Lato miłości
szkocka
Czasem we wspomnieniach wydaje mi się, że właśnie w dniu ślubu natknęłam się na nią po raz drugi.
Ale nie mam pewności. Przypomina mi się mniej więcej coś takiego: stała na wysokim murze, gdzieś na wolnym powietrzu, w beżowej sukience. Na cokole naprzeciw niej przysiadł kamienny lew albo może pies, który kruszył się wokół szczęk i wokół ogona. Brakowało jej tylko skrzydeł. Płakała. Ale trochę wcześniej. Miała mokrą, smutną twarz i zapytała:
– Czy pamiętasz, że moja siostra umarła?
Teraz jednak, kiedy snuję rzetelniejsze wspomnienia, takie w środku dnia, na temat mojej wycieczki do Fakenhamów właśnie w dniu ślubu, ona nie występuje w nich wcale.
Po weselnym obiedzie, a przed wieczorną popijawą, około piątej trzydzieści po południu, z prędkością wywołującą gęsią skórkę, po wąskich, wiejskich uliczkach pędziłam na rowerze do domu Fakenhamów w Goldwell.
Goldwell to mała wioska trzy mile od naszego pubu. Ekskluzywna i niebrzydka, z budynkiem dla lokalnych władz, stajniami, kościołem z wieżą i małym sklepem spożywczym, sprzedającym oliwki oraz wino lekarzom, dentystom, skrzypkom i księgowym. Byłam podpita.
– Idź do klasztoru! – wykrzykiwałam (unosząc w powietrze pięść). To, co Hamlet powiedział Ofelii, było moim ulubionym – i jedynym zapamiętanym – szkolnym cytatem.
Oddychałam głęboko, a ponieważ w soboty fabryka skór pracowała tylko do południa, drapiący w gardło smród świeżej krwi zanikał. Oddychanie potęgowało uczucie pijanej niefrasobliwości. Lindy miałam już z głowy. Ja natomiast byłam gotowa na wszystko i wolna.
Idź do klasztoru! W cholerę z tym. Chyba nie mogłabym wymyślić niczego gorszego: zapewnienie sobie podziwu mężczyzn, seks, alkohol i przestępstwa były moimi jedynymi pragnieniami. Dotknęłam skóry twarzy i wydała mi się ona żurnalowo miękka. Tego dnia włożyłam w swoją twarz całkiem sporo pracy: dwie maseczki – zmywalna i typu peel off, parówka na zaskórniki oraz własnej produkcji tonik z soku z ogórków. Następnie nawilżałam i odżywiałam twarz domowej roboty mazidłem z żółtek i miodu, po czym nałożyłam grubą warstwę kremu nivea. Gotowa byłam nawet wybrać się do sklepu i ukraść jakiś droższy krem.
Ogoliłam się także we wszystkich niezbędnych – i kilku zbędnych – miejscach, a następnie nasmarowałam olejkiem. Byłam więc surowa i mięsista, jak coś, co za chwilę ma się znaleźć w piekarniku. Wcześniej byłam też w domu, żeby się przebrać i żeby otworzyć kasę. Spod sprężyny w jednej z przegródek szuflady na pieniądze wyszarpnęłam miękką dziesięciofuntówkę i wsunęłam ją pod pasek krótkich spodni, które miałam na sobie.
W pokoju miałam pudełko, w którym zbierałam skradzione pieniądze. Białe pudełko po butach. Prasowałam wszystkie banknoty, a potem, jeszcze ciepłe, głaszcząc układałam na jego dnie. Lubiłam wyobrażać sobie, jak wielki będzie ciężar mojego pudełka, kiedy pewnego dnia napakowane będzie po brzegi ciężkimi warstwami pieniędzy, jak forma na ciasto ptysiowe. Była to fantazja o niemal seksualnych wymiarach.
Przed wyjazdem walnęłam sobie dwie lufki wódeczki i jedną szkocką, a wszystko to już po szampanie, brandy i winie. Nie jadłam niczego ze szwedzkiego stołu, choć bardzo długo mu się przyglądałam.
Lindy w obecności wszystkich tych pastelowych gości głośno wyraziła swoją nadzieję, że nie zacznę znów przypominać wyglądem dzieci z Kambodży.
