzymuje. O świcie budzi mnie chłód w pokoju. Jestem sam
w łóżku, zamotany w przesiąkniętą wilgocią pościel. Nie ma Kaj. To moja pierwsza opieszała myśl. Wiatr otworzył okno, na zewnątrz mgła opada nisko, morza w ogóle nie widać. Wołam ją raz, drugi, ale przez mgłę, w gęstym powietrzu, głos nie niesie się daleko. Znikła? I to już pierwszej nocy – co ja, kurde, powiem mamie? Szybko zakładam golf na podkoszulek, ale materiał naciągnął wilgocią i wcale nie grzeje. Nasłuchuję, czy nie ma jej w ogrodzie i właśnie kiedy wychylam się, żeby znów zawołać ją po imieniu, ona kładzie mi ręce na oczach i prosi, żebym zgadnął, kto to. Ktoś przyszedł do naszego domu. Ktoś przyszedł z Kaj zawiniętą w żółtą, pikowaną kurtkę. Był środek zimy, miałem cztery lata a Kaj zaledwie parę miesięcy. Kobieta powiedziała, że to córka taty, a on, według mamy, ani nie zaprzeczył, ani się nie przyznał. Po prostu odebrał w przedsionku żółte zawiniątko, jak paczkę, której się spodziewał. Patrząc na Kaj można sobie wyobrazić, jak wyglądała jej biologiczna matka, bo nie ma rysów podobnych do
któregokolwiek z nas. Tata przeszedł przez nią bez śladu, dokładnie tak samo jak przeze mnie i Jensa. Jakby obawiał się, że utraci cząstkę siebie samego? Imiona Kaj Angelika miała wyszyte na sweterku. A ponieważ przez cały czas sądziliśmy, że kobieta, która ją kiedyś zostawiła, wróci i ją zabierze, nazywaliśmy ją dalej Kaj. Potem było już za późno na odebranie jej tego imienia, jedynego, co miała pojawiając się u nas. Mama zawsze pragnęła mieć dziewczynkę. Ale czy mogła przypuszczać, że jej jedyna córka zjawi się bez ostrzeżenia opatulona w żółtą kurtkę, z obcym imieniem, obcymi oczyma, obcym zapachem, z obcym wszystkim? Kiedy mgła znika w głębi lądu, Kaj schodzi na plażę i spędza tam wiele godzin. Dłużej siedzi w wodzie niż na lądzie, białe bikini odbija się na tle fal. Nie muszę wychodzić na słońce, mogę mieć ją na oku z piętra. Płynie do pomostu zakotwiczonego z dala od brzegu, który tata zbudował, kiedy byliśmy mali, i z niego nurkuje. Jej uchronić przed morzem się nie da. Nie da rady, mama, jak sądzę,
nawet nie próbuje. Ja jakoś zawsze wiedziałem, że prądy jej nie porwą, chociaż mama często nas przed tym ostrzegała. Kaj jest za silna i za szybka. Prądy nie uniosłyby jej, nawet gdyby sama tego chciała. Akurat kiedy pozwala głębinie, żeby ją zassała, pomyśli o mnie i nie da się wciągnąć. Wraca do domu, dopiero kiedy zaczyna robić się zimno. Spalona na raka i opiaszczona, ostro sterczące łopatki niczym lśniące płetwy grzbietowe, fajka i maska do nurkowania przyrośnięte do ręki.
4.
Muszki, które unoszą się nad wodorostami, są mniejsze i trudniej je złapać, przelatują przez palce, są niemal przezroczyste jak morze. Zamknięte w słoikach latają dalej, powoli, jakby leciały pod wodą. Zwierzęta. Lubi się je. Zwłaszcza jako dziecko, nic w tym dziwnego. Czasami wyrządza się im krzywdę, ale to przechodzi, to tylko coś, co się zdarza, a potem człowiek tego żałuje i zapomina. Skrzydełka much są tak cienkie, jak poranny lód na kałuży. Chce się sprawdzić palcami, czy wytrzyma. Jeden raz tylko, kiedy miałam trzynaście lat, wiele lat po tym, jak Jack się od nas wyprowadził, mama wysłała mnie do niego. Z powodu ptaka, bo żywcem obdarłam go z piór. Leżał pod zlewem w pudełku po butach, uwiązł w siatce nad malinami i uszkodził sobie skrzydło. Krystian przez wiele dni karmił go komarami i wodą z cukrem. Był piękny, cały czarny. Najpierw powyrywałam pióra na skrzydłach, chciałam zobaczyć, co jest pod spodem. Rzucał nogami, ale się nie odezwał. Mamę ogarnął niepokój. Nie o ptaka, o mnie. Nie-pokój. Wpadła
