Latające psy
"Słyszę słodkie głosiki,
które kocham nad wszystko na świecie.
Co za skarb, co za majątek!
Boże, zachowaj mi go!"
Joseph Goebbels
(zapis w pamiętniku z 20 kwietnia 1941 r.)
I
W ciszę brzasku wdziera się głos: Najpierw stawianie tablic. Słupki wbijać głęboko, bo grunt jest miękki. Z całej siły. Żeby się nie przewracały.
Rozkazy scharführera rozlegają się ponad stadionem. Na dany znak odrywa się od grupy kilku chłopców z opaskami na ramionach. Biorą się do roboty. Wszyscy świeżo ostrzyżeni, z wygolonymi karkami, przez króciutkie włosy prześwituje skóra. Szczecina. Gdyby jeszcze przyciąć im uszy, cel byłby osiągnięty. Tak wygląda dziś praca ze szczeniętami.
Dla inwalidów na wózkach zbudować podjazdy. Drewniane kładki. Żeby wszystkich dało się dopchać do pierwszych rzędów. Gdyby deszcz się wzmógł, koła nie mogą utknąć w błocie.
Pozostali podkomendni stoją nieruchomo, zmęczone cienie, nie drżą mimo chłodu i mżawki, uważnie śledzą każde wezwanie, każdy gest dowódcy w wilgotnym brunatnym mundurze:
Sześciu ludzi wziąć wózki z kredą. Pociągnąć linie wzdłuż kładek. Tam, gdzie będą stać psy niewidomych. Odstęp między liniami sześćdziesiąt centymetrów. Szerokość ramion plus pies. Tylko dokładnie!
Jest wojna. Głos wbija się głęboko w ciemność, aż po podium. Panuje osobliwa akustyka. Przy samej mównicy, z przodu, potrzeba sześciu mikrofonów: cztery dla bloków głośnikowych, które z każdej strony świata skieruje się na boisko. Jeden posłuży do wychwytywania częstotliwości specjalnych. Podczas przemówienia będzie na bieżąco regulowany, by uwydatniać pewne efekty emisji głosu. Szósty podłączy się pod pulpitem do małego głośnika, który pozwoli mówcy kontrolować samego siebie.
A dodatkowo, żeby uzyskać odpowiednie brzmienie przestrzenne, w promieniu metra zainstaluje się kolejne odbiorniki dźwięku. Zamocowanie ich jest sztuką samą w sobie. Zostaną schowane wśród kwiatów, ustawione za chorągiewkami, żeby nie widziała ich publiczność w dole. Powinny być jednak ukryte także przed strażą honorową i funkcjonariuszami partii za plecami mówcy. Gdzie na tym stadionie znajdują się miejsca, do których nie dociera głos, gdzie fale załamują się na trybunach, od jakich przeszkód odbijają się zabłąkane dźwięki i niespodziewanie trafiają w samego mówcę? Nikt tak naprawdę nie wie, czy nasze obliczenia się zgadzają. Plan sugeruje jedynie obszary, gdzie coś takiego może się zdarzyć.
Dla ogólnego brzmienia, aby nie przepadły nawet dźwięki emitowane przez mówcę w niebo, szczególnie ważny jest mikrofon zawieszony w wielkiej odznace partyjnej nad trybuną. Noc dawno minęła, lecz na zewnątrz ciągle jeszcze panuje mrok. Od emblematu odrywają się krople deszczu. Jedna uderza mnie w twarz. Przepadłe światło.
Na dole instruowanie porządkowych: Najpierw przywieźć wszystkich inwalidów. Zdecydowanie przechodzić przez boisko. Stawać przy oznaczeniach. Pełna koncentracja przy pchaniu wózków. Żeby nie było żadnych kolizji.
Oto nadbiegają już truchtem pierwsi chłopcy z Hitlerjugend. Ledwo rozpoznawalni w welonie mgły spowijającym stadion: pchają puste wózki inwalidzkie. Żeby powitanie ofiar wojny światowej i osób niezdolnych do służby wojskowej przebiegło bez zakłóceń, jeszcze przed południem trzeba kilkakrotnie przećwiczyć całą operację. Wzdłuż podjazdów ustawiono krzesła jako przeszkody, w czasie prób zastępują publiczność. Jeden z chłopców poślizgnął się na wilgotnych dechach, rąbnął wózkiem w barierkę. Od razu wrzask: Co za łamaga. Do niczego się nie nadajesz. Wywiń mi taki numer po południu, to wezmę cię w obroty. Najmniejszy błąd i masz apel karny. Teraz powtarzamy całość od początku. Wszyscy. Wracać do katakumb. A potem biegiem na boisko.