Ze świstem pędziłam wzdłuż działek, które ciągnęły się od końca nabrzeży, krzaków jeżyn i dzikich róż, po spieczone pola i granice miasta. Do Fakenhamów jeździłam przez ostatnie trzy i pół roku, więc opracowałam sobie superszybką trasę z Whitehorse do Goldwell i te ponad trzy mile potrafiłam pokonać w mniej niż piętnaście minut.
Było przyjemnie. Nerwowe wydarzenia tego dnia miałam już za sobą, moja skóra była blada i miękka, a ja sama umalowana i szczęśliwa. Upał zelżał, świeciło słońce i z pewnością nie groziło mi niebezpieczeństwo napotkania mordercy. Po dwóch milach zatrzymałam się, jak zwykle, przy pewnej kawiarence, żeby zagrać na stojącej w niej maszynie, jednak kiedy weszłam do środka, kobieta potrząsnęła głową i powiedziała, że ją skradziono. Ktoś ukradł maszynę! Nigdy przedtem o czymś takim nie słyszałam i rower aż chwiał się od mojego śmiechu. Próbowałam sobie wyobrazić, jak można było to zrobić. I gdzie ją potem ukryć?
Później zezłościłam się, że nie mogę sobie pograć, i musiałam wziąć kilka wdechów ventolinu. To było takie samolubne, żeby ukraść maszynę. Była niezła. Nazywała się „Łowca nagród” i miała rysunek tropikalnej wyspy, drzew palmowych i piersiastej dziewczyny. A złodzieje pewnie nie będą na niej grać. Nie będą jej polerować, by świeciła im w sypialni albo na melinie, albo nawet gdzieś w stodole, w której mogliby sobie grać, ilekroć przyjdzie im na to ochota. A to byłby całkowicie zrozumiały powód kradzieży maszyny do gry. Nawet coś szlachetnego. Ale nie! Oni rozwalili ją na pewno młotkami i piłami, wzięli tylko pieniądze, porzucając gdzieś cudowną obudowę, by gniła i rdzewiała. Gdzie można by ukryć ciało zabitej dziewczyny albo obudowę automatu do gry? W opuszczonej fabryce, w głębokich i ciemnych piwnicach hurtowni, w składzie zboża na terenie fabryki paszy dla zwierząt?
Pojechałam dalej bez wygranej i kiedy dotarłam na miejsce, zobaczyłam panią Fakenham w tym jej ładnym czerwonym szlafroku, odkładającą pudełka zbożowych płatków śniadaniowych na sosnowym stole w kuchni. Mój cyfrowy zegarek pokazywał piątą pięćdziesiąt osiem po południu, jednak takie rzeczy zdarzały się w domu Fakenhamów. Od samego początku było w tym miejscu coś nienormalnego.
Napotykałam na wskazówki, które powinny były ostrzec mnie przed Fakenhamami.
Pani Fakenham podobno była aktorką, choć ja osobiście nigdy nie widziałam jej w telewizji, a mój tatuś oświadczył: – Jeśli ta cholerna baba jest aktorką, to ja kurwa jestem księżną Walii! – Ale wtedy Cleo powiedziała mu, żeby się zamknął i stwierdziła, że według niej pani Fakenham była kiedyś aktorką, ale potem kontrolę nad jej życiem przejęły dzieci i konieczność dbania o mężczyzn. Kto mógł wiedzieć, co było prawdą?
Kiedyś, niedługo po śmierci mamy, podczas spaceru przy świetle księżyca widziałam, jak pani Fakenham kąpie psa w środku nocy. Innym znowu razem ucierała zioła w czarnym, plastikowym wiadrze z olejem. Kiedy miała zły dzień, w całej okolicy słychać było, jak krzyczy. Właściwie zawsze miała w sobie coś z czarownicy. Nie powinno więc zaskakiwać, że w jej domu zmarła dziewczyna, choć nikt o tym nie mówił. Wcale nie wydawało mi się to dziwne, ponieważ o mojej mamie też nikt nie mówił. Z wyjątkiem Cleo, ale wtedy udawaliśmy, że nie słuchamy.
Cleo mówiła o mojej mamie miękko, jakby jej słowa składały się na hymn, śpiewany przez stojącego gdzieś daleko kościelnego śpiewaka.
Minęłam salon, który wydawał się być chłodny nawet w tym śmiertelnym upale. Olbrzymi kominek z cętkowanego czarnego marmuru wyglądał jak nagrobek.