w histerię i wysłała mnie do Jacka. A ptak? Jemu ukręciła kark i zakopała za garażem, co miała zrobić? Jack nie był przygotowany na moje przyjście. Prawie zapomniał, że istnieję. A tu nagle stoję na schodach razem z mamą i torbą, którą mi spakowała. - Tydzień, za tydzień po nią przyjadę. – powiedziała mama. Wystarczająco długa kara, żebym już nie powtórzyła numeru z ptakiem. - Jack, ona jest też twoja, zapomniałeś? – zwróciła mu uwagę, widząc jego spojrzenie. A potem odeszła. Nie wspomniawszy mu, co zrobiłam, bo Jack kochał zwierzęta i wpadłby w szał, gdyby usłyszał o ptaku. - Dlaczego przychodzisz teraz, skoro nie przychodziłaś nigdy wcześniej? - zdziwił się. Ale ja nie byłam taka głupia, żeby mu odpowiadać. Zdawał się wierzyć, że mama poznała jakiegoś faceta i to dlatego – niech sobie wierzy. Nie cieszył się wcale, że ma mnie u siebie. Nie miał czasu. Prawie się nie znaliśmy. No i te kobiety. O nich mamie nie powiedział, zrozumiałam to, kiedy już pojechała. Że Jack miał masę kobiet, do których musiał
zdążyć. Mnóstwo kobiet. Za dnia mogłam w mieszkaniu robić, co chciałam, podczas gdy on siedział przed telewizorem, zwijał papierosy, smażył paluszki rybne, zmywał naczynia. Jednak jak tylko zapalały się latarnie, musiałam iść do pokoju, w którym rozłożył mi łóżko polowe. Zamknąć drzwi. Nie pokazywać się, nie gadać, nie oddychać. Szybko się nauczyłam. Miały brzydkie samochody. Nie wiem, dlaczego... ale wszystkie miały brzydkie samochody, takie babskie, widziałam przez okno. Miałam nadzieję, że żadna z nich nie jest moją prawdziwą mamą. I ten zapach. Z miejsca było czuć ich zapach. Jak tej z passatem, pamiętam ją, bo była pierwsza, potem zaczęły mi się mieszać. Przyszła już drugiego dnia, widziałam przez szparę żaluzji samochód zaparkowany w poprzek chodnika. Żółty passat z kołnierzem rdzy nad kołami. Babski samochód. Babskie parkowanie. Zostawiłam szparę w drzwiach, taką, żeby móc przez nią wyglądać. Jack stał w kuchni i nalewał coś dla nich obojga do szklaneczek z crustą. Jej głos ze stołowego. Było widać
jedynie parę grubawych nóg w nylonach. - Jack... Dla mnie z lodem – zawołała. Z lodem? Chyba będzie musiała się bez niego obejść. Jack nie miał lodu. Lód jest przecież dla bab. Muszę tkwić w pokoju, drzwi mają być zamknięte, bo mnie przecież nie ma, zresztą jak miałabym stanąć pośród tych szklaneczek i muzyki, powiedzieć: "Cześć, jestem Kaj" i podać rękę, jak mnie mama uczyła? Kobieta wstała z fotela i mignęła mi w uchylonych drzwiach, nim usiadła na kanapie plecami do przedpokoju. Chciała mieć Jacka koło siebie. Nie przyszła tu tylko po to, żeby siedzieć z nogą na nogę i gadać. Była ciemnowłosa, ubrana na kolor swojego passata, w coś żółtego, wąskiego, opinającego się wszędzie. Wszedł Jack ze szklaneczkami, ale usadowił się w fotelu zamiast obok niej. Ona zaśmiała się trochę nerwowo z kanapy, chyba nie podobało jej się, że on tak na nią patrzy. Z daleka. - Na-co-się-tak-gapisz? – zaśmiała się. Jack zapalił papierosa, poczęstował ją, chociaż mierzi go, kiedy babki palą. Podszedł do adaptera i puścił coś, co
sądził, będzie się jej podobało. Coś spokojnego. Jedną ze starych płyt mamy, Barbrę Streisand. Coś, czego mama już nie słuchała. Tę płytę zachował pewnie na pamiątkę. Cholera, sikać mi się zachciało. Muszę, muszę, muszę się trzymać w ukryciu. Położyłam się na łóżku i otworzyłam paczkę chipsów, które dostałam od Jacka, żeby przez cały wieczór się nie pokazywać. Zacisnęłam nogi, szybko wrzuciłam w siebie kilka garści, przewróciłam się na brzuch i zaczęłam macać pod łóżkiem w poszukiwaniu słoika. Jest. Przeszmuglowałam go w torbie z domu, teraz podniosłam i trzymałam pod światło. Zwierzak napęczniał już do granic, zaczął się kurczyć. Kolor zmieniał się już z brązowego na szarofioletowy, oczy wytrzeszczone i suche. Oddychał. Calutki tydzień a on nadal oddychał. Potrząsnęłam słoikiem, tak że przewrócił się do góry nogami. Nóżki drgnęły mu lekko, ale nie dał rady sam się przewrócić. Jeśli nie przestanie oddychać do jutra, zrobię to, pomyślałam. Zrobię to, zdecydowałam. Nikt nie może przez tydzień żyć bez
powietrza, Jens tak powiedział. Odłożyłam słoik i rzuciłam na niego T-shirt, żeby Jack go nie znalazł, gdyby wszedł i zaczął węszyć. On troszczył się o zwierzęta, wiedziałam przecież, zupełnie jak Krystian. O ptaszki, które wpadły na szybę, nawet o insekty. Dostawał szału, widząc, że ktoś im coś robi. Długo już nie wytrzymam. Będę musiała przykucnąć na parapecie i sikać jak jakiś dzikus prosto w ciemność (...)