Jak ten scharführer znęca się nad chłopakami. Jak te dzieciaki, jeszcze przed świtem, znoszą bez jednego piśnięcia jego ostry ton? Czy poddają się mu, zgrzytając zębami godzą się na poniżanie, znoszą ten władczy ton młokosa tylko dlatego, że daje im on poczucie uczestnictwa w ruchu, z którego oni sami wyrosną kiedyś jako panowie? Czy są naprawdę przekonani, że z czasem w ich młodych gardłach zagnieździ się taki sam głos?
Mój wzrok zatrzymuje się na zmieszanym chłopcu, który odchodząc, dyskretnie rozciera kolana i łokcie. Stawiam wilgotny kołnierz płaszcza, dostaję gęsiej skórki, kiedy zimny materiał przylega do krtani. A jak zmarzły i zesztywniały mi palce, z trudem trzymam w nich zapalonego papierosa. Nagle pojawiają się ludzie ze zwojami kabla, przez grupę oddalających się chłopców torują sobie drogę do podium. Zanim jednak położą tam przewody, ktoś musi porozmawiać z kierownikiem sekcji wystroju, gdyż planowana kompozycja z liści dębu ma być użyta do zamaskowania rzeczy na podłodze. Dokładnie oklei się wszystkie kable i poprowadzi w dół przez otwory w podłodze trybuny. Po wystąpieniu mówca zamierza zejść do słuchaczy i nic nie powinno mu przeszkadzać.
Zaczynają już ustawiać oświetlenie. My, akustycy, jesteśmy nieco spóźnieni. Także scharführer robi się z wolna nerwowy, gdyż wejście niewidomych nastręcza więcej trudności, niż się spodziewał, i chłopcy z Hitlerjugend pocą się z wysiłku: Zaciągnąć hamulce. Wózki inwalidów stoją nieruchomo w miejscu. Potem psy z niewidomymi. Wytresowane, by orientowały się według linii pociągniętych kredą. Laski trzeba trzymać pod pachą. Ponowne wymacywanie gruntu dozwolone dopiero, gdy wszyscy niewidomi znajdą się na pozycjach.
Żeby przećwiczyć sprawę, rzeczywiście przyprowadzono grupkę niewidomych. Ci jednak uciekają swoim owczarkom, niektórzy zaplątali się w smycze i niewiele brakuje, by wpadli w błoto. Młode psy zbaczają z drogi bądź zatrzymują się zdezorientowane. Scharführer, z odcieniem paniki w głosie, karci swoich chłopców: Poprawić linie. Poprawić linie. Natychmiast poprawić linie dla psów, pociągnąć kredą podwójnie i potrójnie. Przecież te zwierzęta niczego nie rozpoznają.
Jeden z niewidomych staje w promieniu reflektora, ogrzewa się w świetle. Jego przewodnik szarpie smyczą. Mężczyzna jednak nie ustępuje. W czarnych szkłach okularów odbija się ostre światło. A odbity od dymnego szkła refleks trafia mnie prosto w oczy.
Każdy pies zna swoje miejsce. Odstawia kalekę. Następnie obchodzi go z przodu. Nie wolno mu zawracać w miejscu. Ani za plecami niewidomego. Najpierw odchodzi ostatni szereg. Potem kolejne aż do pierwszego.
Ociemniali, którzy stracili wzrok na wojnie, mają powitać mówcę w swobodnej postawie, a psy jedynie zakłócałyby obraz. Poza tym na zdjęciach prasowych wrażenie niedołęstwa powinno ustąpić miejsca emanacji siły i gotowości do walki. Wreszcie formacja stoi jako tako. Już od tygodnia godzinę dziennie niewidomi ćwiczą poprawne wykonanie "pozdrowienia niemieckiego". Mimo to gdy podnoszą teraz prawe ręce, przedstawiają okropny widok: widać ramiona wyciągnięte w poziomie, ale i takie, które niemal pionowo sterczą ku niebu. Kilku odchyliło rękę tak daleko w bok, że trzymają ją sąsiadowi przed nosem. Głos scharführera znów jest opanowany, bez chwili wytchnienia rozlegają się komendy: Podnieś. Opuść. Podnieś. Opuść.
