Koczownicy
Do kwietnia tego właśnie roku, tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego drugiego, Sarajewo znane było w świecie z trzech rzeczy: olimpiady, zamachu na arcyksięcia oraz cievapcziciów, kafejek, nowego prymitywizmu, piłki nożnej, wypadów do Makarskiej nad Adriatykiem, bureku i rai. Od kwietnia słynie już tylko z jednego. Z wojny. Choć nikt nie jest zgodny w kwestii, kiedy się zaczęła (Pamiętam taką jedną rozmowę, którą odbyliśmy w yugo Davora. Davor powiedział wtedy, że wojsko stoi na granicy, Sanja spytała: czyje wojsko, a ja — na jakiej granicy.), za oficjalną datę uważa się czwarty kwietnia. Nas ten dzień zastał w naszym mieszkaniu w osiedlu Dobrinja. Mama, babcia i ja byłyśmy same. Tata nocował w Muzeum, kierując się ludową mądrością, że kapitan ostatni opuszcza tonący okręt. Ponieważ jednak Muzeum nie zostało spalone, a nasze mieszkanie i owszem, więc w ostatniej chwili przenieśliśmy się w panice do taty i zostaliśmy się koczownikami.
Wtedy właśnie zamilkły telefony, a ja straciłam kontakt z moimi koleżankami. Osiedle zamknięto, nikt nie może wejść ani wyjść. I podzielono je. Jedną część zawłaszczyli Serbowie. To właśnie tam został między innymi mój Profesor Literatury. Ostatnim razem, gdy się słyszeliśmy i wyznałam mu, że nie wiem, co robić, poradził mi: pisz.
A więc piszę.
W Muzeum zastałyśmy też mojego brata Davora i jego żonę Sanję w stanie błogosławionym. Ich historia jest prosta. W kwietniu samoloty zabierały ludzi przerażonych wojną, która już czaiła się wokół Sarajewa. To były wojskowe samoloty, bez siedzeń, ludzie podróżowali, siedząc w kucki na podłodze. Większość samolotów odleciała do Belgradu. Potem lotnisko zamknięto. To właśnie wtedy mój brat przestał wreszcie namawiać swoją żonę będącą w stanie błogosławionym, żeby przeflancowali się w jakąś inną część naszej planety. Ona nie chciała tracić kontaktu ze swoimi lekarzami. Później dowie się, że jej lekarze zerwali kontakt z nią. Jeden został ranny, drugi odleciał, a trzeci został po serbskiej stronie miasta. Młoda sublokatorska para małżeńska pojawiła się w Muzeum, bo do sutereny, którą wcześniej zajmowali, wprowadził się jej prawowity gospodarz. Z powodu pocisków, które zasypały miasto, jakby ktoś nagle cisnął konfetti, piwnice stały się raptem najbardziej poszukiwaną powierzchnią mieszkalną.
Przyprowadzili ze sobą także swoje pierwsze dziecko, psa Sniffiego, dwuletniego arystokratę dalmatyńczyka. Mówię „arystokrata”, bo swego czasu mama zauważyła, że on jeden ma więcej pokoleń za sobą i znanych przodków niż my wszyscy w Muzeum razem wzięci. Prócz naszej rodziny, o której napiszę więcej na dalszych stronach, do klubu koczowników dołączyli jeszcze portier Brkić i jego przyjaciel Julio. Obaj w poprzedniej wojnie byli partyzantami.
Mam na imię Maja. Piszę coś, co będzie powieścią w formie dziennika, a może czymś zupełnie nowym — dziennikiem w formie powieści. Jeszcze nie zdecydowałam. Piszę, bo nie pozostało mi już nic innego. Nie chodzę do szkoły, nie oglądam telewizji, nie wystawiam nosa z piwnicy. A z piwnicy nie wychodzimy, bo na górze trwa wojna. Wojna toczy się między Serbami, Chorwatami i Muzułmanami. Davor twierdzi, że to dlatego, bo Chorwaci mają Chorwację, Serbowie — Serbię, a Muzułmanie nie mają swojej Muzułmanii. Wszyscy uważają, że byłoby sprawiedliwie, gdyby ją mieli, ale nijak nie mogą się dogadać, gdzie powinny przebiegać jej granice. Tata mówi, że Davor jest osłem, a wojna toczy się dlatego, że Serbowie i Chorwaci chcą podzielić Bośnię między siebie, a następnie wybić i przepędzić Muzułmanów. Ja nie wiem, co powiedzieć. Niektóre sprawy nie są dla mnie do końca jasne. Czemu, na przykład, uzbrojonych Muzułmanów, którzy noszą czerwone fezy, Serbowie nazywają Zielonymi Beretami? Albo czemu Serbów, którzy noszą czerwone
berety, Muzułmanie nazywają Białymi Orłami? Jaka jest różnica między ustaszami a czetnikami? (Czetnicy mają brody, które noszą, jakby to były śliniaki. Upodabniają się do prawosławnych popów, ale popi z kolei mają dużo większe brzuchy. Ustasze natomiast przypominają kominiarzy.)
