Ktoś trzyma mnie za pasek od spodni. I tak jedziemy
(Shutterstock.com)

Ktoś trzyma mnie za pasek od spodni. I tak jedziemy

W pierwszym tygodniu mojego pobytu na Kubie zmarł Fidel Castro. Myślałam, że ta podróż nie może zacząć się gorzej. W ciągu trzech miesięcy przejechałam wyspę wzdłuż i wszerz. I to tak jak robią to Kubańczycy – na stopa.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie

Kuba, turystyczna enklawa Cayo Coco. Nienawidzę tego miejsca. Jest jak jądro ciemności, składające się z plaż, krzaków i komarów piekło. Mieszkam w pełnym pluskiew hotelu, gdzie co rano dementorzy z wielkimi rurami pod pachą robią oprysk żywopłotów. Martwe owady zaścielają potem chodniki tak gęsto, że sprzątaczki muszą wymiatać je szczotką. Brzydzę się tam jeść i brzydzę się spać. Uciekam, kiedy tylko mogę.

Tym razem jadę do Trynidadu. Nie pierwszy raz, ale pierwszy - sama. Jak zwyczajna turystka. Klimatyzowany autokar wypluwa mnie przy głównym bulwarze. W powietrzu lepki upał. Idę szukać spania, pukam do drzwi oznaczonych niebieską kotwicą. Nie mam żadnej rezerwacji, ale w Trynidadzie jest ponad 500 casas particulares, pokojów do wynajęcia, coś znajdę. Pierwszy adres, pudło. Drugi pudło. Trzeci ma na drzwiach napis "Familia Escobar" i już mam nadzieję, że to moje miejsce na ziemi, ale jednak nie. W czwartym państwo zapraszają mnie do środka i mówią, żebym zaczekała. Trynindad to małe miasto, wszyscy się znają. Wszyscy wiedzą, u kogo zwolnił się pokój.

Źródło: Joanna Kocik

Smak raju

Po dwudziestu minutach przychodzi po mnie Luis. Jest mały i żylasty, ma siwe włosy i skórę ciemną jak skorupka kokosa. Pokazuje mi pokój. Łóżko jest czyste, pościel świeża, na podwórku rośnie wielki mangowiec, obok sąsiedzi rąbią mięso na kolację. Nawet nie pytam o cenę, zostaję, biorę prysznic i rozkładam się na tarasie. Mangowiec właśnie kwitnie, szkoda, że to nie jeszcze nie sezon, kubańskie mango smakuje jak raj.

Trynidad to dziwne miasto. Długo nie prowadziła do niego żadna droga, dostęp był tylko od strony morza albo szlakiem przez góry. Uchował się jak szkatułka ze skarbami. Niektórzy mówią, że jest jak śpiąca królewna, obudzona po stu latach. W domach ludzi, których nie stać na nic, wiszą kryształowe żyrandole, na stołach stoją chińskie wazy. Chodzę po mieście i zaglądam w okna. Wachlarze z piór, kolekcje motyli na szpilkach. Jest czwarta po południu, hora de telenovela. W ciężkim powietrzu słychać tylko por que, Alejandro, por que.

Źródło: Joanna Kocik

Znam te miejsca. Knajpy z tarasami na dachu, gdzie wieczorami przesiadują zakochani. Świątynię bogini Yemaya, gdzie dzień po śmierci Fidela Castro szaman, babalao, okadził mnie świętym dymem i dlatego jestem bezpieczna na szlaku. Dziuplę, w której można kupić lewe cygara. Znam to, znam to wszystko. Ale nie mogę przestać iść, miasto mnie wciąga.

Wieczór. Wychodzę na ulicę, kupuję kanapkę z pieczonym prosiakiem i siadam na krawężniku. Dziewczyny pokazują nogi i nowe smartfony. Wóz zaprzężony w kozę wozi dzieci dookoła placu. Idę dalej, idę tam, gdzie wszyscy, na słynne trynidadzkie schody, gdzie co wieczór gra muzyka, a ludzie tańczą. Płacę jedno peso, kupuję mojito. Po pięciu minutach poznaję Ivana. Ivan mówi, ze pracuje w firmie zajmującej się odkomarzaniem. Przez osiem godzin dziennie bawi się w dementora z wielka rurą pod pachą, a potem przychodzi tutaj. Jeśli ma trzy peso w kieszeni, kupuje rum. Dzisiaj jego kieszenie są puste. Rum kupiłam ja.

Viva la revolucion!

Kolejne dni mijają mi na siedzeniu pod mangowcem, kąpielach w górskich wodospadach, konnych przejażdżkach, uczeniu się salsy i różnych innych przyjemnościach. Mam już trzy propozycje małżeństwa i perspektywę życia na kubańskiej farmie krów. Odmawiam. Luis gotuje mi kolacje, pytam go, czy wierzy w rewolucję. Odpowiada, bez wahania, że tak.

