Trwa ładowanie...

Krzyże pospawane z rur w Ugandzie. Polak poznał ich makabryczne znaczenie

Kilkanaście lat temu kryzys w Ugandzie doprowadził do morderstw białych księży i zakonnic. "Kiedy giną czarni, świat zupełnie się tym nie interesuje", dlatego mieszkańcy dopuścili się bestialskich czynów, które zostały od razu zauważone przez rząd.

Share
Krzyże pospawane z rur w Ugandzie. Polak poznał ich makabryczne znaczenieŹródło: Materiały prasowe
d1d3su5

Między innymi o tej historii opowiada Robert Ziółkowski w swojej najnowszej książce "Karamoja. Ostatni Wojownicy". Autor "Wściekłego psa" czy "Łowców głów" wraca do w niej korzeni męskości. Odkrywa pierwotne wartości, które czerpie od żyjących na poziomie neolitu Wojowników niezależnego plemienia Karamojong w północnej Ugandzie. "Ostatni Wojownicy" to książka podróżnicza, awanturnicza i refleksyjna w jednym.

Dzięki uprzejmości wydawnictwa Zysk i S-ka publikujemy fragment książki, która trafiła do sprzedaży 3 września.

"Krzyże"

Po chwilowym postoju i odsapnięciu od upału w cieniu wielkiej, parasolowatej akacji, prosto z folderu biur podroży, ruszamy z górki drogą wykutą w skale. Następnie zaczyna się dość płaski teren. Z lewej rozciąga się widok na Sudan Południowy; jest zaledwie kilkanaście kilometrów stąd. Kiedyś tam pojadę, chciałbym poznać wysokich na ponad dwa metry, wojowniczych Dinka, o skórze koloru palonej kawy. Na razie biją się z Nuerami w niekończącej się wojnie domowej. W Sudanie jest ropa, więc wojna zbyt szybko się nie zakończy. Uganda wysłała tam swój wojskowy korpus ekspedycyjny, a pewnie i inne kraje wspierają zwaśnione strony. Polityczny interes widać tu lepiej niż w Europie, jest bardziej pierwotny i mniej zakamuflowany.

d1d3su5

Tak, Sudan Południowy to teraz piekło. Miliony ludzi uciekły do sąsiednich państw. Widziałem obóz uchodźców Dinka w Masindi. Widok ludzi pozbawionych wszystkiego oprócz życia jest przygnębiający. W oczach mieli strach podszyty bezradnością. Życie imigranta stoi w miejscu, nie zostaje nic innego, jak wspominać przeszłość i rozpaczać. Przyszłości po prostu nie ma.

Droga jest prosta i dobrze ubita, więc Abdul szarżuje. Nie robimy już żadnych skrótów, konsekwentnie posuwając się naprzód. Nasz kierowca zapamiętuje się w tej szybkiej jeździe, wyciskając z samochodu ostatnie poty. Właśnie zamierzam zwrócić mu uwagę, że chciałbym wrócić do Polski w jednym kawałku, kiedy zza zakrętu wypada ciężarówka wyładowana po brzegi trzciną cukrową. To już koniec, myślę, chwytając się kurczowo fotela i drzwi. Abdul bierze kurs na lewo, wciskając gaz do dechy. Toyota rwie do przodu, niemal ocierając się o maskę ciężarówki. Mijamy ją poboczem, auto tańczy na glinie, jakby miało swoje własne, szalone życie i za nic nie słuchało kierowcy. Zarzuca nas, okręca i wreszcie stajemy w chmurze czerwonego kurzu.

"Karamoja: Ostatni Wojownicy" już w sprzedaży Materiały prasowe
"Karamoja: Ostatni Wojownicy" już w sprzedaży Źródło: Materiały prasowe

Zapada cisza, nikt nic nie mówi. Abdul jest wystraszony.

d1d3su5

— Abdul, jeśli zginę, to tu przyjedzie moja żona i cię ukatrupi! — mówię do niego. — Co ty, k…a, robisz!? Skup się na drodze i nie szalej!
— Przepraszam — mamrocze.

Robimy przerwę. Wszystkim przyda się rozprostować kości i nieco odetchnąć. Śpiący w ramionach Mary Abraham nawet się nie obudził.

Dalej jest już spokojnie. Zatrzymujemy się tylko w wiosce Jie, żeby kupić banany. Przyglądam się mieszkańcom. Niektórzy starsi mężczyźni mają grube bransolety z kości słoniowej. Miejscowy policjant, który wskazywał nam drogę, gdzieś znika, nie chcąc być świadkiem ewentualnej transakcji. Niepotrzebnie, bo kości słoniowej nie chcemy. Wolimy, gdy jest na swoim miejscu, czyli noszona przez słonie.

Od jakiegoś czasu zwracam uwagę na mijane wielkie krzyże, pospawane z rur. Wystają z buszu, rozmieszczone co kilkanaście kilometrów wzdłuż drogi. Przypominam sobie, że widziałem je też w kraju Pian i Bakora. Tkwią samotnie, wystając spomiędzy krzaków. Myślałem, że wskazują miejsca parafii i kościołów, ale niektóre stoją w zupełnej dziczy. Pytam o nie Jacka. W odpowiedzi uśmiecha się dość dziko i złowieszczo.

d1d3su5

— To miejsca, gdzie Karamoja zabili białych duchownych — wyjaśnia. — Krzyże ustawili biali, wbrew naszej woli. Rządzą się na naszej ziemi, jakby byli u siebie! — dodaje gniewnie.
Pytam, dlaczego Karamoja zabili tych księży i ile było ofiar.

