Kraina Imago
„Nie mów mi, jaki powinien być mój ojciec, skoro swojego nawet nie znasz”. Słowa Britty wciąż jeszcze nie chciały opuścić Wanji. Tkwiły w niej głęboko, a teraz, kiedy wokół było cicho, panoszyły się coraz bardziej w jej głowie. Potem, bardzo powoli, w pamięci dziewczyny zaczęły powracać wydarzenia dnia, nadciągały niczym ciemne chmury na niebie.
Już od rana wszystko szło nie tak. Wanja zaspała i Jo, jej matka, zachowywała się jeszcze bardziej nerwowo niż zwykle. Co kilka minut zaglądała do pokoju córki i popędzała ją.
– No już – prychnęła Wanja, kiedy głowa Jo po raz czwarty pokazała się w drzwiach. Matka skarciła ją wzrokiem.
– Za dziesięć minut wyjeżdżam, z tobą albo bez ciebie.
– Wszystko mi jedno. – Wanja przewróciła oczami i chwyciła dżinsy. Gdyby tylko nie miała tak daleko do szkoły. Lubiła stary dom z pruskiego muru, z dużym ogrodem, który Jo nazywała swoim życiowym strzałem w dziesiątkę, bo kupiła go za bardzo korzystną cenę. Ale daleka droga do szkoły działała Wanji na nerwy. Przede wszystkim w takie dni jak dzisiaj, kiedy autobus już odjechał, jej rower miał dziurawą oponę, a Jo ważne spotkanie. – Sama musisz wykombinować, jak się dostać do szkoły – powiedziała Jo, kiedy po dziesięciu minutach córka wciąż jeszcze nie była gotowa. I z tymi słowami wyszła z domu, trzaskając drzwiami, a Wanji nie pozostało nic innego, jak poczekać na następny autobus, narażając się tym samym na co najmniej pół godziny spóźnienia. Akurat na niemiecki, na którym miała dzisiaj czytać swoją historię. Siedziała nad nią dwa tygodnie, a jeżeli będzie miała pecha, to surowa pani Gordon skreśli ją teraz z listy.
Pani Gordon była wychowawczynią Wanji oraz nauczycielką niemieckiego i biologii. Tak tęga, że mogłaby schować za plecami dwoje uczniów, przy całej swej korpulentności miała figurę tak kształtną, że nikomu nie przyszłoby do głowy się z niej naśmiewać. Nosiła wyłącznie samodzielnie uszyte kostiumy o ekstrawaganckich wzorach i eleganckim kroju, które ściśle przylegały do jej krągłości, a każdy był małym dziełem sztuki.
Zdaniem Jo była wspaniałą kobietą. Wanja też lubiła wychowawczynię, mimo jej surowości. – Masz szczęście, że Thorsten napisał już swoją historię – powiedziała pani Gordon, kiedy Wanja zjawiła się w klasie dziesięć minut przed końcem lekcji. – W poniedziałek o ósmej masz drugą szansę. Ale jeżeli nie będziesz punktualna co do sekundy, twoja praca powędruje nie przeczytana do śmieci, z jedynką.
Wanja skinęła głową i usiadła na swoim miejscu. Jeszcze raz jej się udało. Ale później, na trzeciej lekcji, pan Schönhaupt cisnął na ławkę jej klasówkę z matmy. Bania.
– Moje gratulacje, panno Walters – powiedział, unosząc brwi tak wysoko, jak robił to za każdym razem, gdy chciał kogoś ośmieszyć przed resztą uczniów. Nie ulegało wątpliwości, że już od piątej klasy Wanja należała do jego ulubionych ofiar.
– To już druga dwója w tym półroczu. Mówi ci coś słowo „ćwiczyć”? – Schönhaupt, czekając na odpowiedź, bębnił palcami w stos zeszytów leżących na stole.
– Tak, proszę pana. – Wanja wycedziła te słowa przez zaciśnięte zęby. – Pewnego dnia odetnę temu ulizańcowi jego szczurzy ogonek – szepnęła do Britty, kiedy nauczyciel odwrócił się od niej z pogardliwym prychnięciem. Fryzura matematyka nijak miała się do jego nazwiska. Płowe, wiecznie tłuste włosy były związane cielistą gumką w cienki kucyk spoczywający na plecach.
– Pamiętasz sprawę z szamponem? – spytała Wanja, kiedy po szkole wracała z Brittą do domu. Gdy była zła na Schönhaupta, chętnie przywoływała w pamięci tę historię. Na początku roku Thorsten, klasowy klaun, ukradkiem postawił na biurku szampon, podczas gdy matematyk pisał zadanie na tablicy. Na butelce było napisane „Zwiększa objętość, do codziennego użytku”. Kiedy Schönhaupt się odwrócił, w pierwszej chwili niczego nie zauważył. Dopiero kiedy połowa klasy leżała na ławkach ze śmiechu, odkrył butelkę.
