Krzyżacki poker 1
Profesor Hopkins prowadził swojego toora szeroką drogą, biegnącą w stronę gór Habban. Południowa modlitwa nie przyniosła mu ukojenia. Teraz dopiero poczuł, jak bardzo zmęczył go dzisiejszy poranek. Wielkie napięcie, w jakim żył od kilku tygodni, dawało znać o sobie coraz częstszym kłuciem pod łopatką. Miał już pięćdziesiąt lat i sporą nadwagę. Lekarze ostrzegali, że grozi mu zawał, zalecając zmianę trybu życia, a przede wszystkim unikanie stresu. Nie powinien się tak denerwować. Jak jednak zachować spokój, gdy całe jego dotychczasowe życie legło w gruzach? Próbował uporządkować myśli, lecz jakoś mu to nie wychodziło. Wszystko wydarzyło się tak nagle. Co z nim będzie? Co stanie się z jego rodziną? Jest jeszcze wolny czy też wpadł już w tryby potężnej machiny państwowej, przed którą uciekał tyle czasu? Oszukiwał się, myśląc, że uchroni swoje odkrycie przez głupcami sprawującymi władzę. I cóż by uczynił, gdyby nawet doprowadził rzecz do końca? Nie był tchórzem, ale przerażała go wizja pobytu w lochach Domu
Wioślarzy*. Prędzej czy później zmuszą go do współpracy. A może należy po prostu zaufać Bogu, jak radził Smith?
Skręcił w wąską drogę, prowadzącą do położonego u stóp gór osiedla, zamieszkanego przez bogatych dublińczyków. Okazałe wille, zbudowane w hiszpańskim stylu, otoczone były rozległymi ogrodami, w których zagościła już jesień. Profesor zatrzymał toora przed bramą jednej z posiadłości. Wysiadł z samochodu i ruszył wolnym krokiem przez ogród. Gdy dotarł do drzwi, stanął nagle. Przez przeszkloną ścianę salonu dostrzegł kilku ludzi, którzy zrzucali właśnie książki z półek. Poczuł, że zaczyna brakować mu powietrza. Więc już są.
– Profesor William Hopkins? – Usłyszał nagle zimny głos.
Obrócił się gwałtownie. Stał przed nim wysoki, barczysty oficer Fastatu.
– Tak, to ja – odparł z wysiłkiem. W jednej chwili zrozumiał, że jego rozważania o stawianiu oporu były czystym szaleństwem. Ten człowiek wyglądał na kogoś, kto potrafi zabić z uśmiechem na twarzy.
– Proszę do środka. – Oficer mówił po arabsku, z hiszpańskim akcentem.
Weszli do salonu. Profesor zamarł na widok zniszczonego księgozbioru, który był jego dumą. Dwóch policjantów przeglądało dokładnie każdą książkę, odkładając niektóre z nich na bok. Dwóch innych pakowało do szarych worków zawartość szafy wypełnionej zapiskami.
– Willy! – Z sofy poderwała się starsza żona profesora. – Co tu się dzieje?! Czego chcą ci ludzie?! – Próbowała podejść do męża, lecz jeden z policjantów, brzydal o twarzy naznaczonej śladami ospy, zatrzymał ją w pół kroku.
– Puść! – padł krótki rozkaz. Policjant odstąpił od kobiety.
– Helen, co z dziećmi? – spytał szybko Hopkins.
– Jest z nimi twoja druga żona.
Profesor wystraszony spojrzał na oficera.
– Proszę nie robić im krzywdy. Oddam całą dokumentację i będę współpracował. Władze uczelni powiadomiły mnie o decyzji Fakihów. Zgadzam się na współpracę – powtórzył.
Policjanci zamarli w bezruchu. Przez twarz oficera przemknął ledwie dostrzegalny cień zdziwienia. – Przygotujcie się do wyjazdu, ruszamy za kwadrans – rzucił krótko.
– Kwadrans? – zaprotestował Hopkins. – W ciągu kwadransa...
– Zabierzcie tylko najpotrzebniejsze rzeczy. – Tamten nie zamierzał dopuścić do jakichkolwiek sprzeciwów.
