Kolor zbrodni
Pierwsi zauważyli ją bracia Convoy przesiadujący w parnym zaduchu na ganku bloku numer 1. Zdawało się, jakby na jej widok zastygli w pozach czujnego zaciekawienia – Caprice wyciągnięty na zardzewiałym restauracyjnym krześle, z głową wetkniętą w dziurę prowizorycznego fartucha z wyrzuconej zasłony prysznicowej, i Eric stojący za nim z czterema palcami wetkniętymi po kłykcie w słoik olejku do układania włosów.
Chuda biała kobieta maszerowała po stromym wzniesieniu od strony Hurley Street. Niczym maszt żaglowca okrążającego łuk ziemi, ukazała się najpierw głowa, a potem stopniowo reszta ciała z każdym następnym szybkim i sztywnym krokiem po spękanym asfalcie owalnego placu, wokół którego skupiały się domy osiedla Henry’ego Armstronga. Ta zniszczona arena, potocznie zwana Misą, zwykle jałowa i pusta, była dziś wieczorem usiana dziesiątkami nowych lodówek, które czekały na instalację, leżąc na grzbietach w otwartych skrzyniach niby ocean trumien zaklętych przez światło księżyca.
– Gdzie ona lezie? – spytał obojętnie Eric.
Kobieta trzymała jedno ramię odwrócone wnętrzem dłoni do góry, podpierając je drugą ręką.
Caprice pochylił się do przodu.
– Jakaś pinda na głodzie – prychnął.
– Ehm – mruknął Eric niewyraźnie i bez przekonania.
Kwadrans po dziewiątej ulice były wyludnione, bo w ośrodku osiedlowym zorganizowano zebranie w sprawie zabójstwa Matki Barrett i jej brata. Ale choć biała cizia znalazła się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze, nie wyglądała na ćpunkę; nie patrzyła na nich, nie szukała ich wzrokiem. Właściwie ich ignorowała, bez lęku stawiała te swoje szybkie, małe kroczki i wpatrywała się w ziemię przed sobą z miną wyrażającą ni to gniew, ni to osłupienie.
Tariq Wilkins, skrzywiony ponuro w ten skwarny poniedziałkowy wieczór, wyłonił się z bloku numer 1 i przycupnął na ganku, z rękami skrzyżowanymi na piersiach i dłońmi zagrzebanymi pod pachami dżersejowej bluzy Devils.
– Zebranie wreszcie się skończyło? – burknął. Zobaczył wciąż oświetlone okna ośrodka i cmoknął z irytacją.
Tariq, podobnie jak Eric, Caprice i wszyscy inni, wiedział, kto dokładnie rok temu zabił dwoje staruszków. Ale jak pozostali wolał zachować to dla siebie, tak na wszelki wypadek.
– Wygląda jak cmentarz – powiedział Tariq, wskazując nieme pole lodówek. Potem zobaczył kobietę wspinającą się po asfaltowej Misie i drgnął. – Kurde... – Rozdziawił usta, jego dłonie powędrowały do tylnych kieszeni szerokich spodni.
Była ubrana w granatowe dżinsy ze świeżo zabrudzonymi kolanami i czarny t-shirt z napisem: „Tylko słabi faceci nie szanują silnych kobiet, które ich wychowały”. Miała proste włosy do ramion, chudą, bladą twarz, wargi tak cienkie, że nie warto o nich wspominać, za to oczy... W świetle reflektora na ścianie budynku wyglądały na elektryzująco szare, jak u psa husky – jasne i rozszerzone, jakby była ślepa albo w transie.
Zbliżyła się, a Tariq wyszedł jej naprzeciw.
– Czego tu szukasz? – zapytał. W momencie, gdy Eric złapał go za rękaw i pociągnął do tyłu, Tariq spostrzegł coś krwawego i błyszczącego w jej dłoni.
Nawet nie zwolniwszy kroku, kobieta minęła ich i zniknęła – z osiedla Armstronga, serca gorszej części miasta, które nazywano Ciemną Dzielnicą, dzielnicą C – i poszła dalej w świat.
– Co mnie ciągniesz... – warknął bez większej pretensji Tariq, zadzierając wysoko łokieć, żeby uwolnić się z chwytu Erica.
Eric nie odpowiedział, tylko znowu zajął się włosami brata. Zaległa cisza. Wszyscy spostrzegli zakrwawioną, połyskliwą dłoń kobiety i zamknęli się w sobie, jakby nie chcieli się dzielić przykrymi wrażeniami.