Kwinkunks
KSIĘGA PIERWSZA
Rozdział 1
Musiało to być późną jesienią owego roku i przypuszczalnie około zmierzchu, aby nie zwracać niczyjej uwagi. A przecież spotkanie dwóch profesjonalistów reprezentujących główne dziedziny prawa raczej nie powinno być skrywane.
Spróbujmy sobie zatem wyobrazić, w jaki sposób Prawo mogło się przysłużyć Sprawiedliwości.
Zbliżając się do pewnego domu na jednej z ulic przy Lincoln 's-inn-fields, Prawo - w osobie niskiego jegomościa około czterdziestki, o bladej twarzy i dużej głowie - wstępuje na schody i naciska dzwonek.
Natychmiast otwiera drzwi młody urzędnik. Gość wchodzi pośpiesznie do środka, zostaje uwolniony od kapelusza, peleryny i rękawiczek, a potem wprowadzony do małego, ciemnego pokoiku usytuowanego na tyłach domu. Na drugim końcu pokoju widzi siedzącą przy niewielkim stoliku postać.
Urzędnik wychodzi bezszelestnie. Siedzący wstaje, kłaniając się nieznacznie, i wskazuje stojący naprzeciw kominka fotel. Przybysz sadowi się w nim, a starszy mężczyzna siada ponownie i wpatruje się w swego gościa. Przedstawiciel Sprawiedliwości wydaje się o jakieś piętnaście lat starszy. Ma ciemną karnację i zadarty nos, a jego twarz wyróżnia się głównie dzięki czarnym, krzaczastym brwiom.
Nastaje długa cisza. W końcu nowo przybyły odchrząkuje.
- Pańskie wezwanie to dla mnie wielki zaszczyt. Cieszę się, że mogłem przybyć.
W stwierdzeniu tym można wyczuć uprzejme pytanie, lecz reprezentant Sprawiedliwości zdaje się tego nie zauważać, nieustannie wpatrując się w swego gościa. Po kolejnej minucie przedstawiciel Prawa pyta nerwowo:
- Czy zechciałby mi pan powiedzieć, jak mógłbym panu pomóc?
- Czy zachował pan środki ostrożności, o które prosiłem? - pyta gospodarz.
- W rzeczy samej. Jestem pewien, że nikt mnie nie śledził.
- To dobrze. A zatem nasze spotkanie zostanie zachowane w tajemnicy przed innymi.
- Przed innymi? Mój drogi panie, to zaczyna być intrygujące. O kogo panu chodzi?
- To ja tu będę zadawał pytania - pada odpowiedź, z niewielkim naciskiem na zaimek.
Gość rumieni się.
Starszy mężczyzna wyciąga coś z kieszeni i mówi:
- Ma pan tu nazwisko klienta, zapisałem panu na tej kartce. Proszę, aby je pan łaskawie odczytał. - Pokazuje mu kartkę papieru, trzyma ją przez chwilę, a kiedy przedstawiciel Prawa kiwnął już twierdząco głową, chowa ją z powrotem. - To świetnie. A zatem nie będę zwlekał i natychmiast przejdę do sedna sprawy. Dokument, który znajduje się w posiadaniu pańskiego klienta, może poważnie zaszkodzić majątkowym interesom strony, którą mam zaszczyt reprezentować, i w związku z tym...
Przerywa, gdyż na twarzy przedstawiciela Prawa wyraźnie pojawia się wyraz niedowierzania.
- Ależ, mój drogi panie, zapewniam pana, że nic mi nie wiadomo o istnieniu takiego dokumentu.
- Niech pan da spokój, zaledwie dwa tygodnie temu pański klient wysłał do nas kopię tegoż dokumentu, domagając się pieniędzy i podając nam pańskie nazwisko dla celów korespondencji.
- Być może... To znaczy, jestem pewien, że to prawda, skoro pan tak mówi. Jednakże błagam, abyś mi pan uwierzył, że w tej transakcji pełnię jedynie rolę skrzynki pocztowej.
- Jak to? Jak mam to rozumieć?
- Ja jedynie przekazuję listy zaadresowane do mnie w imieniu mojego klienta. O sprawach mego klienta wiem tylko tyle, ile wie posłaniec odbierający i donoszący listy.
Mężczyzna spogląda na niego.
- Gotów jestem przyjąć, że mówi pan prawdę.
Młodszy mężczyzna uśmiecha się, ale wyraz jego twarzy ulega zmianie przy kolejnym pytaniu.
- Niech mi pan zatem powie, gdzie przebywa ten pański klient?
- Ależ, mój drogi panie, tego panu powiedzieć nie mogę.
- Przepraszam pana bardzo. Zapomniałem powiedzieć, co tu wchodzi w rachubę - mówi starszy mężczyzna i wyciąga z kieszeni coś, co zabrzęczało przy położeniu na stole.