Profesor pochylił głowę i pociągnął skamieniałą z przerażenia żonę. Jeden z policjantów ruszył za nimi.
Trójka komandosów spoglądała z niedowierzaniem na drzwi, za którymi znikł profesor.
– O czym on mówił? – spytał sierżant Freitag. – Czyżby...
Major pokręcił głową.
– Zdążyliśmy w ostatniej chwili – powiedział cicho. – Oni już wiedzą.
– Myśli pan, że... – sierżant nie dokończył. – Ditrich i Gruby, worki do samochodu, spieprzamy stąd!
– Do zmierzchu jeszcze sześć godzin. Gdzie się schowamy? – spytał nerwowo Gruby.
– Plan awaryjny. – Major skinął na Freitaga. – Podstaw samochody pod drzwi. Reszta niech zajmie się rodziną. I niech im włos z głowy nie spadnie.
Lwów. Stolica Rzeczypospolitej. 3 maja 1957 roku W kabinie niewielkiego śmigłowca „Dniestr” panował trudny do zniesienia hałas. Bogumił Stuk, dowódca mazowieckiej delegatury Wydziału Drugiego, siedział w przedziale pasażerskim i wpatrywał się zrezygnowanym wzrokiem w plecy pilota. Dwugodzinny lot sprawił, że nie słyszał już nawet własnych myśli. W skroniach czuł świdrujący [ból](https://portal.abczdrowie.pl/bol-kompendium-wiedzy). Przymknął oczy w całkiem irracjonalnej nadziei odgrodzenia się od wszechobecnego huku, a poszarzałą twarz wykrzywił grymas cierpienia. Było coraz gorzej. Zerknął w stronę schowka, w którym trzymał lekarstwo na swoje dolegliwości. Zawahał się, wreszcie westchnął ciężko.
– Jeszcze jeden nie zaszkodzi.
Otworzył schowek, wyjął butelkę ulubionej „Woroneskiej” i podniósł ją do ust. Od raz poczuł się lepiej. Odetchnął z ulgą i skierował wzrok ku ziemi. W dole pokazały się już przedmieścia Lwowa. Ogromna, pięciomilionowa metropolia tonęła w promieniach porannego słońca. Śmigłowiec przelatywał właśnie nad fabryką „Jan Żubr i syn”, produkującą najlepsze ciężarówki na świecie. Kompleks fabryczny, położony w przemysłowej dzielnicy Rogatki, przytłaczał swym ogromem. Po kilku minutach śmigłowiec znalazł się nad starym miastem. Przeleciał nad rynkiem i obrał kurs na Cebulkowo – dzielnicę wysokościowców. Górująca nad miastem, wyspa drapaczy chmur wyrastała wprost w morza kamienic śródmieścia. Śmigłowiec obniżył gwałtownie lot. Przed nosem maszyny pojawiła się przysadzista sylwetka siedziby Wydziału Drugiego. Gmach rósł w oczach. Pilot osadził śmigłowiec na dachu budynku.
– O której wracamy, pułkowniku? – Spojrzał pytająco na Stuka.
– Nigdzie nie łaź. Zabawię niedługo. – Stuk wygramolił się z kabiny i ruszył w stronę schodów, prowadzących na położony w dole dziedziniec.
Janusz Sapieha, nazywany przed podwładnych niedźwiedziem, z racji swojej potężnej budowy, przeglądał stertę dokumentów, zajmującą niemal połowę biurka. W gabinecie panowała cisza, mącona jedynie szumem wentylatora. Szef wywiadu wojskowego Rzeczypospolitej sięgał po kolejny raport, gdy rozległo się pukanie.
– Wejść! – rzucił krótko.
Skrzypnęły drzwi i do gabinetu wkroczył Bogumił Stuk. Sapieha zmierzył go uważnym spojrzeniem i wskazał na fotel stojący pod oknem.
– Siadaj.
Pułkownik zajął wskazane miejsce.
– Nie przeszkadzam?