— To było dawno, na początku lat dwutysięcznych. Doszło do takiej eskalacji przemocy, że nikt nie był pewien dnia ani godziny. Wszyscy mieli broń automatyczną. Powstały bandy wojowników, którzy przestali słuchać starszyzny. Kradli i zabijali, wszyscy strzelali do siebie bez powodu i bez słowa ostrzeżenia. Mama opowiadała mi, że była w tamtym czasie w Kenii i Turkana wybili wszystkich ludzi Karamoja, którzy tam z nią przyszli. Po prostu ich bez słowa otoczyli i wystrzelali. Była ranna i udawała martwą, w ten sposób przeżyła. W Moroto kule świstały na ulicach, nie można było podróżować, na drogach ciągle dochodziło do napadów.

Materiały prasowe
Źródło: Materiały prasowe

Jack wzdycha, jakby nadal trwały tamte masakry.

d1d3su5

— Nikt nic nie robił w tej sprawie. Rząd siedział cicho w nadziei, że Karamojong sami się wzajemnie pozabijają i rozwiążą problem. Policja i wojsko pochowały się w koszarach, a biali również mieli nas gdzieś.

Widzę, jak trudno ukryć mu złość.

— Nikt nie chciał wysłuchać starszych i nikt nie chciał nam pomoc. Kiedy giną czarni, świat zupełnie się tym nie interesuje. W końcu starsi postanowili wysłać jednoznaczną wiadomość rządowi w Kampali. Nie mieli samochodów ani telefonów, więc informacja musiała być wysłana w inny sposób. Chodziło o to, żeby prezydent Museweni nas zrozumiał, od razu i jednoznacznie! Dlatego postanowili pozabijać tych białych księży, aby ktoś zauważył, co się dzieje, i zaprowadził porządek. Zabili ich kilkudziesięciu, same białe siostry i księży. Podobno odzierali ich z ubrań i porzucali nagie ciała w buszu. Boleję nad tym bestialstwem, ale rozumiem ich, nie mieli innego wyjścia.

Patrzy na mnie pytająco, jakby chciał wyczuć, co ja na to.

d1d3su5

— To straszne, ale rozumiem, o czym mówisz — odpowiadam ostrożnie.

— Okazało się, że mieli rację, reakcja była natychmiastowa. Museweni pod naciskiem białych ambasad z białych krajów przysłał wojsko i ogłosił program rozbrojenia. Karamoja chcieli oddać broń za pieniądze, ale rząd się nie zgodził. Użyto siły. Wkrótce się okazało, że nasi ludzie padają ofiarami mordów i tortur żołnierzy szukających uzbrojenia. Nikomu to nie wyszło na dobre. Plemiona z Kenii i Sudanu, wiedząc, że nie mamy czym się bronić, napadały nas tym zuchwalej. Wojsko za ochronę chciało pieniądze, i tak się to toczyło przez dziesięć lat. Wydawało się, że to wszystko poszło na marne, że biali zginęli na darmo, bestialsko zamordowani, a potem setki ludzi Karamojong zastrzelono lub zakatowano na śmierć. Dopiero od kilku lat panuje względny spokój, a ludzie uczą się normalnego życia.

W samochodzie zapada cisza.

Przez chwilę zastanawiam się nad logiką Jacka, która dla mnie, człowieka urodzonego na innym kontynencie, w czasach pokoju, jest w gruncie rzeczy nie do przyjęcia: czy zabijanie na zimno niewinnych ludzi może być usprawiedliwione z powodu jakiejś idei, dobra większego?

d1d3su5

Do głowy przychodzą oceny i kalkulacja sensu działań jednej i drugiej strony, wiary nie da się ocenić ani skalkulować. Ona jest ponad to, a świat bez ludzi wiary byłby zapewne jeszcze gorszym światem. Być może gdyby nie ta "ofiara" z życia, nadal panowałoby tutaj bezprawie?

Zastanawiam się, po co Jack mi to wszystko opowiedział i dlaczego tak bardzo wyolbrzymił liczbę ofiar? Wiem, że ta historia nie jest do końca prawdziwa. Nie znalazłem nigdzie informacji o tak szeroko zakrojonej i zorganizowanej akcji eksterminacji księży w Karamoja Land. Według oficjalnych danych przez ostatnich dwadzieścia lat zginęło tam kilkunastu białych duchownych. Być może chciał podkreślić, że to ich kraj, że to oni rozdają tutaj karty. Tak, im tego bardzo potrzeba. Do dziś nie mogą nawet spokojnie oddychać, nieustannie kontrolowani przez wojsko i policję, piętnowani przez rząd i białe organizacje międzynarodowe za wierność swoim odwiecznym zwyczajom i wierzeniom. Wokół rozlegają się głosy, uświadamiające im, że są głupimi barbarzyńcami, wszyscy wiedzą lepiej, jak Karamoja powinni żyć.

(…)

Powyższy fragment pochodzi z książki "Karamoja. Ostatni wojownicy" Roberta Ziółkowskiego, która ukazała się nakładem wydawnictwa Zysk i S-ka.

d1d3su5
Oceń jakość naszego artykułu:
Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.
d1d3su5
d1d3su5