Chłopcy z Hitlerjugend klęczą na ziemi i wyrównują linię ramion ślepców, dopóki nie powstanie jednolity front. Jeden z techników melduje: Głośniki ustawione, okablowanie też gotowe, można podłączać mikrofony. Ktoś daje ręką znak: Jest prąd. Kto przeprowadzi próbę dźwięku? W żadnym wypadku nie podejmuję się tego. Ale scharführer i tak udaremnia wszelkie testy: Na koniec wejście głuchoniemych. Stoją w ostatnim sektorze, bo nie potrafią wiwatować na cześć Führera.
Niepewne spojrzenia chłopców. Dwaj z nich, jak widzę, nawet coś szepczą między sobą. Głuchoniemi: oto widać, jak wyłaniają się z katakumb. A może ci mężczyźni, którzy pewnym krokiem wchodzą na bieżnię, to wcale nie głuchoniemi? Czyżby scharführer się pomylił? Może to po prostu goście honorowi? A jednak musi być to zapowiedziana delegacja osób niezdolnych do służby wojskowej. Co za zjawisko o brzasku, ci ludzie porozumiewający się własnym językiem migowym, w dziwacznych, groteskowo dobrze wyprasowanych i nakrochmalonych uniformach; krople deszczu spływają po połach kurtek. To mundury zaprojektowane z wyobraźni, bo przecież żaden z nich nie mógłby służyć w Wehrmachcie.
Na czym więc polega nasze zadanie, co poczniemy z nimi jako akustycy? Nie mogą przecież śledzić słów popołudniowego przemówienia. Mimo to gigantyczna aparatura nagłaśniająca będzie wprawiać ich ciała w nieustające wibracje: skoro nie potrafią pojąć sensu dźwięków, powywracamy im trzewia. Regulujemy urządzenia: częstotliwości wysokie dla kości czaszki, niskie dla podbrzusza. Dźwięki mają sięgać głęboko w mroki brzucha.
Na stadionie dostrzeżono esesmanów kontrolujących stan przygotowań. Zdaje się, że czarne mundury wzbudzają lęk w chłopcach, którzy wymieniają inne spojrzenia niż w oczekiwaniu na głuchoniemych: jak słabo kontrastują z bladym tłem oficerki, nieprzemakalne płaszcze, a nawet twarze w cieniu daszków czapek. Na szczęście scharführer w porę porządnie ustawił inwalidów. Wszyscy na pozycjach. Ciche pobrzękiwanie orderów. Czas na próbę aparatury nagłaśniającej, scharführer wypowiada kilka słów na mównicy. Jak on wrzeszczy, jak w sposobie przemawiania stara się dorównać swemu Führerowi, obciążając urządzenia do granic wytrzymałości. I własny głos także.
Czyż nie wie, że każdy krzyk, każda głośna artykulacja pozostawia na strunach głosowych małą bliznę? Czyż nie wiedzą o tym ludzie, którzy tak brutalnie niszczą swoje głosy, którzy tak nieostrożnie obchodzą się z nimi? Każdy wrzask wpisuje się w nadmiernie rozciągnięte struny, a powstający zapis nieustannie ulega zabliźnianiu; takie znamię już nigdy nie zniknie, głos pozostanie naznaczony do końca życia.
Stadion drży. Moje ciało kurczy się. A może wcale się nie kurczy, lecz pod ciśnieniem zostaje sprasowane w sztywny blok? Nie wolno zakrywać uszu dłońmi. Zresztą i tak nic by to nie dało: huk jest tak potężny, że mógłby wycisnąć szpik z kości. Masy powietrza przetaczają się z niewyobrażalnym impetem. A na płycie stadionu stoi jak urzeczona grupka statystów.
Gdy tylko ciśnienie akustyczne ustaje, głuchoniemi, jak wszyscy pozostali, unoszą prawe ramiona i otwierają usta. W ten sposób osiąga się harmonijny obraz całości. Ale gdy w pierwszych rzędach rozlega się głośnie "Sieg Heil", z tyłu słychać jedynie pełne wysiłku skrzeczenie. Potem, w zastępstwie mówcy, przeglądu pierwszego szeregu dokonuje esesman. Ramiona i martwe spojrzenia skierowane w pustkę: tuż obok tego, który właśnie ściąga w dół jedną z uniesionych dłoni i ściska ją z uznaniem. W tym momencie orkiestra zaczyna grać marsza.
Na tym kończy się moje zadanie. Z dala od szyku, na drodze prowadzącej do wyjścia, zaplątała się gromada głuchoniemych. Znużeni mężczyźni przestępują z nogi na nogę, w świetle nadciągającego poranka palą papierosy, rozmawiają na migi. Ramiona, niczym latające psy, trzepoczą bezgłośnie na krawędzi dnia i nocy.
