Korund i salamandra
Gnomy, podziemni nieludzie
Podziemie...
Brązowa czasza z nigdy niegasnącym ogniem, siedlisko salamander, rzuca roztańczone błyski na kamienną podłogę i niewysokie podwyższenie. Ściany i powała giną w pomroce, lecz ciemność nie jest przytłaczająca. Przeciwnie, każdego mieszkańca podziemi ogarnia tutaj triumfalne wrażenie swobody. „Serce Podziemia” — tak nazywają od wieków takie pieczary, a każda z nich jest święta.
Serce Podziemia. Starszy majster gnomów, krępy, o sękatych dłoniach z roztargnieniem poleruje ostrze noża. I bez tego błyszczy, lecz mistrz musi czymś zająć ręce, gdyż jest bardzo wzburzony.
— Serce Podziemia, Ogniu Niegasnący, w imię przepowiedzianych losów, niechaj spełni się tu i teraz! Ludzka niewiasta, przyciskająca do piersi roczne dziecko, pogrążona jest w czarodziejskim transie i nie obawia się tego, co się dzieje. Uśmiecha się przez sen. Nie wolno jej budzić. Gdyby to nastąpiło, byłaby zdolna jedynie do bezsensownych lamentów. Kompletnie bezmyślna istota. Bardziej niż dzieciątko, które ciamka sennie na jej rękach. Książę, nadzieja całego Podziemia, i jego karmicielka. Całkiem inna sprawa ze stojącym obok nich królewskim strażnikiem. Męski honor to sens jego istnienia. Ranny i spętany zaklęciem bezruchu, nie uważa siebie za pokonanego. I ma słuszność, ponieważ to nie jego słabość i poniżenie potrzebne są Podziemiu, lecz dobrowolna pomoc. Ochronne amulety może zdjąć z księcia tylko ludzka ręka.
— Pomóż nam, człowieku, a pomożesz sobie! Co za ironia — duma z goryczą starszy majster. — Widzimy duszę kamienia i potrafimy objawić ją profanom za pomocą swojej roboty. Widzimy też dusze ludzi, lecz nie potrafimy z nimi nic zrobić. Ileż było prób dogadania się! Oni rozumieją nas tylko wtedy, kiedy sami tego chcą.
Czarodziej mamrocze pradawne frazy, wkładając w nie całą moc rozpaczy. Zaklęcie uległości, zaklęcie strachu, zaklęcie bezsiły, jedno za drugim czary gnomów oplatają młodego strażnika gęstą, dobrze widoczną dla doświadczonego oka pajęczyną. Boi się. Zobaczył bezdenną toń i nie wierzy w ratunek.
— Sam wybieraj swój los. Możesz pozostać tutaj, żywy lub prawie martwy, zależy, jak wypadnie. Możesz także powrócić do swego świata razem z księciem, który będzie miał nasze amulety zamiast ludzkich. Znajdziesz potem przypadkowo to, co wy, ludzie, nazywacie „skarbem gnomów”. Staniesz się bogaty i będziesz mógł rozkazywać innym. Jesteśmy gotowi dużo zapłacić za twą pomoc, człowieku. Bardzo dużo.
— Nie zdradzę swojego księcia.
— Wierz mi, człowieku, nie ma w tym żadnej zdrady. Uczynisz coś dobrego dla wszystkich. Dla ludzi i dla nas. — Jakże nie ma zdrady? — Strażnik krzywi twarz w nieudanej parodii uśmiechu. — Czyż nie przeniknęliście potajemnie do komnaty księcia, nie pochwyciliście nas za pomocą czarów i nie obezwładniliście straży?