Źródło: Joanna Kocik

Pyta, jak zamierzam wracać na Cayo Coco. To 240 km, na kubańskie warunki dwa dni jazdy. Chce mi załatwić bilet na turystyczny autobus Via Azul, ale mówię mu, że to za drogo i że chcę jechać stopem. Luis najpierw się zapowietrza, a potem chytrze uśmiecha.

- Dobra - mówi - tylko ubierz się jak Kubanka.

- Jak Kubanka? - pytam.

- No, w jakieś legginsy. I nie odzywaj się za dużo. Mów, że studiujesz.

- Ale co? - pytam bezradnie.

- A wszystko jedno - mówi Luis. - Medycynę na przykład.

Następnego dnia rano jego sąsiad odwozi mnie skuterem na wylotówkę. Jest siódma rano. Czekamy na cokolwiek, co będzie jechało mniej więcej we właściwą stronę. My, czyli ja i - z każdą godziną gęstniejący - tłum Kubańczyków.

Czekamy. Godzinę, dwie. Siadam na plecaku. Podjeżdża stary szkolny autobus, taki jak z amerykańskich filmów. Jedzie tylko kilkanaście kilometrów, ale dobre i to. Wsiadam, wysiadam, czekam. Mija kolejna godzina. Przyjeżdża camion, typowy środek lokomocji dla Kubańczyków, przerobiona ciężarówka z oknami. Miejsca akurat tyle, żeby postawić jedną stopę. Ktoś upycha mój plecak ponad głowami, ktoś inny trzyma mnie za pasek od spodni, żebym nie wypadła. I tak jedziemy. Godzinę, dwie. Niektórym nawet udaje się drzemać.

Źródło: Joanna Kocik

Sikania nie będzie, chica

Sancti Spiritus, wysiadka. Tak strasznie chce mi się siku, że wylatuję z ciężarówki jak z procy i lecę na dworzec autobusowy. Gdzie kibel?! Ktoś wskazuje mi ręką - tam. Lecę, wypadam przez przypadek na peron i widzę odjeżdżający właśnie autobus do Moron, czyli dokładnie tam, gdzie mi trzeba. Trudno, myślę, sikania nie będzie, macham rękami na kierowcę. Udaję, że nie rozumie. Macham bardziej rozpaczliwie. Nie ma miejsc. Nie wolno mu, mam jechać Via Azul. Wyjmuję pięć peso. Kierowca kręci głową. Sześć? Dobra, chica, wsiadaj.

Jadę. Z Moron powinno być już z górki, stamtąd co chwilę odjeżdżają autobusy wyładowane Kubańczykami pracującymi w cayococańskich hotelach. Coś mnie weźmie. Najpierw riksza, na wylotówkę. Znów upał. Pot cieknie mi po plecach, macham ręką na wszystko, co jedzie. Zatrzymuje się samochód, wsiadam, ale jedziemy tylko do "granicy". Cayo Coco to wyspa, oddzielona od stałego lądu 17-kilometrową groblą. Na wjeździe posterunek policji. Twoja przepustka to opaska z all-inclusive, wszyscy inni muszą się gęsto tłumaczyć. Nie mam opaski. Nie mam przedłużonej wizy w paszporcie. I nie wyglądam jak zamożna turystka.

Jest problem, nie chcą mnie puścić. Opowiadam, że wiza w Hawanie, że przecież tu pracuję, że moja zapluskwiona willa ślicznotka nie opaskuje swoich gości. Prawda jest taka, że nie mam na to żadnego dowodu. Ale w końcu mnie puszczają. Zabiera mnie jakieś auto, w środku pół-Kanadyjczyk, pół-Kubańczyk i dwie pokojówki z hotelu. Okej. Jedziemy. Kiedy mówię, gdzie mnie mają wysadzić, cmokają z niedowierzaniem. Ale wysadzają. Komarze trupy już zmiecione, sprzątaczki palą fajkę na schodach pod moim pokojem.

Źródło: Joanna Kocik

Oglądam zrobione komórką zdjęcia i nie wierzę, gdzie byłam. Kolory jakieś takie jaskrawe, cienie za ostre. Niebo, góry, czerwone dachówki, pomiędzy nimi zrujnowany kościół, obok pasie się koń. Nie tak to zapamiętałam. W uchu brzęczy komar, co za cholerstwo, zabijam go i rozmazuję krwawą smugę po policzku. Wyjmuję notatnik, spomiędzy kartek wypada zasuszony motyl.

Polub WP Książki
Trwa ładowanie
.
.
.
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne