Trwa ładowanie...
d1khrou

Korea - kraj, gdzie czas zdaje się płynąć inaczej

Suki Kim wyjeżdża do Korei Północnej, by uczyć angielskiego synów wysoko postawionych dygnitarzy partyjnych. Spędza miesiące w kraju, w którym „ziścił się najgorszy Orwellowski koszmar”
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Korea - kraj, gdzie czas zdaje się płynąć inaczej
(AFP)
d1khrou

Kraj, gdzie czas zdaje się płynąć inaczej; kraj odizolowany, istniejący w innym systemie niż reszta świata; kraj, w którym Kim Dzong Il był "Bogiem najwyższym".

Suki Kim wyjeżdża do Korei Północnej, by uczyć angielskiego synów wysoko postawionych dygnitarzy partyjnych. Spędza miesiące w kraju, w którym „ziścił się najgorszy Orwellowski koszmar”, poznając od środka tamtejszy ustrój, coraz bardziej przerażona tym, w jaki sposób władza wpływa na młode umysły. Swoje wspomnienia przelewa później na papier, pisząc „Pozdrowienia z Korei. Uczyłam dzieci północnokoreańskich elit”.

Odcięta od świata, poddawana nieustannej inwigilacji, obserwuje swoich podopiecznych „zamkniętych w tym więzieniu udającym kampus uniwersytecki na pustych przedmieściach Pjongjangu, pilnie strzeżonym dwadzieścia cztery godziny na dobę”.

d1khrou

Pozorne szczęście

Szok kulturowy po przyjeździe do Korei Północnej jest ogromny. Mieszkańcy koreańskiej republiki ludowo-demokratycznej mają swój własny kalendarz, a czas liczy się u nich od narodzin Wielkiego Wodza Kim Ir Sena. Zresztą trzej przywódcy - Kim Ir Sen, Kim Dzon Il i Kim Dzon Un – stanowią jakby epicentrum kraju; w gazetach pisze się, a w mediach mówi wyłącznie o nich; każdy film, piosenka czy pomnik mają na celu sławienie przywódców, a dostępne książki zostały albo napisane przez Wielkiego Przywódcę, albo chociaż o nim opowiadają. Poza tym wszyscy są szczęśliwi i żyją w dobrobycie.

Oczywiście to tylko pozory. Rzeczywistość okazuje się znacznie bardziej ponura - ludzie cierpią głód, a od lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku zabito miliony osób. Na terenie kraju działają gułagi, w których przetrzymuje się więźniów politycznych, mieszkańcy nie mogą opuścić Korei – uciekinierów, którym się nie powiedzie, czeka śmierć. Nie wpuszcza się też tu praktycznie nikogo z zewnątrz, oprócz zorganizowanych wycieczek, którym pokazuje się wyłącznie ograniczony, ocenzurowany ułamek rzeczywistości.

„Słońce XXI wieku”

Przed przekroczeniem granicy Kim, tak jak i jej towarzysze, musiała oddać paszport i telefon komórkowy swojemu „opiekunowi”. Już wcześniej została uprzedzona, że powinna zabrać ze sobą własny sprzęt – czajnik, lodówkę, a najlepiej także i żywność, w tym masło, kawę czy mleko. Pokój, który dostaje po przyjeździe do szkoły, wydaje się jej nowoczesny, warunki zaś dobre. Nie zraża jej nawet postawiony obok szkoły obelisk, na szczycie którego widnieje napis: "Niech żyje generał Kim Dzong Il, słońce XXI wieku".

d1khrou

Pierwszym zgrzytem są niesmaczne posiłki, stale te same – na śniadanie owsianka i jajka, na obiad ryż i wodnista zupa, rzadko kiedy mięso. W stołówce zaś zawsze towarzyszy im "grupa około trzydziestu młodych kobiet w wojskowych mundurach khaki, pochylonych nad metalowymi tacami". Jak się dowiaduje, "to strażniczki, które mają zapewnić nam bezpieczeństwo".

Dżinsy są zakazane

Z każdym kolejnym dniem na zebraniach Kim poznaje kolejne wymagania i reguły. Dowiaduje się, że ma wyglądać „skromnie”, unikać bogato zdobionych ubrań. Nawet po zajęciach, kiedy będzie chodzić po kampusie, nie może sobie pozwolić na swobodniejszy ubiór „żadnych szortów, T-shirtów ani klapek”. Przepisowy strój: „jasnoniebieska koszula, szara spódnica do pół łydki i buty na niskim obcasie”. Nie powinna nosić spodni, przede wszystkim dżinsów:

- Dżinsy są zakazane. Kim Dzong Il nie lubi niebieskich dżinsów, bo kojarzą mu się z Ameryką – napisze później.

d1khrou

Rządowa cenzura

Kolejne ograniczenia były jeszcze dziwniejsze. Kim dowiedziała się, że gdy będzie na zakupach, ma uważać, z kim rozmawia, co mówi i jak wygląda. Zawsze musi jej towarzyszyć kierowca lub opiekun, który ma prawo przeglądać zrobione przez nią zdjęcia i usuwać te nieodpowiednie; zresztą poinformowano ją, że nie może fotografować niczego poza kampusem. Może udać się na wycieczkę, ale tylko jeśli otrzyma na to wcześniej pozwolenie; wyjazd wiązał się z płaceniem za benzynę, jak również za posiłek opiekuna i kierowcy.