Boi się. Uważa, iż jeśli nawet pójdzie na ugodę, czekają go potem tortury, po których rzeczywiście może być prawie martwy. Oprócz strachu jest jeszcze żal, iż miał takiego pecha, że musiało mu się przytrafić coś takiego zaraz na początku życiowej kariery. Prawdziwego pecha! Jest jednak silny i mężny. Jakże zdobią cię twoje męstwo i honor, głupi królewski strażniku! Nawet ta bzdura, którą ludzie zwą wiernością wasala, przestaje wydawać się bzdurna, kiedy rozpala niezłomnym ogniem twoje szare oczy. Odsłoniliśmy twą duszę i jest ona piękna, jak najczystszy z drogocennych kamieni. I cóż? Lepiej nam z tym? Skoro nie chcesz nas zrozumieć...
— Uwierz, człowieku! Nie pragniemy zdobywać waszego świata, chcemy tylko ochronić własny. Twój król nie zdobył się, by nas wysłuchać w imię dobrosąsiedzkich stosunków, może więc zechce to uczynić z powodu syna i następcy. Nie życzymy niczego złego waszemu księciu. Naszych amuletów nie przenika czarna magia.
— Wolę, by moje dłonie przestały dźwigać broń niż miały dotknąć waszych amuletów!
Z piersi starszego majstra wyrywa się westchnienie bardziej podobne do jęku. Nóż za chwilę wypadnie z drżących palców. Serce Podziemia, Ogniu Niegasnący! Nawet czarodziej, do tej pory zdumiewająco spokojny podczas owej trudnej rozmowy, teraz prawie krzyczy:
— Dlaczego, człowieku?! Przecież i tobie zła nie życzyliśmy. Właśnie sam siebie przekląłeś i nikt ci już nie pomoże.
W oczach nieszczęsnego młodzieńca jest tyle bólu... Czarodziej ostrożnie, płynnie zdejmuje zaklęcia. Chrypi ostatkiem sił:
— Przepuśćcie pomoc. Dzisiaj przegraliśmy. Królewski strażnik pada powoli i bezwładnie z głuchym, przeciągłym jękiem do stóp kobiety pozostającej w czarodziejskim letargu. Śpiąca wciąż się uśmiecha. Śni o swoim małym kobiecym szczęściu. Majster gotów jest rzucić się i podtrzymać głupiego chłopaka, który tak nieostrożnie wyrzekł Słowo przy Niegasnącym Ogniu, w Sercu Podziemia.
Lecz pomoc już nadeszła. Młoda dzieweczka, bielsza od gipsowych lilii, z wystraszonymi, lecz jednak odważnymi oczami. I groźny król. Władca wymierza policzek śpiącej karmicielce, ta zaś budzi się i rozgląda w oszołomieniu, a jej dłonie mocno przyciskają do miękkich piersi małego księcia. Zbudzony malec głośno się śmieje.
Śmieje się! Starszego mistrza i cofającego się pod ochronę Stróża czarodzieja w tej samej chwili przenika otucha. Dobry znak! Dzisiaj przegrali, lecz jeszcze nie wszystko stracone. — Idziemy, głupia! — Król jedną ręką podtrzymuje mamkę, drugą zaś pomaga dzieweczce podnieść z ziemi półprzytomnego strażnika. — Przebieraj nogami, dopóki się nie opamiętają!
— Podziemie was wypuszcza — szepcze czarodziej w ślad za uchodzącymi ludźmi. — Jaka szkoda, że nikt jeszcze nie wymyślił zaklęcia zrozumienia...
— Ech, oto, co warte są proroctwa — wzdycha majster, głaszcząc sękatymi paluchami rękojeść noża. — Przegraliśmy, więc cóż nam pozostaje? Rozpocząć wojnę? — Książę jest jeszcze mały — odpowiada czarodziej. — Proroctwo nie oznaczyło terminu. Dopóki książę żyje, jest dla nas nadzieja. Zaczekamy, aż podrośnie...
Szlachetnie urodzona panna Julia, oficjalna przyjaciółka księżnej narzeczonej
— Skóry z nich zedrę żywcem! Zdrajcy! Małgorzata i Julia kulą się, zatrwożone. Król Henryk Groźny, daleko poza granicami Targali znany ze skłonności do okrucieństwa, nigdy za ich pamięci nie był do takiego stopnia rozwścieczony.
