Labirynt
Wewnętrzną stroną przedramienia płynie stróżka krwi. Jak cienki czerwony szew na białym rękawie.
Alice nie zwraca uwagi na delikatne łaskotanie, uznaje że to kolejna mucha. Owady stanowią element ryzyka zawodowego przy wykopaliskach, a z niewyjaśnionych przyczyn jest ich znacznie więcej wysoko w górach, niż w okolicach obozu. Kropla spada na gołą stopę, rozpryskuje się jak fajerwerk na niebie w noc Guy’a Fawkesa.
Tym razem Alice spogląda na rękę. Znowu się otworzyło rozcięcie po wewnętrznej stronie łokcia. Rana jest głęboka, nie chce się zagoić. Alice wzdycha, przyciska opatrunek i poprawia plastry. A potem, ponieważ w pobliżu nie ma nikogo, zlizuje czerwoną plamę z nadgarstka.
Kilka pasm włosów w kolorze palonego cukru wyślizgnęło się spod czapki. Wsuwa je za uszy, ociera czoło chusteczką, potem związuje koński ogon w ciasny węzeł na karku.
Skoro już i tak skupienie przepadło, wstaje i rozprostowuje nogi – szczupłe, lekko opalone. Ma na sobie krótko obcięte dżinsy i obcisłą białą koszulkę bez rękawów. Wygląda prawie jak nastolatka. Kiedyś jej to przeszkadzało. Teraz, w miarę upływu lat, dostrzega korzyści płynące z tego, że nie wygląda na swoje lata. Jedyny przejaw próżności, to delikatne srebrne kolczyki w kształcie gwiazdek, błyszczące jak cekiny.
Odkręca butelkę, pociąga kilka dużych łyków. Woda jest ciepła, trudno. Ważne, że mokra. W dole gorące powietrze zamazuje migoczącą warstwą łuk drogi. W górze – nieskończony błękit nieba. Cykady ukryte w cieniu zeschłej trawy koncertują niezmordowanym chórem.
Choć jest w Pirenejach po raz pierwszy, czuje się tu jak w domu. Powiedziano jej, że postrzępione szczyty górskiego pasma Sabarthes Mountains zimą pokrywa śnieg. Wiosną, pojawiają się delikatne kwiatki, białe i bladoróżowe. Wychylają główki ze szczelin pomiędzy skałami. Wczesnym latem pastwiska powlekają się zielenią i obsypują żółtymi jaskrami. Teraz rządzi słońce. Spaliło zieleń na brąz.
Pięknie tutaj, myśli Alice, tylko jakoś niegościnnie. Ten szczyt, Pic de Soularac, to miejsce tajemnicze, które było świadkiem zbyt wielu zdarzeń i za dużo skrywa, by dojść ze sobą do ładu. W obozowisku rozłożonym niżej na stoku widzi innych, stojących pod płóciennym zadaszeniem. Od jasnego tła wyraźnie odcina się Shelgah, jak zwykle ubrana w czarne firmowe ciuchy. Dziwne, że już przerwali pracę. Jeszcze za wcześnie. Z drugiej strony, w zespole nie ma pracocholików, wszyscy trochę się obijają. Praca jest nużąca i monotonna, polega głównie na wykopywaniu i obskrobywaniu, zapisywaniu i katalogowaniu, a w końcu najczęściej znaleziska okazują się na tyle mało znaczące, że nie rekompensują wysiłku włożonego w ich odzyskanie. Mieli kilka fragmentów garnków oraz mis z okresu wczesnego średniowiecza i dwa groty strzał z końca dwunastego lub początku trzynastego wieku, ale żadnych dowodów na istnienie w tym regionie osad z okresu paleolitycznego, co było celem wykopalisk.
Kusi ją, by zejść na dół, do przyjaciół, poprosić o zmianę opatrunku. Skaleczenie boli, nogi są ścierpnięte od kucania, barki nieprzyjemnie spięte. Równocześnie jednak zdaje sobie sprawę, że jeśli teraz przerwie pracę, straci impet. A może szczęście się do niej uśmiechnie? Jakiś czas temu dostrzegła coś błyszczącego pod głazem opartym o górski stok równo, jakby go postawił jakiś olbrzym. Chociaż nie potrafiła określić, co to za przedmiot, nie umiała nawet odgadnąć jego wielkości, kopała cały ranek i miała nadzieję niedługo się do niego dostać.
Powinna kogoś wezwać. Albo przynajmniej powiedzieć Shelgah, najlepszej przyjaciółce, a jednocześnie kierowniczce wykopalisk. Nie jest przecież zawodowym archeologiem, jedynie wolontariuszką, która postanowiła część wakacji spędzić pożytecznie. Dziś kończy się jej czas. Dlatego tym bardziej chce się sprawdzić. Jeśli zejdzie do obozowiska i powie, że się na coś natknęła, wszyscy się tu zbiegną i odkrycie już nie do niej będzie należało. A ona pragnie zachować ten moment we wspomnieniach. Pamiętać kąt padania światła, metaliczny smak krwi w ustach, wszechobecny pył, zastanawiać się co by to było, gdyby odeszła, a nie została. Gdyby przestrzegała reguł.
Osusza butelkę do dna, wrzuca ją do plecaka.
Przez następną godzinę słońce wspina się po niebie, temperatura rośnie, a Alice pracuje. Słychać tylko drapanie metalu o kamień, brzęczenie owadów, czasem odległy warkot silnika samolotu. Czuje kropelki potu na górnej wardze i między piersiami, ale nie ustaje w wysiłkach, aż w końcu szczelina pod głazem jest na tyle szeroka, że można tam wsunąć dłoń.
Klęka, ramieniem i policzkiem opiera się o skałę. Podekscytowana wpycha palce głęboko w ziemię. Instynkt jej podpowiada, że to nie byle jakie znalezisko. Jest gładkie, lekko śliskie. Metal, nie kamień. Chwyta mocno i powtarzając sobie w duchu przypomnienie, że nie wolno oczekiwać zbyt wiele, powolutku wyciąga tę rzecz na światło dzienne. Wydaje się jej, że ziemia drgając sprzeciwia się oddaniu skarbu.
Ciężka, bogata woń gleby wypełnia nozdrza i gardło Alice, lecz ona niczego nie zauważa. Już jest zagubiona w przeszłości, już ją porwała cząstka historii, czule ujęta w dłonie. To ciężka, okrągła brosza, czas i ziemia wyryły na niej ślad – zostawiły czarne i zielonkawe plamy. Alice przeciera ją delikatnie opuszkami palców, uśmiecha się, odsłaniając miedziane i srebrne zdobienia. Na pierwszy rzut oka to także przedmiot z okresu średniowiecza: klamra, używana do przytrzymania płaszcza lub sukni. Widywała już takie.
Wie, jak niebezpieczne jest wyciąganie pochopnych wniosków, albo poddanie się pierwszemu wrażeniu, ale i tak nie może się oprzeć pokusie i już widzi oczyma wyobraźni właściciela tego przedmiotu, człowieka który zmarł przed wiekami, ale kiedyś chodził po tych ścieżkach. Obcego, którego historię musi poznać.
Jest tak zatopiona w myślach, że nie zauważa, iż głaz drgnął w posadach. Jakiś szósty zmysł każe jej podnieść wzrok. Na ułamek sekundy czas staje w miejscu. Patrzy zahipnotyzowana jak kamienna płyta z gracją zaczyna się ku niej pochylać.
W tej chwili na jej twarz pada światło. Pryska czar. Alice rzuca się do tyłu, potyka, upada, pół biegnąc pół zjeżdżając ucieka z drogi głazu i o włos unika zmiażdżenia. Wielki kamień uderza w ziemię z głuchym łoskotem, podnosi chmurę brązowawego pyłu i toczy się w dół, jak w zwolnionym tempie, aż w końcu zatrzymuje na stoku.
Alice chwyta gałązki jakichś krzewów, by nie zsunąć się niżej. Jakiś czas leży płasko, oszołomiona i zdezorientowana. Gdy wreszcie pojmuje, że otarła się o śmierć, robi jej się zimno ze strachu.
Mało brakowało, myśli.
Robi kilka głębokich wdechów. Czeka, aż świat przestanie wirować. Stopniowo łomotanie w głowie ucicha. Mijają mdłości, wszystko zaczyna wracać do normalnego stanu. Może usiąść i przeprowadzić rachunek strat. Kolana ma podrapane do krwi, nadgarstek boli po niezgrabnym upadku, bo nie wypuściła z dłoni klamry, ale poza kilkoma siniakami nie ma szczególnych obrażeń.
Nic mi nie jest.
Wstaje, otrzepuje się z kurzu. Czuje się jak ostatnia idiotka. Jak mogła popełnić tak podstawowy błąd? Nie zabezpieczyła głazu. Spogląda w stronę obozowiska. Niesamowite! I fantastyczne. Najwyraźniej nikt niczego nie widział ani nie słyszał. Podnosi rękę, już ma zawołać, obwieścić o swoim znalezisku, ale jeszcze zerka w górę, na miejsce swojej chwały. Dostrzega tam wąską szczelinę, pęknięcie zbocza, jeszcze przed chwilą zasłonięte głazem. Niczym przejście wykute w skale.