– Tej miny nie zapomnę do końca życia. – Wanja zachichotała.
– A ja tego, że cała klasa musiała zostać za karę po lekcjach.
– Britta była wtedy wściekła na Thorstena. – Tylko dlatego, że temu idiocie zabrakło odwagi, żeby się przyznać.
– Jeżeli ktoś jest idiotą, to tylko Schönhaupt – mruknęła Wanja.
Ale nie przekonała tym przyjaciółki. Britta, najlepsza w klasie z matematyki, była jedyną dziewczyną, do której nauczyciel nie zwracał się okropnie staromodnym powiedzonkiem „panno”.
– Nic nie powiedziałaś na temat moich nowych rzeczy.
Britta zatrzymała się, stanęła w wyszukanej pozie i spojrzała wyzywająco na Wanję.
– Dziewczyno, jak często mam ci powtarzać, że mnie to nie interesuje? – westchnęła Wanja.
Schönhaupt w języku niemieckim oznacza dosłownie „pięknogłowy” (przyp. tłum.).
– Tata poszedł ze mną w weekend na zakupy – Britta zignorowała uwagę przyjaciółki i pogładziła się po bladozielonej koszulce z nadrukowaną różą. Po czym nastąpił szczegółowy opis rzeczy, które mierzyła, i wyliczenie cen zakupów. Wanja w tym czasie obracała breloczek z kluczami wokół palca, zastanawiając się, ile czasu będzie musiała dziś spędzić nad znienawidzoną matmą, jeśli Britta nie da jej odpisać zadań. Już od pierwszej klasy Wanja dwa razy w tygodniu szła po lekcjach z Brittą do jej domu. Zapewniało to Jo czyste sumienie, a Wanji towarzystwo. Jej przyjaźń z Brittą z czasem stała się swego rodzaju przyzwyczajeniem, którego żadna z nich nie kwestionowała. W przeciwnym razie obie musiałyby chyba przyznać, że w gruncie rzeczy niewiele je łączyło.
– Hej, czy ty mnie w ogóle słuchasz? – Kilka kroków przed domem Britta dała Wanji kuksańca w bok, przez co ta upuściła breloczek z kluczami.
– Do licha, uważaj! – Przykucnęła wściekła. Breloczek wraz z kluczami wpadł do studzienki kanalizacyjnej.
– No taak, zapomnij o nim – powiedziała Britta.
Wanja jęknęła. Był to już drugi klucz w tym roku. Jo się wścieknie. Z ponurą miną poczłapała za przyjaciółką po wygrabionej ścieżce żwirowej w stronę jasnoniebieskiej, secesyjnej willi. Mama Britty już stała w drzwiach.
– Nareszcie jesteście! Szybciutko, jedzenie wystygnie!
W korytarzu uderzył Wanję zapach pieczonej wątróbki – jedynego mięsa, do którego żywiła głęboki wstręt. Kiedy jednak wszyscy usiedli przy stole, tata Britty tak wyraźnie podkreślił wartości odżywcze tej potrawy, że nie odważyła się zostawić czegokolwiek na talerzu. Z kamienną miną przeżuwała kawałek po kawałku, akurat tyle, ile było to konieczne, aby jak najszybciej przełknąć, popijając wodą. W tym czasie Britta rozwodziła się na temat klasówki, którą ona napisała na ocenę celującą.
– Moja córka – powiedział tata Britty. Wyjął z kieszeni spodni portfel i przesunął po blacie stołu nowiutki banknot dwudziestoeurowy. Co do tego, że Britta to „jego” córka, nie było wątpliwości już na pierwszy rzut oka. Wielkie, błękitne oczy, lśniące blond włosy i perłowe, równe zęby odziedziczyła jednoznacznie po tacie. Zaliczał się on do tych mężczyzn, których kobiety określają mianem przystojniaków. Według Wanji był jednak, podobnie jak jego córka, troszkę za cwany.
– Dzięki, tatku – zaćwierkała Britta na widok banknotu leżącego przed talerzem. Rzuciła przy tym triumfujące spojrzenie na swoją siostrę. Alina miała osiem lat, jako jedyna w rodzinie ważyła o kilka kilo za dużo i odkąd przyszła na świat, zawsze stała w cieniu starszej siostry.
– Głupia żmija – syknęła Alina, a Wanja stłumiła śmiech. Na deser był sorbet grejpfrutowy.
– To wygląda jak zamrożone siki żyrafy – powiedziała Alina na widok swojej porcji i po raz pierwszy zwróciła na siebie uwagę taty. Pan Sander wyciągnął rękę, wskazując drzwi, i rzucił:
– Ale już!
Kiedy Alina opuszczała kuchnię, Britta zachichotała, pani Sander westchnęła, a Wanja zapragnęła znaleźć się już w domu. Było jej szkoda dziewczynki.
– Ta mała klucha po prostu totalnie mnie wkurza – skwitowała Britta, gdy po obiedzie usiadły do odrabiania lekcji. Wanja odsunęła na bok zeszyt do matematyki.
– Myślę, że jest po prostu zazdrosna. Też bym była na jej miejscu. Ty dostajesz pieniądze, a ją wyrzuca się z kuchni.
Britta wzięła w palce kosmyk włosów i marszcząc brwi, przyglądała się ich końcówkom.
– Nic dziwnego, skoro wygaduje takie rzeczy. A może tata powinien ją jeszcze nagradzać za niewyparzony język? – wyrażenie „niewyparzony język” Britta przejęła od ojca, także akcent na pierwszym słowie był identyczny z tym pana Sandera.
– Ach, daj spokój. – Wanja przewróciła oczami. – Nie musi przecież karać jej jak psa. To z sikami żyrafy było całkiem śmieszne. Uważam, że twój tata mógłby się czasami wykazać odrobiną humoru.
To był kamyk wyzwalający lawinę. Britta odwróciła głowę w stronę Wanji.
– Nie mów mi, jaki powinien być mój ojciec – warknęła jadowicie – skoro swojego nawet nie znasz!
Po tych słowach Wanja na chwilę znieruchomiała i tylko patrzyła na Brittę. Huczało jej w głowie. Przyjaciółka spuściła wzrok i uporczywie wpatrywała się w podłogę, jakby chciała stamtąd pozbierać słowa, które jej się wymknęły. Ale było za późno.Wanja w milczeniu pozbierała swóje szkolne rzeczy i wybiegła z domu.
Na dworze lało jak z cebra, zimny, wcale nie wiosenny wiatr świstał w uszach. Dom Britty mieścił się tuż obok szkoły, ale tym razem długa droga, jaka dzieliła Wanję od domu, wydała jej się w sam raz. Zarzuciła torbę na plecy i pobiegła. Deszcz smagał ją po twarzy i mieszał się z łzami spływającymi po policzkach. Pędziła, jakby chciała uciec przed samą sobą: przez uliczki dzielnicy Britty, przez skrzyżowanie, po wąskim chodniku czteropasmowej jezdni, obok stacji benzynowej, fast foodów, magazynów meblowych i olbrzymiego sklepu z artykułami dla niemowląt, za którym zaczynała się niepozorna leśna droga, prowadząca do jej domu. Rano było tam dużo biegaczy, po południu starsze panie wyprowadzały swoje psy, a w weekendy rodzice spacerowali z dziećmi. Ale tego popołudnia Wanja miała las wyłącznie dla siebie. Zboczyła z drogi. Deszcz bębnił po liściach drzew, a stopy dziewczyny wybijały takt. Biegły szybko i rytmicznie po podmokłym poszyciu, łamały gałęzie i rozchlapywały kałuże. Gdzieś rozległ się krzyk ptaka.
Kiedy zatrzymała się przed ostatnim pagórkiem, by złapać oddech, coś czarnego sfrunęło przed nią na ziemię. Oddychanie sprawiało jej ból, tak szybko i na tak długim dystansie dawno już nie biegła. Czarna rzecz, znajdująca się teraz dosłownie u jej stóp, okazała się dużym piórem. Niezwykle dużym. Wanja podniosła je i pogładziła palcami. Miękkie i ciepłe w dotyku, miało lśniąco czarną powierzchnię. Dziwnym trafem jednak było zupełnie suche, chociaż dotychczas lało jak z cebra. Wanja uniosła głowę i zmarszczyła brwi. Deszcz zelżał. Przez zielone korony drzew prześwitywały już promienie słońca. Wiatr także ustał. Nie było widać żadnego ptaka. Kręcąc głową, Wanja włożyła pióro do kieszeni kurtki i pobiegła dalej. O tym, że klucze leżały w studzience kanalizacyjnej, przypomniała sobie dopiero pod domem. Na szczęście okno u Jo było otwarte. Wprawdzie jej pokój znajdował się na pierwszym piętrze, ale Wanja mogła się do niego dostać po starej jabłoni, która rosła tuż pod oknem. Po jej grubych, sięgających okna
gałęziach wspinała się już jako sześciolatka, ku przerażeniu sąsiadów. Ale jeśli chodzi o takie sprawy, Jo była wyjątkowo spokojną matką i przyzwyczaiła się do niebezpiecznych upodobań córki. Teraz Wanja wspięła się zgrabnie na pień i czepiając się rękami gałęzi, wskoczyła na parapet. Udało się. (...)