Początkowo byłam zupełnie nieistotnym elementem życia rodziny Fakenhamów. Rzadko odzywali się do mnie, choć przychodziłam na ich teren regularnie, odkąd skończyłam dwanaście lat. Przez cały ten czas, kiedy opiekowałam się Willow, Tamsin Fakenham była w szkole. Kilka razy w ciągu ostatniego roku widziałam, jak obserwuje mnie przez okno, ale podeszła do mnie tylko jeden jedyny raz, żeby powiedzieć o śmierci swojej siostry.
Fascynujący był dla mnie fakt, że dzieci z bogatych rodzin wyjeżdżały do szkoły gdzieś daleko. Kojarzyło mi się to z afrykańskimi chłopcami maszerującymi do dżungli, cierpiącymi na alkoholizm aktorkami w kalifornijskich klinikach, albo małymi złodziejami, którzy, wysłani do poprawczaka, uczą się dokonywać podpaleń i napadów z bronią w ręku. Czułam, że odkąd trzy lata temu odeszła mama, ja też byłam gdzieś daleko. Za górami i lasami. A moja rodzina była zbyt zajęta umieraniem i zakochiwaniem się, by zauważyć, jaki kawał stąd mnie poniosło. Wtedy, w dzień ślubu Lindy, uważnie przeprowadziłam rower po długim podjeździe i między samochodami, lekko unosząc koła nad żwirowaną nawierzchnią. Nie pomachałam dłonią w kierunku domu, choć wcześniej ten żenujący służalczy gest zdarzał mi się czasem. Zamiast tego po prostu oparłam rower o ścianę garażu i poszłam w kierunku wybiegu, obok szopy, uginającej się pod czarnym ciężarem ziemi i liści.
Willow czekała przy furtce. Brud i pot utworzyły jej na grzbiecie małe kuleczki. Idąc, zataczałam się lekko, bardziej pijana niż mi się wydawało. A potem weszłam do stajni. Było tam tak chłodno i cicho, że zawsze przychodził mi na myśl mój dom rodzinny, w którym było wręcz przeciwnie.
Musiałam wynieść się z domu! Popełniać przestępstwa i być wolna. Od tygodni już porządnie nie wygarniałam gnoju. Na kamiennej podłodze leżał lepki, podgniły muł przypominający wyglądem gotowany szpinak, wymagała więc spłukania gumowym wężem. Na samą myśl o tym w moich podpitych kończynach odezwał się ból. Musiałam wziąć łyk wody.
Zrobiłam, co mogłam, żeby doprowadzić stajnię do ładu i usiadłam na furtce, żeby odpocząć. Dłonią masowałam sobie kark. Siedziałam tak jakieś dziesięć minut, kiedy na ścieżce prowadzącej do furtki pojawił się pan Fakenham. Nie widziałam go od kilku miesięcy. A nigdy dotychczas nie widziałam, żeby świadomie zbliżał się w moim kierunku.
Nie wróżyło to dobrze.
W zdecydowanej większości ojcowie nie odzywali się nawet słowem, kiedy w pobliżu zjawiał się ktoś w moim wieku. Żałosne niemowy! Pan Fakenham był inny. Choć w ciągu ostatnich trzech lat odezwał się do mnie tylko dwa lub trzy razy, zawsze był ożywiony i uprzejmy.
Cieszyłam się, że mam na twarzy grubą maskę makijażu. Pan Fakenham był bardzo męskim mężczyzną.
Była pora kolacji. Słońce stało nisko na niebie i zbliżał się do mnie ze złotą obwódką światła, jakby anielską poświatą wokół tego swojego wysportowanego, tatusiowego ciała. Szedł dziwnie szybko, jakby posuwał się po ruchomym chodniku, albo jechał na łyżwach kilka cali nad ziemią. Anne-Marie nazywała go superfacetem z reklamy.
Biedna, zagubiona Anne-Marie. A przecież był czas, kiedy ludzie przysyłali nam wspólne kartki na Boże Narodzenie i trzymałyśmy je u siebie na zmianę, po dwa dni każda z nas.
Tak czy owak, pan Fakenham nie był typem człowieka, którego lubiliby inni. Mój tatuś spotkał go kiedyś i powiedział: – Ten facet straciłby grunt pod nogami w najzwyklejszej kałuży! – A przecież pan Fakenham miał ponoć jakieś tytuły naukowe i zatrudniał trzysta pięćdziesiąt osób. Codziennie wjeżdżał do Whitehorse w swoim srebrnym samochodzie i zatrzymywał się na prywatnym miejscu parkingowym, gdzie na asfalcie wymalowane były jego inicjały.