– Przeszkadzasz, ale skoro masz sprawę nie cierpiącą zwłoki, znajdę chwilę. – Sapieha odsunął dokumenty i zerknął na swojego gościa badawczo. – Co przygnało cię tak nagle? Comiesięczne spotkanie już za tydzień. Nie mogłeś poczekać?
– Czasami tydzień to cała wieczność – odparł Stuk.
– Domyślam się więc, że to naprawdę coś ważnego. – Sapieha zapalił papierosa. – Mów, co się stało.
– Pamiętasz, o czym rozmawialiśmy ostatnim razem?
– Oczywiście. Twierdziłeś, że w protektoracie dzieje się coś niepokojącego. Żadnych konkretów, same przypuszczenia. Co zmieniło się od tamtego czasu?
– Przypuszczenia były tylko w ocenie tych durniów z wydziału analiz – powiedział ze złością Stuk. – Dla nich, póki niebo nie zawali się im na głowę, wszystko jest tylko niepotwierdzoną hipotezą.
– Analiza dostaw ropy od protektoratu nie wykazała niczego niepokojącego – odpowiedział spokojnie Sapieha. – Twoje domysły okazały się chybione.
– Ich interpretacja faktów to przykład skrajnej bezmyślności – mruknął Stuk. – Krzyżacy w ciągu ośmiu ostatnich miesięcy zwiększyli import ropy niemal dwukrotnie. Czy ci durnie nie zauważyli, że w ten sposób protektorat może obyć się bez dostaw przez niemal rok? Wygląda to, jakby szykowali się do oblężenia. To właściwe słowo.
– Wykorzystują koniunkturę – odparł Sapieha. – Przy obecnych cenach ropy koszt zwiększenia zapasów strategicznych jest po prostu znacznie mniejszy.
– A import z Norwegii? Cena norweskiej ropy nie jest zbyt korzystna.
– To margines dostaw. – Sapieha wzruszył ramionami. – Taka jest opinia specjalistów.
Stuk zmrużył oczy i odezwał się, z trudem hamując narastającą wściekłość.
– Mam kilka nowych informacji, o których pewnie już słyszałeś. Dwudziestego szóstego kwietnia doszło do napaści na posiadłość przywódcy największego klanu pruskiego. Następnego dnia zaczęły się masowe aresztowania. W ciągu tygodnia zdemontowali niemal całą pruską siatkę wywiadowczą. Ta afera z karabinami, to zaplanowana, dobrze przygotowana akcja. Zadbali o każdy szczegół. Jestem pewien, że czekali na tylko na okazję by uderzyć. Wiem, co zaraz powiesz. Sąd Najwyższy zajmie się sprawą. Nim jednak to się stanie, miną miesiące. Zanim zareagują delegatury, zanim zjadą się komisje rozjemcze, nasza możliwości penetracji protektoratu spadną do zera. Czy nie rozumiesz, że im o to właśnie chodzi? Krzyżacy znają doskonale procedury i wiedzą, że działając zgodnie z prawem, mogą zyskać pół roku swobodnego działania, bez narażania się na sankcje ze strony Rzeczypospolitej.
– Krzyżacy mieli mocne podstawy do aresztowań. – Sapieha wzruszył ramionami, cała ta rozmowa zaczynała go irytować. – Wiesz zapewne, że złożyli już protest, a dowody rzeczowe, w postaci sześćdziesięciu karabinów snajperskich, dostarczyli do jednej z delegatur. Prusowie sami są sobie winni. Powinni wiedzieć, że Rzeczpospolita nie może tolerować takiego postępowania.
– Skoro Krzyżacy wiedzieli którędy płynie broń dla Prusów, dlaczego dokonali przejęcia właśnie teraz? Nie dziwi cię to, że zwlekali? Przecież, na logikę, powinni uciąć proceder w chwili, gdy się o nim dowiedzieli! – Sięgnął do teczki i wyjął z niej kilka krzyżackich gazet. – Obejrzyj to. Zrozumiesz, o czym mówię.
