Trwa ładowanie...
d2r7b99
fantasy

Książka zawsze wygra z grą wideo. Wywiad z Brandonem Sandersonem

„Trudno dziś określić, które przekazy medialne są prawdziwe, a które składają się ze sfabrykowanych faktów” - mówi Brandon Sanderson, autor kilkudziesięciu powieści  i opowiadań fantasy/science-fiction. Właśnie ukazał się polski przekład pierwszego tomu przygód Alcatraza Smedry’ego, niezwykłego chłopca, który staje do walki z mrocznymi Bibliotekarzami odpowiedzialnymi za powszechną dezinformację. Z tej okazji rozmawiamy z twórcą cyklu o mediach, dojrzewaniu, literaturze i… obuwiu.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Książka zawsze wygra z grą wideo. Wywiad z Brandonem Sandersonem
(fot. Ceridwen/CC BY 3.0)
d2r7b99

„Trudno dziś określić, które przekazy medialne są prawdziwe, a które składają się ze sfabrykowanych faktów” - mówi Brandon Sanderson, autor kilkudziesięciu powieści i opowiadań fantasy/science-fiction. Właśnie ukazał się polski przekład pierwszego tomu przygód Alcatraza Smedry’ego, niezwykłego chłopca, który staje do walki z mrocznymi Bibliotekarzami odpowiedzialnymi za powszechną dezinformację. Z tej okazji rozmawiamy z twórcą cyklu o mediach, dojrzewaniu, literaturze i… obuwiu.

Mateusz Witkowski: „Alcatraz kontra Bibliotekarze. Piasek Raszida” miało premierę dokładnie dziesięć lat temu. Wraca pan w ogóle do swoich starszych książek?

Brandon Sanderson: Nie mam wyjścia - przygody Alcatraza stanowią cykl, którego ostatnia odsłona pojawiła się na rynku zaledwie rok temu. Siłą rzeczy musiałem więc w trakcie pracy odświeżyć sobie nieco poprzednie części. Robię to jednak z przyjemnością

d2r7b99

Czarne charaktery z pana książki stanowią w pewnym sensie metaforę współczesnych mediów i polityków wprowadzających opinię publiczną w błąd. Czy w ciągu ubiegłej dekady Bibliotekarze przybrali na sile?

Obawiam się, że tak. Szczególnie dobrze widać to na przykładzie Stanów Zjednoczonych. Pamiętajmy, że żyjemy w epoce informacyjnej. Ci, którzy sprawują pieczę nad informacjami, trzymają w rękach władzę.

A informacje mogą przecież być fałszywe - żyjemy w czasach postprawdy i alternatywnych faktów...

Otóż to. Gdy pisałem pierwszą część mojego cyklu, nie spodziewałem się, że sprawy przybiorą aż tak tragiczny obrót. Trudno dziś określić, która część przekazów medialnych jest prawdziwa, a która składa się ze sfabrykowanych „faktów”. Z drugiej strony: jeżeli weźmiemy pod uwagę prawdziwych (a nie metaforycznych) bibliotekarzy - ich sytuacja staje się coraz bardziej dramatyczna - zamyka się kolejne biblioteki, a więc kolejne wykształcone osoby tracą pracę. W swojej książce, która jest adresowana do młodych odbiorców, ująłem to w nieco żartobliwy sposób, ale mamy do czynienia z realnym problemem.

d2r7b99

(img|724481|center)

No właśnie: zazwyczaj pisze pan książki dla nieco dojrzalszych czytelników.

„Alcatraz…” jest adresowana głównie do 10-13 latków. Tego typu odbiorca jest nieco mniej skrupulatny i „roszczeniowy”, jeśli chodzi o kwestie gatunkowe. Starsi czytelnicy chcą wiedzieć, z czym mają do czynienia: „Co to za książka? Jaki to typ? „Mystery” (jeden z typów powieści kryminalnej - przyp. MW)? A może jeszcze coś innego?”. Dzieciaki chcą po prostu dobrej, wciągającej opowieści. Dzięki temu w „Alcatraz…” mogłem zabawić się gatunkami i mieszać różne style, co było bardzo wyzwalające. Nie znaczy to wcale jednak, że młodsi odbiorcy nie mają swoich wymagań. Przez cały czas należy walczyć o ich uwagę. Wszystko, co piszę, musi być atrakcyjne i - nazwijmy to w ten sposób - w punkt.