Reprezentant Prawa pochyla się nieco do przodu, aby lepiej się temu przyjrzeć. Na twarzy wyraźnie maluje się wyraz pożądania. Powstrzymuje się jednakże i mówi:
- Zapewniam pana, mój drogi, że nie jestem w stanie panu pomóc.
- No nie! - wykrzykuje starszy mężczyzna. - Czy panu się wydaje, że może się pan ze mną targować? Ostrzegam, niech pan nawet nie próbuje, w przeciwnym bowiem razie zobaczy pan, że znajdę inne środki przekonywania.
- Ależ nie! -jąka się tamten. - Zupełnie mnie pan nie zrozumiał.
Oszołomiła mnie pańska szczodrość. Chciałbym jedynie okazać się jej godny. Jednakże nie jestem w stanie panu pomóc.
- Radzę panu nie próbować ze mną żadnych z pańskich sztuczek, mój dobry człowieku - ostrzega starszy mężczyzna brutalnie pogardliwym tonem. - Przeprowadziłem odpowiedni wywiad i wiem, jak nie do twarzy panu z tymi wzniosłymi zasadami. " Wykurzył cię z ukrycia" - czyż nie tak brzmi to w żargonie pańskich klientów?
Przybysz wyraźnie blednie. Zaczyna podnosić się z krzesła, lecz jego wzrok nie może się oderwać od owego przedmiotu na stole. W końcu pozostaje na miejscu.
Przedstawiciel Sprawiedliwości mówi dalej:
- Czy życzy pan sobie, abym podał katalog pańskich działań? A może raczej powinienem przytoczyć tu cały wykaz działalności, w które - zgodnie z moimi informacjami - jest pan zaangażowany?
Reprezentant Prawa nie zdobywa się na żadną odpowiedź, a zatem przedstawiciel Sprawiedliwości ciągnie:
- Pośrednictwo w paru wątpliwych transakcjach, nadmierne przyciskanie dłużników i sporo dobrze pouczonych świadków. Czyż nie tak?
- Pan mnie nie zrozumiał, mój drogi panie - odzywa się z godnością przybysz. - Chciałem jedynie powiedzieć, że nie jestem w posiadaniu informacji, których pan szuka. Gdybym je posiadał, chętnie bym je panu przekazał.
- Czy pan uważa mnie za głupca? W jaki zatem sposób kontaktuje się pan ze swoim klientem?
- Poprzez trzecią stronę, do której przesyłam całą korespondencję mojego klienta.
- A, to już lepiej - mruczy tamten. - Kto to jest?
- Jegomość godny najwyższego szacunku, który już kilka lat temu pozostawił mój zawód i przeszedł na emeryturę.
- Niezwykle intrygujące. A teraz niechże pan łaskawie napisze mi tu jego imię i adres, gdyż nie potrafię dojść do tego, któż to mógłby być, mimo że pański zawód nie obfituje w ludzi, do których powyższe określenie mogłoby się odnosić.
Przybysz śmieje się krótko, bez entuzjazmu. Potem wyciąga z kieszeni notatnik i pisze:
"Wielmożny pan Martin Fortisquince, Golden-square, numer 27". Wyrywa kartkę i podaje ją gospodarzowi.
Mężczyzna reprezentujący Sprawiedliwość bierze ją i odpowiada szorstko, nawet nań nie spoglądając:
- Gdyby zaistniała potrzeba skontaktowania się z panem, porozumiemy się tak jak poprzednio.
Potem sięga ręką do ciemnego kąta pokoju obok swego fotela i ciągnie lekko za sznurek od dzwonka.
Przedstawiciel Prawa podnosi się z oczyma utkwionymi w leżącym na stole przedmiocie. Widząc to, reprezentant Sprawiedliwości niedbale popycha go w jego kierunku, a przybysz szybko wsuwa do kieszeni. Otwierają się drzwi, w których ukazuje się urzędnik, i przedstawiciel Prawa z wahaniem wyciąga rękę w kierunku gospodarza. Ten jednak zdaje się nie zauważać tego gestu, toteż reprezentant Prawa prędko chowa dłoń do kieszeni. Urzędnik odprowadza go z powrotem do drzwi, podaje mu kapelusz, pelerynę i rękawiczki, a chwilę potem mężczyzna ponownie znajduje się na Cursitor-street.
Pośpiesznie rusza przed siebie, od czasu do czasu niespokojnie oglądając się do tyłu. Minąwszy kilka zaułków, wchodzi w pustą bramę i wyciąga z kieszeni pakiecik. Kilkakrotnie przelicza uważnie jego zawartość, a potem chowa go z powrotem i rusza przed siebie - tym razem o wiele wolniej.