Kiedy do mnie podszedł, z pijanym zapałem szczotkowałam Willow, skupiając na niej wzrok. Obserwowałam, jak drżą mięśnie na jej bokach, kiedy uderzam o nie szczotką. Latem pod skórą pulchniły się przyjemne poduszeczki końskiego tłuszczu, ale zimą była zawsze chuda jak szkielet, bez względu na to, jak bardzo by się ją karmiło. Jak moja mama, kiedy była w szpitalu.
Idź do klasztoru!
Nie chciałam rozmawiać z panem Fakenhamem. Nie byłam przekonana, czy jestem w stanie konstruować poprawne zdania. A z mojego doświadczenia wynikało, że o tym, jak bardzo jest się pijanym, można się przekonać dopiero gdy zacznie się mówić.
Gdzieś za mną ktoś delikatnie brzdąkał na gitarze. Muzyka dochodziła z sypialni na piętrze. To była piosenka Wild Thing, grana cicho i niepewnie przez kogoś, kto dopiero uczył się akordów. Ta muzyka przywołała mi na myśl Lindy skaczącą po łóżku i jej włosy, spięte do góry i lepkie – jak wata cukrowa. No i stanął tuż obok. Biała koszula, w której chodził do pracy, krawat, luźne spodnie spięte paskiem i wąsy. Nieruchomy i przejrzysty dzień wydawał się jak ze szkła, a przez tę szklaną przestrzeń prześlizgiwał się zapach miętowej pasty do zębów i mgiełka cedrowej wody po goleniu. Na policzkach miał jasnoczerwone ślady krwi, przyschnięte jak malutkie jagody. Była szósta dwanaście w sobotnie popołudnie, a on zachowywał się tak, jakby była ósma rano w poniedziałek.
– Mona?
– D…dobry – odpowiedziałam nerwowo, zaskoczona, że wie, jak mam na imię.
– Co u ciebie? Żona mi mówiła, że twoja siostra bierze dziś ślub. Nie byłem więc pewien, czy zjawisz się dzisiaj, żeby zająć się Willow.
– Będę dzisiaj krótko – powiedziałam. Dźwięki Wild Thing ustały, jakby ktoś zamarł w zasłuchaniu. Nie odwracałam się. Nie chciałam, żeby mnie widział.
– Nic ci nie jest?
– To tylko astma.
Astma czasem sprawiała, że oddech strzępił się ciężko, brzmiąc jak ciche łkanie.
Przez chwilę rozmawialiśmy z ożywieniem o ślubie, jakby była to całkiem zwyczajna rozmowa, a potem zapytał mnie o disco.
– Disco? O, nie. Lindy jest bardzo przeciwna. Nienawidzi disco.
– Ach, tak.
– Ma nawet taką plakietkę z napisem „Śmierć dyskotece”.
– Aha.
– Ona naprawdę nie znosi disco.
– A ty, Mona? Lubisz muzykę dyskotekową?
Spojrzałam na niego i wzruszyłam ramionami. Nie podobał mi się sposób, w jaki próbował mnie rozgryźć. Nie podobało mi się, że wie, jakie pytania mi zadać. Pomyślałam sobie, że to jego menedżerska technika. Mówił do mnie jak do jednego ze swoich pracowników. Zaczęłam się bać, że nad odpowiedziami, jakich udzielę, będę zastanawiać się jeszcze całe wieki po tym, jak padną.
Jeszcze tego lata okazało się, że menedżerskie techniki pana Fakenhama, jego wpływy i pieniądze są niezbędne, kiedy – jak to delikatnie wyraził się mój tatuś – „to pierdolone piwo już się nawarzyło”.
Ale to przyszło później. Na początku była tylko muzyka disco. I konie.
– Jestem pewien, że Tamsin lubi disco. A w każdym razie często słucha ostrej muzyki. Zresztą ja sam lubię się trochę poruszać. Taniec stanowi najczystszy wyraz wewnętrznego piękna ludzkiego ciała – oświadczył, stawiając w błocie kilka kroków na palcach. – A jak się miewa twoja rodzina?
– Świetnie – odpowiedziałam z szerokim uśmiechem, jakbym była zdjęciem na pierwszej stronie popołudniówki.
– To dobrze, bardzo dobrze – powtórzył i przygryzł wargi.