Pisanie dla dzieciaków może być w ogóle dobrą zabawą, czy może jest to czysto rzemieślnicza robota?

Szczerze mówiąc, stworzyłem cykl „Alcatraz…”, aby odpocząć od pisania dla starszych odbiorców. Jest to dla mnie pewien rodzaj twórczych wakacji. Praca nad tą serią dostarcza mi nieporównywalnie więcej przyjemności niż w wypadku moich „poważnych” książek. Z drugiej strony: wysiłek włożony w powstawanie pozycji adresowanych do nieco doroślejszego czytelnika, sprawia, że efekt finalny jest bardziej satysfakcjonujący. Wszystko ma więc w tym wypadku dwie strony.

d2r7b99

A co z tzw. „wewnętrznym dzieckiem”? W trakcie pisania odsuwa je pan na dalszy plan, czy może pielęgnuje?

Ująłbym to w ten sposób: piszę właśnie dla swojego wewnętrznego dziecka. Gdy byłem w wieku odbiorców „Alcatraz…”, niespecjalnie paliłem się do czytania książek. Bakcylem zaraziła mnie na szczęście jedna z moich nauczycielek. Pracując nad książkami z serii, zakładam podświadomie, że ich potencjalny odbiorca to ja sprzed kilkudziesięciu lat. Staram się przekazać mu coś w rodzaju: hej, naprawdę polubisz literaturę, musisz tylko trafić na odpowiednią powieść itd.!

No właśnie - w dedykacji otwierającej powieść czytamy: „Winnowi Sandersonowi, który kupował mi książki”. Ojciec miał chyba spory wpływ na to, jaką drogę pan obrał?

Mój ojciec kocha książki, ale jeszcze bardziej kocha swoje dzieci. Od zawsze wspierał mnie i moje rodzeństwo w rozwijaniu naszych pasji. Gdy w wieku czternastu lat zacząłem zatapiać się w literaturze, zabierał mnie na wycieczki do księgarni, podsuwał rozmaite pozycje. Chciał dzielić moje zainteresowanie razem ze mną.

d2r7b99

Przygoda Alcatraza rozpoczyna się w momencie, gdy spotyka on swojego dziadka - pozornie szalonego staruszka, który pokazuje, że można żyć inaczej. To alter ego pańskiego taty?

Nie, dziadek Smedry to tak naprawdę... ja. A właściwie: ta nieco bardziej ekscentryczna, zabawna czy wręcz głupawa część mojej osobowości. Śmieszą nas te same rzeczy, lubimy gierki słowne, jesteśmy nieco zdziwaczali itd. Przyznam, że moja mama nie jest zbyt wielką fanką literatury science-fiction, uwielbia jednak „Alcatraz…” - właśnie dlatego, że Leavenworth Smedry tak bardzo przywodzi jej na myśl syna.

Myślę natomiast, że owym „szaleńcem” była właśnie wspomniana nauczycielka. To ona jako pierwsza podsunęła mi książki z gatunku fantasy i pokazała, że gdzieś poza trywialną, namacalną rzeczywistością istnieje również wiele magicznych, zachwycających wszechświatów. Co zabawne: jej nazwisko brzmiało „Reader” i zwracaliśmy się do niej „miss Reader” (chodzi o grę słów - „misreader” to ktoś, kto w błędny sposób interpretuje dany tekst - przyp. MW).

Alcatraz Smedry jest absolutnym mistrzem w psuciu wszystkiego, co napotka na swojej drodze. To dość charakterystyczne dla wszystkich, którzy przechodzą powolną przemianę z chłopca w mężczyznę...

Zdecydowanie tak. Nieco zbyt oczywista metafora, nieprawdaż?

d2r7b99

Nie byłbym aż tak surowy!

Cóż, w każdym razie: okres dojrzewania to pewien szczególny czas, w którym wszystko nagle zaczyna się rozpadać, a my nie mamy na to żadnego wpływu. Dotyczy to też naszego ciała, która zupełnie wymyka się spod kontroli. Nie wiem, czy istnieje ktokolwiek, dla kogo wiek nastoletni nie był czasem permanentnego cierpienia. Jeśli jednak spróbujemy podejść do tego humorystycznie, możemy trochę sobie w owym cierpieniu ulżyć.