— Mężu mój, królu... — próbuje wtrącić królowa Nina. — Milcz, idiotko! — wrzeszczy król. — Gdzieżeś była?! — Ojcze! — krzyczy Małgorzata, wyrywając się z odrętwienia. — Nie ma czasu tego wyjaśniać! Trzeba ratować Karola, dopóki nie zamknęło się przejście! — Nie zamknie się. — Julia zagląda do czarnej jamy. — Halabarda zaklinowała koło.
— Jakie znowu koło? — pyta król, zniżając głos o jeden ton. — Nie mam pojęcia. Jest tu jakieś koło. — Julia dotyka wielkiego koła zębatego, zaczepionego jednym zębem o okute drzewce. Kiedy odejmuje dłoń, widzi na palcach ciemne plamy krwi.
Małgorzata bierze z toaletki lampę naftową z ażurowym, srebrzystym kloszem, wciska się za Julią do tunelu i uważnie ogląda ściany.
— Zostawił dla nas ślad!
— Kto? — pyta, szlochając, królowa.
— Gustaw — wyjaśnia księżniczka. — Jak widzisz, Nino, zdołał zaklinować wrota. Widzę tutaj plamy... i tutaj! Jakby ranny osunął się po ścianie. Trzeba pójść za tym śladem, ojcze!
— Prosto w pułapkę? — pyta surowo król. — Ty tam na pewno nie pójdziesz, Małgorzato!
— Mam wezwać dowódcę straży? — odpowiada pytaniem księżniczka.
— W żadnym wypadku! Pójdę sam. I biada nieludziom, którzy się ośmielą...
— Powiadają, że czary z dziecka może zdjąć tylko krewna — mówi cicho Małgosia. — A mężczyzna może odczarować pocałunkiem ukochaną kobietę.
— Bujdy — ze smutną pewnością siebie sprzeciwia się pasierbicy królowa Nina. — Żeby odwołać czary, trzeba przede wszystkim znać...
— Dość gadania — przerywa jej władca. — Małgorzatko, wezwij sir Olivera, niech zabezpiecza nam tyły. I żeby nikt więcej o tym się nie dowiedział! Rozumiecie? Nie chcę, by jutro plotkował o tym cały Korwaren. Daj lampę, Małgosiu. Lampę chwyciła już Julia.
— Ja ci poświecę, królu.
— Nie potrzebuję cię tam!
— Lampa przeszkodzi ci w walce, królu — sprzeciwia się panna. — Pomocna dłoń może się przydać. Nie sądzisz... — Dobrze, panienko. — Król ciska żonie srogie spojrzenie i odsunąwszy Julię, wkracza do ciemnego tunelu. — Trzymaj się z tyłu, zrozumiano? I ani słowa.
— Weź to. — Królowa zawiązuje troskliwie na jej nadgarstku srebrny sznurek z wplecionymi na końcach maleńkimi szmaragdami. — To „srebrne ziele” dla ochrony. Julia kiwa głową i prędko przeciska się za królem przez wejście do tunelu. Ochronne „srebrne ziele” dodaje jej pewności siebie. Pomarańczowe światło migocze na ścianach, rozpraszając ciemność. Tunel wiedzie ciągle w dół: najpierw pochylnią, potem po kamiennych stopniach, w pewnej chwili nawet po długich, kręconych schodach. Nagle korytarz się rozgałęzia. Król bierze lampę od Julii i zaczyna oglądać ściany oraz posadzkę. Milczy, stąpając niemal bezszelestnie, podobnie stara się poruszać Julia, bezgłośnie i ostrożnie. Podziemna cisza dzwoni w uszach.
Cisza? A może czary gnomów odbijające się od „srebrnego ziela”?