Już wcześniej mówiono jej, że powinna wziąć gotówkę, bo w Korei nie ma możliwości korzystania z bankomatów i kart, a także latarki, bo często wyłącza się tu prąd. Poradzono, żeby muzykę zabrała na iPodzie – władze obawiają się, że płyty CD mogłaby przekazać innym; z książkami jest również problem – można zabrać tylko te „zatwierdzone”, i to najlepiej w formie e-booków.

Nieustająca inwigilacja

Inwigilacja jest oczywiście stałym elementem życia w Korei Północnej. Kim usłyszała, że jeśli zostawi gdzieś niepilnowanego laptopa, prawdopodobnie od razu zostanie skontrolowany; cały czas będzie zresztą pod obserwacją – mogą zrobić jej przeszukanie albo nawet zamontować pluskwę. Rozmowy są podsłuchiwane, listy sprawdzane. Dlatego nie powinna w ogóle dyskutować o polityce, zjednoczeniu Korei, ani sugerować, że sytuacja w kraju jest zła; nawet krytykowanie posiłków było surowo zabronione.

d1khrou

Zwrócono jej również szczególną uwagę, by uważała na wszystkie fotografie, przypinki czy gazety, w których mogła się znaleźć podobizna Wodza – za zniszczenie czy „zbezczeszczenie” go groziły poważne kary.

Wszechobecny Wódz

Studenci zostali podzieleni na cztery grupy, wedle swoich umiejętności językowych. Na lekcjach nie można sobie było pozwolić na odejście od obowiązującego planu; podręczniki musieli zaakceptować północnokoreańscy pracownicy dydaktyczni nadzorujący zajęcia.

- Wszystko, od książek do planów lekcji, musiało zostać przez nich zatwierdzone, zanim mogliśmy udostępnić to studentom. Jeśli chcieliśmy wykorzystać na zajęciach jakieś dodatkowe materiały, trzeba było przedstawić je kilka dni wcześniej z prośbą o akceptację – wspominała Kim.

d1khrou

W klasach i na korytarzach wisiały portrety Wodzów i propagandowe hasła.

- Każdy student zawsze nosił przypinkę z maleńką podobizną Kim Ir Sena na czerwonym tle, wpiętą na piersi po lewej stronie, zapewne dlatego, że tu była bliżej serca – pisała Kim.

Odcięci od świata

Chłopcy, których uczyła, dorastali, nie mając praktycznie pojęcia o świecie zewnętrznym; od najmłodszych lat wpajano im, że żyją w najlepszych z możliwych krajów. Kim z przerażeniem obserwowała ich ignorancję, świadoma, że nie może podzielić się z nimi swoją wiedzą.

d1khrou

- Kiedyś jeden z nich zapytał mnie, czy to prawda, że wszyscy na świecie mówią po koreańsku – wspominała.

Stale porównywali się z całym światem, jakby próbując utwierdzić się w przekonaniu, że są „najlepsi”. Jednocześnie zaś żyli w nieustającym strachu.

- Jednemu chłopcu wyrwało się, że lubi śpiewać rock'n'rolla. Natychmiast poczerwieniał i czym prędzej rozejrzał się, żeby sprawdzić, kto mógł to słyszeć – pisała.

Studenckie rozrywki

Nastolatkowie dorastali, pozbawieni rozrywek „zwykłych” ludzi spoza Korei. Nie mieli praktycznie żadnego kontaktu z dziewczętami, nigdy nie byli na „normalnej” imprezie. Kim miała okazję obserwować, jak wygląda przyjęcie urodzinowe w szkole. Jeden ze studentów poinformował ją: „Hong Mun-sup będzie grał na gitarze, a Park Se-hoon jest najlepszym tancerzem w grupie. Potem Kim Tae-hyun zagra dziewczynę w tym skeczu, a Ri Jin-chul chłopaka”.

- Mieli zebrać się wieczorem w jednym z pokojów w akademiku i zabawiać solenizanta występami – pisała. - Poza grą w piłkę nożną i koszykówkę oraz wspólnym oglądaniem raz w tygodniu telewizyjnego serialu "Naród słońca", o heroicznych czynach Wielkiego Wodza, studenci nie mieli innych rozrywek.

Ku wolności

Nawet ich internet, „intranet”, w niczym nie przypomina tego prawdziwego, to „mocno ocenzurowana sieć dająca dostęp tylko do wcześniej pobranych informacji i stron będących pod państwową kuratelą”. Kim z przerażeniem odkrywała, że jej uczniowie nie wiedzą, czym jest jazda na nartach ani kto poleciał na Księżyc.

Zabijano w nich indywidualność, przyzwyczajając ich, by wszystko robili w grupach.

- Podział na grupy i uszeregowanie w hierarchii. Indywidualne działanie było nie do pomyślenia – wspominała, przerażona świadomością, że nie jest w stanie im w żaden sposób pomóc, zmienić ich życia, a każda najmniejsza wzmianka mogłaby sprowadzić na nich ogromne kłopoty.

Wreszcie nadszedł czas jej wyjazdu.

- Nie mogłam powiedzieć: „Wyjedźcie z tego przeklętego miejsca. Zostawcie swojego przeklętego Wielkiego Przywódcę. Wyjedźcie albo przewróćcie to wszystko do góry nogami. Proszę, zróbcie coś”. Zamiast tego płakałam – pisała. - Tak się rozstaliśmy. Studenci obserwowali zza szyby, jak odjeżdżamy ku wolności.

Sonia Miniewicz

d1khrou

Podziel się opinią

Share

d1khrou

d1khrou