Skrzywił się i spojrzał ponad moją głową, gdzieś na szary koniec pola. – Wiesz, Mona, jest coś, o co ja, a właściwie ja i moja żona chcielibyśmy cię prosić.
– Ależ… – bąknęłam i to „ależ” przeszło przeze mnie jak kieliszek wódki. Rozbłysnął reflektor, a przed telewizorami zasiadły miliony widzów.
– Sądzę, że możemy ci zaufać. Trochę martwimy się o naszą córkę Tamsin. Ma… hm… ma pewne problemy, hm… problemy w szkole. Oczywiście to nic poważnego, ale zawsze.
– Problemy, mówi pan.
– A tak. Problemy. Ale teraz Tamsin jest w domu. Przyjechała wczoraj.
– Aha.
– Taaak. Prawdę mówiąc nie byłem… nie jestem zadowolony ze sposobu, w jaki to wszystko załatwiono. Tamsin jest bardzo wrażliwą dziewczyną, znaczy wrażliwą osobą.
Dotarło do mnie wreszcie, że zwierza mi się na temat dziewczyny-osoby i poczułam się zarazem zafascynowana i głęboko zakłopotana. Myśl, że ojciec mógłby żebrać u kogokolwiek o przyjaźń dla swojej zbzikowanej córki, była przeraźliwie potworna. Dźwięki Wild Thing jeszcze nie pojawiły się ponownie. Nie przelatywał żaden samolot,ani nie było ruchu na drodze. Nawet ja, najbardziej ze znanych mi osób pozbawiona znajomych i przyjaciół, nie zniżyłam się do tego, by poprosić mojego tatę o nagabywanie obcych ludzi dla zapewnienia mi towarzystwa. Wyobrażałam ją sobie gdzieś daleko, w oświetlonej blaskiem świec krainie dziewcząt.
– No, a gdybyś znalazła trochę czasu, żeby okazać jej trochę dobrego serca. Może…
Przerwał. Żadne z nas nie potrafiłoby wskazać, w jaki dokładnie sposób miałabym jej okazać dobre serce. On pocierał twarz dłonią, a ja nadal pracowałam zgrzebłem. Nawet nie potrafiłam przypomnieć sobie, co to jest dobre serce. Kojarzyło mi się coś ze starszymi ludźmi i zwierzętami.
Tymczasem w domu aktorka Fakenham stała w oknie z miseczką płatków śniadaniowych w jednej ręce i papierosem w drugiej. Miała duży nos, widoczne kości policzkowe i całkiem możliwe, że zanim dopadło ją macierzyństwo, mogła rzucać się tam i z powrotem po scenie oraz pozować do zdjęć w kolorowych czasopismach. Wielki, kamienny dom, z bluszczem i solidnymi drzwiami, wydawał się puchnąć wokół niej. Było coś fascynującego w tym, jak stała tak kobieco, otoczona pękami tajemnic. Podobało mi się to wypieranie się uczuć, jakie starsze kobiety często okazywały. Chciałabym z nią pomówić. Mieć ją za przyjaciółkę. Mamę. Chciałabym pomówić z nią o sztukach, w których grała, o śmierci i umieraniu, o jej zmarłej córce i o tym, jak sypia nocami. Powiedziałabym jej o mojej mamie i o Julie Flowerdew, która zaginęła, i o moim smutku.
Ale mężowie są jak płoty broniące dostępu do żon. W większości nie do przeskoczenia.
Poza tym ze śmiercią i rozczarowaniami prawdopodobnie lepiej radzić sobie w samotności.
Biedna, zagubiona Anne-Marie! Biedna smutna Tamsin Fakenham! Wiedziałam, że moja dawna przyjaciółka Anne-Marie ma teraz wielu chłopaków. Nie tylko Barry’ego, ale także całą sforę innych, których nie znałam. Chłopcy, którzy omal zdawali się być mężczyznami. Trzymali papierosy głęboko między palcami i mieli świszczące jak kula trzyliterowe imiona: Log, Fig, Sug, Ned. Mieli pieniądze, motory, porwane skórzane kurtki. Log, najstarszy z nich, miał samochód: czarnego Mini z małą skórzaną kierownicą, szkarłatnymi kubełkowymi fotelami i dodatkowym zestawem reflektorów. Zabierał ją na przejażdżki.
Nie była już mną zainteresowana. Za miesiąc będzie rok, jak po śmierci mamy doszła do wniosku, że męczy ją nasze nieszczęście i ma go dość. Tak pewnie było.