Sapieha przyglądał się przez chwilę zdjęciu, umieszczonemu na tytułowej stronie polskojęzycznego wydania „Zeit” – jedynej ogólnozakonnej gazety. Fotografia, wcale niezłej jakości, przedstawiała spalony posterunek policji w okolicach wsi Altedorf.
– Twierdzisz, że Prusowie nie mają z tym nic wspólnego? – zapytał wreszcie, choć domyślał się już jaka będzie odpowiedź. Przy takim nastawieniu Stuka nie można było spodziewać się innej.
– To prowokacja – potwierdził tamten. – Sześciu zabitych żołnierzy, dwudziestu rannych, pięć napadów na wioski i siedmiu schwytanych napastników, którzy rzekomo należeli do Legionu Pruskiego. Moi ludzie i sami Prusowie potwierdzili, że to kryminaliści, którzy jeszcze miesiąc temu siedzieli w twierdzy w Ostródzie. Wyrok na nich wydano przedwczoraj, a następnego dnia zostali straceni. Inspektorzy nie zdążyli nawet zareagować. Czy to nic nie znaczy? W protektoracie nienawiść do Prusów wzrosła do nienotowanego od lat poziomu...– Skąd pewność, że Prusowie nie próbują wprowadzić nas w błąd? Nie zapomniałeś chyba o wpadce twojego wydziału sprzed dwóch lat? Twierdziłeś, że to Krzyżacy napadli na delegaturę w Ełku.
– To była pomyłka! Jednorazowa, a nie reguła! – Zirytował się Stuk. – Wszystkie klany potępiły ludzi Trokajły. Teraz informacje są pewne.
– Powiedz mi w takim razie, co ma się niby tam wydarzyć? – spytał Sapieha. – Chcesz powiedzieć, że Krzyżacy zamierzają się zbuntować?
– Tego nie powiedziałem – zaprzeczył gwałtownie Stuk. – Mam jednak przeczucie, że to wszystko łączy się ze sobą...
– Wiesz dobrze, że bunt w protektoracie to abstrakcja – przerwał mu Sapieha. – Jak miałoby to wyglądać? Ich armia liczy dwadzieścia tysięcy żołnierzy. Sądzisz, że odważą się wypowiedzieć posłuszeństwo? Myślisz, że nie zdają sobie sprawy, że na Litwie i w Koronie stoją dziesięciokrotnie liczniejsze siły, zdolne dotrzeć do Królewca w ciągu tygodnia?
– Wszystkie doniesienia wskazują... – zaczął Stuk.
– Posłuchaj mnie uważnie. – Sapieha już nie ukrywał zniecierpliwienia. – Odnoszę wrażenie, że nie potrafisz zachować dystansu wobec całej sprawy. Wiem, że z bliska wszystko może wyglądać nieco inaczej, jednak nie masz nic na potwierdzenie swoich podejrzeń. Kilka faktów, które można interpretować na wiele sposobów. Jeśli Krzyżacy próbują za naszymi plecami zrobić porządek z Prusami, podejmiemy stosowne kroki. Najpierw jednak niech sprawą zajmie się Sąd Najwyższy. Na razie nie będziemy się wtrącać.
– Takie są twoje polecenia? – spytał chłodno Stuk. – Mam pozwolić, by Krzyżacy spokojnie, krok po kroku, rozdeptali Prusów?
– Nie bądź cyniczny. Rozumiem twój niepokój, lecz nie widzę tu nic, co zagrażałoby Rzeczypospolitej. Na razie obserwuj rozwój wydarzeń. Za tydzień czekam na kolejny raport. – Sapieha ujął w ręce teczkę z dokumentami, dając poznać, ze rozmowę uważa za zakończoną.
Pułkownik westchnął ciężko, podniósł się z fotela i bez słowa opuścił pokój. Sapieha podniósł głowę znad dokumentów i zerknął na pozostawione przez Stuka gazety. Przebiegł wzrokiem treść jednego z artykułów. Na jego czole pojawiła się głęboka bruzda. Przez chwilę przyglądał się zdjęciu przedstawiającemu spalony budynek policji.
– To niedorzeczność – mruknął wreszcie. – Ten człowiek jest przewrażliwiony.