Jeden z nich kładzie na chwilę dwa palce na wargach, po czym wyrzuca ramię wysoko w górę. Czy gwałtowność tego ruchu oznacza siłę wyrazu? Czy jest to dla głuchoniemych równoznaczne z mówieniem podniesionym głosem? Jak wobec tego wygląda cicha, nieśmiała wiadomość? Może już drżenie jednego z mężczyzn, tego ze spuszczoną głową, należy uznać za komunikat dla innych? A co, jeśli pozostali nie widzą, co mówi, bo sami dygoczą w wilgotnym chłodzie poranka? Wprawdzie drżenie coś wyraża, ale nie zastąpi dźwięków.
Są nieprzeniknieni. Inwalidów bez nóg można rozpoznać od razu. Także niewidomych: po przyciemnionych okularach, po laskach i po niepewnym kroku, gdy chodzą po omacku, po pustym spojrzeniu lub pustych oczodołach, gdy któryś uniesie okulary, żeby podrapać się po nosie czy otrzeć pot z powiek. Głuchoniemi pozostają jednak nierozpoznani. Nawet gdy któryś z nich, zagadnięty, nie zareaguje, można pomyśleć, że jest po prostu człowiekiem małomównym albo że nie usłyszał wołania.
Niemi: co pozbawiło ich głosu już przed urodzeniem? Głusi: co jest w ich wnętrzu, co w nich rozbrzmiewa, skoro nie ma tam dźwięków, skoro nawet w wyobraźni nie mogą słyszeć głosów? Czy da się w ogóle pojąć, co się dzieje wewnątrz tych ludzi? Czy przez całe życie panuje w nich pustka? Kiedy jest się nosicielem głosu, nie wie się nic o głuchoniemych, i niczego nie można się dowiedzieć o ich świecie. Gdy przechodzę obok, nie zauważają mnie, za to tym więcej mają sobie nawzajem do powiedzenia: jeden wpada drugiemu w gest, a ręce nie nadążają za natłokiem słów.
Jestem człowiekiem, o którym nie da się nic powiedzieć. I choć bardzo uważnie wsłuchuję się w siebie, nie słyszę nic, jedynie tępy odgłos pustki. No, chyba że to drżenie i burczenie jelit w jamie brzusznej. Nie, żebym był niepodatny na wrażenia czy zobojętniały, żebym nie przyglądał się i nie przysłuchiwał uważnie otoczeniu, wręcz przeciwnie: jestem nad wyraz baczny, czujny niczym mój pies, zawsze uważny, obserwuję najsłabsze zmiany dźwięku i światła, może nawet jestem zbyt baczny, żeby coś mogło pozostać mi w pamięci, skoro następne zjawisko już czeka na to, by je spostrzec. Jestem niczym kawałek rozbiegówki na początku taśmy magnetofonowej: choćby nie wiem jak się starać, i tak nie uda się tam nagrać najprostszego nawet dźwięku.
Mój pies Coco jest dla mnie wzorem, a nie towarzyszem. Ledwo usłyszy, że się zbliżam, natychmiast ogarnia go podniecenie; gdy na dole otwiera się brama, rozpoznaje, kto wchodzi do domu, zna szuranie moich podeszew na wytartych stopniach, dobrze wie, jak skrzypi poręcz, kiedy się o nią opieram, wsuwa pysk w szczelinę pod drzwiami i wciąga w nozdrza mój zapach, drapie pazurami klamkę, a gdy już otworzyłem mieszkanie, podskakuje, strzygąc uszami. Dopiero wtedy słyszy swoje imię z moich ust. Oto, czego trzeba się uczyć na akustycznym zapleczu: nasłuchiwania stanu powietrza dokładnie na chwilę przed tym, jak padnie pierwsze słowo.
Ktoś beknął. Właśnie ktoś beknął niedaleko mnie. Zanim uświadomiłem sobie, co to za odgłos, włosy zjeżyły mi się na karku. W odbiciu w szybie tramwaju szukam pasażera, który mógł to zrobić: musiał to być mężczyzna, już starszy. Jest, dwa rzędy za mną rozmazana gęba, a przed nią, jakby nigdy nic, rozłożona gazeta. Przecież wszyscy musieli zauważyć, że temu człowiekowi głośno się odbiło. Jeśli to się powtórzy, nie pozostanie mi nic innego, jak poszukać wolnego miejsca z przodu wagonu. Wygląda na to, że niektórzy zamierzają w ten sposób tyranizować bliźnich. Gdzie są korespondenci wojenni? Wymazać to. Należałoby wymazywać dźwięki takich kreatur.