– Jeśli Tamsin będzie miała ochotę gdzieś ze mną pójść, to oczywiście może – powiedziałam głosem pełnym wątpliwości i wróciłam do zapamiętałego szczotkowania. Nie bywałam w żadnym miejscu, w którym Tamsin mogłaby chcieć się znaleźć. Do cholery! Nie bywałam nigdzie. Wyobraziłam sobie, jak obydwie siedzimy w naszym barze i czekamy na menopauzę.
– Tak, to świetny pomysł, żebyście ty i twoi znajomi uwzględnili Tamsin w swoich planach.
– Oczywiście – zgodziłam się i pieszczotliwie przemówiłam do Willow, aby pokazać panu Fakenhamowi, jak bardzo ją kocham. I jak wiele ludziom brakowało do koni.
– Jeśli zechciałabyś, hm… to znaczy… eeee… chciałem cię prosić, żebyś, jeśli to możliwe, została przyjaciółką Tamsin. Bo wiesz, sytuacja jest teraz naprawdę trudna, stawiając sprawę całkiem szczerze.
Mówił bardzo poważnym tonem. Pociągał przy tym nosem i bawił się spinką przy mankiecie koszuli. Przyjaciółka Tamsin. Brzmiało jak tytuł powieści o szkole z internatem dla dziewcząt z bogatych rodzin.
– Taak, naprawdę trudna – powtórzył. Przez chwilę panowała cisza. Potem znów się odezwał. – Nie wiem, czy w ogóle się poznałyście. Tamsin mówi, że nie pamięta. Przyglądała ci się wczoraj przez okno i powiedziała mi, że należysz do ludzi, których twarze budzą w niej wrażenie, że gdzieś je już wcześniej widziała. Ale pewności nie miała.
Była to pierwsza z całego szeregu zniewag, jakie miały mnie spotkać ze strony panny Tamsin Fakenham.
– Z całą pewnością spotkałyśmy się w ubiegłym roku – zapewniłam. Czy Tamsin o tym zapomniała, czy tylko okłamywała swojego ojca?
– To doskonale. Doskonale. Jak już mówiłem, sytuacja jest teraz naprawdę trudna i twoja pomoc będzie nieoceniona.
Miałam nadzieję, że nie będzie opowiadał mi o swoich rodzinnych horrorach. W pubie spotykałam wielu starszych mężczyzn, którzy lubili powierzać nastoletnim dziewczynom historie swoich nieszczęść. I było to potworne. Jednak, zamiast rozwodzić się nad sobą, zaczął mówić o nauce, a ja odpowiadałam na kolejne pytania.
– Doskonale. Oczywiście Tamsin też musi się uczyć. Zbliżają się egzaminy, więc trzeba wziąć się do roboty, prawda?
Tamsin. Wszystko to wsiąkało we mnie z wolna. Nowa osoba, nowe imię. Córka, z którą rozmawiałam tylko raz. Córka, której starsza siostra Sadie umarła, zagłodziła się na śmierć w szpitalu, kiedy Tamsin była gdzieś daleko w szkole.
Tamsin była jedyną osobą, która zadała sobie trud, by wspomnieć mi o śmierci Sadie. Aż tak niska była pozycja, jaką zajmowałam w tej rodzinie. Pewnego dnia wcześnie rano, mniej więcej siedem miesięcy wcześniej, zjawiłam się oporządzić Willow przed pójściem do szkoły. Zobaczyłam, jak pani Fakenham stoi na schodach i płacze. Miała na sobie czarną jedwabną podomkę i domowe pantofle na obcasie. Była imponująco szczupła. Piła coś i paliła. I wyglądała w najwyższym stopniu kobieco. Pamiętam, że była zima, bardzo zimny dzień, a podjazd ociekał błotem. Marzły mi nogi w gumowcach, a czubki palców rąk od zimna wręcz bolały. Przyglądałam się, jak twarz pani Fakenham od smutku staje się szara, ale nie zapytałam, co się stało. Przeszłam obok niej kilka razy, na wypadek gdyby chciała mnie zawołać i coś mi wyznać albo poprosić o moją mądrą radę, ale zignorowała mnie, jakby mnie w ogóle nie zauważyła.
Tamsin powierzyła mi swój sekret. A teraz ja miałam jej pomóc. Była w tym jakaś sprawiedliwość, chociaż świat nigdy dotychczas o nic mnie nie prosił.
Tamtego dnia siedem miesięcy wcześniej, właśnie zbierałam się do wyjścia. Kiedy pani Fakenham zabrała swoje papierosy i butelkę z trunkiem i znikła z powrotem w domu, wyszła Tamsin i zaczęła się przyglądać, jak oporządzam stajnię. Z oczami wpatrzonymi w ziemię podeszła do mnie wolno, kopiąc grudki błota i powiedziała, że jej starsza siostra Sadie umarła w szpitalu kilka miesięcy temu i że właśnie dlatego jej matka pije i płacze.
Teraz Tamsin pojawiała się znowu i potrzebowała mojej pomocy.
Tymczasem pan Fakenham kontynuował rozmowę:
– Ivy mi mówiła, że po egzaminach chyba będziesz starać się o pracę w stajniach.
– Całkiem możliwe – potwierdziłam.
Nie bardzo wiedziałam, dlaczego Ivy, jedna z ich służących, najwyraźniej występowała w roli mojego mecenasa. Może nawet wraz z moją świetlaną przyszłością stałam się tematem rozmów toczonych przy obiedzie w wykładanej drewnem jadalni Fakenhamów. Jak miało się okazać, rzeczywiście stało się to później tego lata, choć nie z powodów, które mogłam przewidzieć w chwili rozmowy z panem Fakenhamem.
– Gdybyś potrzebowała rady na temat dobrych kursów albo wyboru miejsca pracy, to nie wahaj się o nią poprosić.
Pomyślałam o swojej byłej przyjaciółce Anne-Marie:
– Co za pierdoły! Dobra praca w charakterze kierownika w sektorze ubezpieczeniowym! – mówiąc to zatykała uszy otwartymi dłońmi i zaczynała chrapać.
Nie wiedziałyśmy wtedy, czy tym właśnie zajmuje się zawodowo, ale wyglądał nam na takiego typa. Nie było choćby jednego mężczyzny, z którym wchodziłyśmy w jakiekolwiek kontakty, na temat którego nie wyrobiłybyśmy sobie bardzo konkretnego zdania. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek rozmawiała z Anne-Marie na temat zmarłej Sadie. Pewnie od samego początku wiedziałam, że jest to promieniotwórcza informacja i trzymałam ją w pełnym zabezpieczeniu.
– Tak, oczywiście. Jeśli tylko będę czegoś potrzebowała.
– Nie zdecydowałaś jeszcze, w jakiej dziedzinie chcesz pracować?
– Po prostu chciałabym zarabiać pieniądze – odpowiedziałam zgodnie z prawdą, choć męczyło mnie już samo zastanawianie się nad tym, jak poradzę sobie w świecie; zajmować się robieniem pieniędzy, zajmować się zdobywaniem przyjaciół, zajmować się uprawianiem seksu. Ciągle tylko czymś się zajmować! Zabierzcie mnie do klasztoru! Proszę!
– Ma już swoje lata – powiedział pan Fakenham, sięgając ręką nad barierką i klepiąc Willow po karku tak brutalnie, że aż się wzdrygnęła.
– Taak – uśmiechnęłam się do Willow, wkładając w ten uśmiech jak najwięcej uwielbienia.
Jednocześnie wiedziałam, że niebawem będę miała Willow głęboko gdzieś. Że niebawem zostawię daleko za sobą tę całą dziecięcą czułość.
– Nie wiem, co ona zrobiłaby bez ciebie. Tam nie interesuje się końmi, ale mimo to nie potrafiliśmy pozbyć się Willow. A że Sadie już tutaj nie ma…
Pewnie dlatego, że Willow należała do córki, która zmarła. Zagłodziła się na śmierć. Przez chwilę patrzył gdzieś ponad sadem, a ja znów skupiłam się na czesaniu konia, nie chcąc oglądać barczystego męskiego smutku. Zamiast więc patrzeć na jego przygnębienie, pomyślałam, że pieniądze są jak jedzenie. Pachną, dostajemy je w małych porcjach i zupełnie nie potrafimy się bez nich obejść. Jesteśmy ich głodni, o czym dobitnie świadczy kwaśna tęsknota burząca się nam w żołądkach. Nad pragnieniem jedzenia i pragnieniem pieniędzy trzeba sprawować tak samo ścisłą kontrolę. Pieniądze mogą zabić, kiedy ich potrzebujemy i kiedy próbujemy walczyć z ich siłą.
Zmarłą siostrę widziałam zaledwie kilka razy. Zwykle była poza domem. Najpierw na uniwersytecie, a później w narciarskim kurorcie, gdzie pracowała po rzuceniu studiów.. Pewnego dnia podeszła do mnie, żeby podziękować za opiekę nad Willow. Było to mniej więcej rok wcześniej. Miała dwadzieścia lat, kiedy umarła. Jej długie włosy połyskiwały kolorem, który w rozmowie z Anne-Marie zazdrośnie opisałam jako popielaty blond. Miała skórę, którą nazwałam „bez skazy”, i nogi, które można było określić tylko w jeden sposób: bez zarzutu.
Nie odniosłam wrażenia, by miała jakoś szczególnie zdeformowane czy zniszczone głodem ciało. Nawet kiedy Tam powiedziała mi później, że mniej więcej w tym czasie jej siostra znajdowała się już na krawędzi stanu krytycznego – że właśnie dlatego zawsze uśmiechała się z zamkniętymi ustami, ponieważ jej zęby żółkły i pękały, przetrawione kwasami wymiocin – i tak zachowałam jej obraz jako godnej pozazdroszczenia piękności, której rozwiana dziewczęcość zamykała się w surowej urodzie.
Fakt, że nie dostrzegłam niczego złego w Sadie Fakenham zupełnie nie zaskakuje, ponieważ chudość zawsze mi się podobała, nawet taka uznawana przez medycynę za powód do zmartwienia. Tak więc stanąwszy oko w oko z głodzącą się na śmierć dziewczyną byłabym oczywiście zaślepiona i wręcz zielona z zazdrości. I nie mogłabym odczuwać choćby cienia troski.
– Zresztą i tak nie nadaje się już pod siodło. Nikt jej już nigdy nie dosiądzie – powiedziałam, kiedy cisza panująca między nami stała się zbyt ciężka. Spojrzałam za siebie i dostrzegłam czerwoną plamkę, która okazała się panią Fakenham stojącą na schodach, która następnie zaczęła chodzić z podnieceniem to w przód, to w tył, w kompletnie szalony sposób. Przyszło mi do głowy, że może jest zła, bo rozmawiam z jej mężem.
– To zabawne mieć w ogrodzie konia, którym nikt się nie interesuje. Tak już chyba jest, że nie doceniamy tego, czym dysponujemy. A ty…
– A pewnie, dzieciaki mają różne zainteresowania – przerwałam, mrucząc w pusty kielich podkowy. Nie chciałam, żeby mówił o swojej zmarłej córce, która kiedyś spędzała niewinne chwile z Willow. Nie chciałam rozmawiać z nim o czymkolwiek, co wiąże się ze szpitalami i śmiercią. – Mieliśmy dzisiaj bardzo ładny dzień. Wyjątkowo gorący. Prawda?
– A tak, wyjątkowo gorący. Cóż, pozwolę ci pracować w spokoju. Tylko nie spóźnij się na wieczorne przyjęcie. No i bardzo ci dziękuję, Mona. Naprawdę bardzo.
– Nie ma za co. Do widzenia.
Czułam się wykończona. Jakoś doczłapałam do cichej części ogrodu i usiadłam na ziemi, opierając się o ścianę. Kiedy przybywszy wczoraj do domu Tamsin Fakenham wydobywała z powozu swoje pudła na kapelusze i swoje suknie, kiedy szeleszcząc krynolinami stąpała po ogrodzie, by wśród ukłonów służby rzucić spojrzenie ku stajni i sprawdzić, czy przypomina sobie moją pospolitą, posępną gębę – dokładnie w tej samej chwili, kiedy ona rzuciła na nich wszystkich czar swego eleganckiego piękna dziewczyny-osoby, ja, znad jednorękiego bandyty, przyglądałam się, jak Shred tańczy pogo i słuchałam, jak tatuś opowiada Baleronowi, gdzie i kiedy spotkali się z Cleo: – Byliśmy dwojgiem samotnych ludzi. Po prostu dwojgiem samotnych ludzi – mamrotał w kółko. – Dwojgiem samotnych, samotnych ludzi.
Po krótkiej chwili znów odezwały się dźwięki Wild Thing, ze strun szarpanych mocnymi palcami.
A ja wciąż byłam niepewna, niespokojna i spowolniona.