Skoro przy psuciu jesteśmy: czy literatura może być niebezpieczna?

Nieee... Chociaż: gdyby w ręce dziewięciolatka trafiła książka w rodzaju „Jak w łatwy sposób skonstruować bombę atomową?”, byłoby to prawdopodobnie dość fatalne w skutkach. Książki mogą być również niebezpieczne w sytuacji, w której zabierając się do lektury, obawiasz się, że to, co myślałeś do tej pory o świecie, jest błędne. Jeśli jednak jesteś dość przekonany co do swoich poglądów lub podchodzisz z otwartością do odmiennych od twojego punktów widzenia, może to być fascynujące, rozwijające doświadczenie.

d2r7b99

Dużo bardziej niebezpieczna jest tak naprawdę ignorancja. Żyjemy w świecie pełnym rozmaitych, często sprzecznych, informacji i idei. Aby sprawnie się w nim poruszać, powinniśmy mieć świadomość tego, że nie wszyscy myślimy tak samo. Dlatego też jestem przeciwny wszelkiej cenzurze, a przede wszystkim: cenzurowaniu różnorodności. Należę do bardzo religijnych osób. Czy w takim razie powinienem unikać książek pisanych przez ateistów? Przecież dzięki temu jestem w stanie lepiej ich zrozumieć.

Jak stwierdza pański narrator: ,,Być może nawet dostawaliście je (tj. książki - przyp. MW) od kolegów, rodziców lub nauczycieli, którzy mówili, że są to lektury, które „trzeba przeczytać”. Książki te nieodmiennie określa się jako „ważne” – co według mojego doświadczenia oznacza mniej więcej tyle, że są nudne”. Nie ma pan chyba zbyt dobrego zdania na temat kanonu literatury światowej.

Oparłem to na swoich młodzieńczych doświadczeniach. Pamiętam, że ludzie podrzucali mi rozmaite książki, ich zdaniem odpowiednie dla osoby w moim wieku. Zwykle były to bardzo nużące opowieści opierające się na schemacie: jest sobie chłopiec, któremu towarzyszy pies - ktoś z rodziny chłopca umiera i takie tam...

W wypadku współczesnej literatury młodzieżowej sprawa ma się nieco inaczej. Książki są jak buty. Jeżeli wybierzesz nieodpowiednią, zbyt ciasną parę, czekają cię prawdziwe męki. To oczywiście lepsze niż chodzenie boso, jednak dopiero gdy trafisz już na obuwie w pasującym rozmiarze, twoje życie nabierze blasku. Pamiętajmy też, że ta zbyt ciasna para butów może być dla kogoś innego idealna. Nie ma więc złych książek, są tylko te nieodpowiednie dla danej osoby.

Pamiętam pan jakąś książkę, która w szczególny sposób pana znużyła lub dostarczyła wspomnianych mąk?

To mnie pan teraz wkopał! Nie chciałbym uderzać w konkretnych autorów. Powiem tylko, że były to dość pretensjonalne książki, których jedynym zadaniem było stworzenie, zwykle niezbyt przekonującej, iluzji literackiej. Oczywiście nie ma nic złego we wspomnianej iluzji jako takiej, nie może być ona jednak dla pisarza ostatecznym celem, na którym opiera on swoją twórczość. O wiele bardziej wartościowe wydaje mi się tworzenie opowieści o pełnokrwistych bohaterach, którzy mają realne rozterki. Ale tym razem znów: jest wiele par butów itd.

Wracając: Bibliotekarze z pańskiej książki dbają o to, aby społeczeństwo było stale niedoinformowane i nie dostrzegło tego, czym tak naprawdę jest świat. To komentarz odnośnie systemu edukacji?

Nie, byłaby to z mojej strony zbyt surowa opinia. Osobiście mam same dobre doświadczenia związane ze szkołą. Myślę natomiast, że problem z systemem edukacji polega na rażącym niedoinwestowaniu. Posłużę się tu amerykańskim przykładem. Rocznie konstruujemy ogromne liczby pocisków rakietowych. Oczywiście celowo przejaskrawiam sprawę, ale: może zrezygnujmy z jednej rakiety rocznie i wybudujmy lub dofinansujmy za zaoszczędzone pieniądze tysiąc szkół? Nie mam nic przeciwko.