Król zatrzymuje się tak gwałtownie, że Julia niemal uderza nosem w jego szerokie okryte aksamitnym kaftanem plecy. Władca macha dłońmi. Daleko przed nim majaczy światełko gorejące nierównymi ognikami. Słychać dudniący, niewyraźny głos gnoma. Monarcha napiera całym ciałem na niewidzialną przeszkodę, potem próbuje przebić szpadą, wreszcie mruczy w bezsilnej złości:
— Zamknęli przejście!
— Co robić? — Julia wyciąga dłoń i dotyka koniuszkami palców przegrody, a wówczas ze sznura królowej tryskają migotliwe skry. Mimowolnie jęknąwszy, panna cofa dłoń. — Co to takiego? — pyta ochryple król.
— Ochronne „srebrne ziele”.
— Ech, diabli nadali, trzeba było ze sobą wziąć Ninę! Milknie bełkot gnoma i daje się słyszeć głos Gustawa. Taki znajomy... Julia ledwie powstrzymuje jęk. Głos jest zdecydowany, twardy, pełen wewnętrznej siły. Jej Gustaw... Co się z nim dzieje?! Panna przeczuwa, że coś strasznego! Niczym w sennym koszmarze, Julia odstawia lampę na ziemię i zaczyna wodzić rękami po kłującej nieprzeniknionej przegrodzie oddzielającej ją od Gustawa. Nie zwraca uwagi na biegające po palcach srebrne iskierki, mimochodem dziwi się tylko, że nie płacze, chociaż płacz byłby w tej chwili czymś naturalnym.
Przeszkoda znika. Julia wpada w ciemność rozpraszaną poblaskiem płomieni, rozglądając się w popłochu. Gustaw — jej Gustaw! — powoli, bezwładnie osuwa się do nóg nieruchomej Matyldy, mamki księcia Karola.
Jak się tutaj znalazła? I kto kryje się w gęstej ciemności w pobliżu? I dlaczego tak dziwnie brzmi śmiech małego księcia?
— Gustawie, wstawaj!
— Idziemy, głupia! — Król jedną ręką podtrzymuje Matyldę, drugą zaś pomaga Julii podnieść z ziemi półprzytomnego Gustawa. — Przebieraj nogami, dopóki się nie opamiętają!
Ciemność gęstnieje wokół, niemal ich dławi, ożywiając pradawne strachy i dziecięce lęki.
— Julio, lampa!
Pochwycona w biegu lampa otacza ich kręgiem pomarańczowego światła odbijającego się od ścian. Przerażona Matylda skowyczy po drodze. Gustaw dyszy ochryple, z przerwami, próbując sam stawiać kroki, dopóki król nie odpycha odeń rąk Julii i nie zarzuca go sobie na ramiona jak barana. Korytarze wiodą ciągle pod górę i wszystkim coraz ciężej oddychać. Kręcone schody wydają się ciągnąć w nieskończoność. Tak daleko!
— Julio — rzęzi Gustaw. Król zwalnia kroku. Matylda idzie chwiejnie, jakby miała za chwilę upaść, Julia więc odbiera od niej Karola, ciężko dysząc. Nagle wyłaniają się z ciemności królowa Nina i sir Oliver, kapitan gwardii królewskiej.
— A wy tu po diabła? — syczy król.
— Wyczułam, że potrzebujecie pomocy — odpowiada cicho królowa.
Kapitan przejmuje Gustawa z królewskich rąk, Nina chwyta prędko Karola. Monarcha podtrzymuje Julię i Matyldę. Od razu łatwiej iść. Uciążliwa droga pod górę rozmywa się w pomarańczowych błyskach rzucanych przez lampę, szeleście ubrań i monotonnych odgłosach stąpnięć. To naprawdę niezwykłe, zobaczyć w końcu przed sobą światło dzienne...
Król wyszarpuje halabardę ze stworzonego przez gnomów mechanizmu, a wówczas ciężkie, grube na łokieć tajne drzwi bezszelestnie wtapiają się w ścianę.