A już myślałem, że ma pan jakąś nauczycielsko-bibliotekarską traumę.

Na szczęście nie. Owszem, pracowałem swego czasu jako bibliotekarz i zostałem po krótkim czasie zwolniony, ale był to wynik nieporozumienia z moim przełożonym. Nie mam więc w tym wypadku pretensji do całego systemu. Oparłem świat przedstawiony w „Alcatraz…” o środowisko bibliotekarskie, bo uznałem, że będzie to zabawne.

W przeciwieństwie do panujących trendów związanych między innymi z coachingiem osobistym, na przykładzie Alcatraza sugeruje pan, że każdy z nas ma swoje ograniczenia. To gorzka, ale istotna prawda.

Zgadza się. Nie znaczy to wcale, że mówię swoim czytelnikom: nie warto podążać za marzeniami. Rzecz raczej w tym, że przesłanie płynące z wielu książek dla dzieci brzmi: możesz być, kim tylko zapragniesz! To nieprawda - co gdybym chciał zostać w przyszłości gadającym psem, który żyje na Księżycu? Mówiąc bardziej serio, staram się w „Alcatraz…” przekazać odbiorcom: owszem, podążaj za marzeniami, znajdź jednak zajęcie, które jest zbieżne z twoimi talentami i umiejętnościami, rozwijaj je, bądź dzięki temu spełniony. Ludzie zbyt łatwo i zbyt nieodpowiedzialnie rzucają rozmaitymi sentencjami i frazesami, które odbiegają od praktyki życiowej.

Tytułowy piasek Raszida można więc zamienić w bardzo przydatne, magiczne szkło, natomiast wady można przekuć w zalety?

To właściwie główna teza książki: jedna i ta sama cecha może być zarazem błogosławieństwem, jak i przekleństwem. Albo inaczej: coś, co traktujemy jako naszą największą słabość, może się okazać naszą najmocniejszą stroną.

Alcatraz i dziadek Smedry to „okulatorzy” - magiczne szkła pozwalają im lepiej poznać świat. Podobną funkcję może chyba pełnić również literatura?

Tak, to bardzo ciekawa metafora! Nie pomyślałem o tym! Zgadzam się całkowicie. Okulary pomagają Alcatrazowi dostrzec rozmaite detale, których do tej pory nie zauważał, przez co doświadczał tak naprawdę jedynie nikłego ułamka rzeczywistości. Ale faktycznie, możemy to odnieść również do literatury, bardzo mi się podoba ta interpretacja.

Przygody Alcatraza stanowią świetny materiał na film. Upominało się o pana między innymi studio Dreamworks.

Prace nad filmem trwały około pięciu lat. W tym czasie powstały storyboardy i ciekawy scenariusz. Ostatecznie jednak podjęto decyzję, że praca nad projektem zostaje zawieszona. Mimo to bardzo miło wspominam ten czas, wszystko przebiegało w naprawdę przyjaznej atmosferze. Jest szansa na to, że w przyszłości powrócimy do tematu. Nie chcę jednak poświęcać swojej energii na rozmyślanie i gdybanie.

W „Alcatraz…” przemyca pan kilka żartów przeznaczonych dla nieco starszych odbiorców. Pojawia się nazwisko „Heisenberga” które przywołuje na myśl nie tylko niemieckiego naukowca, ale i głównego bohatera „Breaking Bad”. Czy współczesne, coraz wybitniejsze, produkcje serialowe, nie zajęły już aby miejsca przeznaczonego dla literatury rozrywkowej?

Nie wydaje mi się. Dopóki powstają dobre książki, dopóty ludzie będą po nie sięgać. Może spadek zainteresowania literaturą wiąże się z tym, że my, pisarze, powinniśmy bardziej się postarać? Nie wiązałbym tego jednak ze wzrostem popularności seriali i rzekomym „podkradaniem” odbiorców. Poza tym: książki zawsze będą miały tę przewagę, że dają czytelnikowi wrażenie pełnej kontroli oraz uczestnictwa w opowiadanej historii. Tego nie da ci telewizja, ani nawet gry wideo! Naprawdę, literaturze nic nie grozi.

Rozmawiał Mateusz Witkowski

d2r7b99

Podziel się opinią

Share

d2r7b99

d2r7b99