Nie! Myślę, że nie będę w stanie zwykłemu obcemu czytelnikowi wytłumaczyć obiektywnie, bez cienia stronniczości, czemu toczy się tu wojna. Zapewne, jak w wypadku wszystkich innych wojen, chodzi o podbój terytoriów i zwykłą grabież. Ale dlaczego jedno miasto wraz z blisko pół miliona jego mieszkańców bombardowane jest dzień i noc z okolicznych wzgórz, na to nie odpowiem nic przekonującego. Czemu ktoś (w naszym konkretnym wypadku — serbska artyleria) miałby burzyć domy, palić biblioteki, zwalać minarety i jabłonie rosnące wokół nich?
Czemu tego lata zamiast czereśni dzieci zbierają odłamki pocisków i wymieniają je między sobą, jakby to były serwetki, naklejki lub znaczki? Czemu wreszcie, skoro już mieszkamy w Muzeum, zamiast w łożach begów i bogatych Sarajlijów śpimy na noszach obrony cywilnej, w zimnej i wilgotnej piwnicy? (Na ostatnie pytanie znam odpowiedź: bo tata zasłonił materacami i prześcieradłami wszystkie okna, mając na względzie bezpieczeństwo koczowników, gdyby przytrafił się niespodziewany ostrzał.)
Mój tata ma pięćdziesiąt lat i jeden z największych przedziałków w całym mieście. (Figura stylistyczna: eufemizm.) Z zawodu jest historykiem i dyrektorem Muzeum. Na swym grzbiecie dźwiga szerokie, lekko przygarbione ramiona. Schudł, więc ubranie wisi na nim i łopocze. Z tego też powodu sprawia wrażenie człowieka niechlujnego, ale jest, na przykład, jednym z niewielu mężczyzn na tej wojnie, i jedynym w Muzeum, który regularnie się goli. (Oszczędność czasu, bo rzadko się czesze?) W pierwszych dniach wojny przemierzał całe miasto, tam i z powrotem, z domu do Muzeum, polując na wozy strażackie i śmieciarki, żeby przewiozły go wraz z resztą pieszych szaleńców przez krzyżowy ogień i dymiące minogrzmoty. Dzięki temu początek wojny wyobrażałam sobie jak pierwszomajowy pochód ożywionych pomników, na których partyzanci z żelaza oraz marmuru, rozstawiwszy nogi i rozłożywszy ręce, starają się za wszelką cenę nie spaść z postumentów.
Druga interesująca postać to moja mama. Jest wegetarianką ze szkoły makrobiotycznej, choć czasami zdarza jej się zgrzeszyć, gdy zapali sobie przy kawie. Ma smukłą sylwetkę, którą zawdzięcza jodze. (Joga to obyczaj polegający na tym, by dłubiąc palcami nóg w uszach, pozdrawiać Słońce dużo wcześniej, nim pojawi się na horyzoncie.) Mama wstaje pierwsza i kładzie się ostatnia. (Tak więc mogę tylko przypuszczać, że w ogóle sypia.) Przez tych kilka tygodni?, miesięcy?, lat? to ona sprawiła, że Muzeum zaczęło funkcjonować jak dom. Trzecia interesująca osoba to mój brat, który jest synem mojej mamy, ale nie synem mojego taty. Mama, co widać czarno na białym, wychodziła za mąż więcej niż raz, a mniej niż trzy razy. Mój brat Davor pracuje w radiu, jest reżyserem słuchowisk radiowych, choć skończył reżyserię filmową. Słuchowisko to coś, czego można wysłuchać w radiu, gdy zepsuje się telewizor i w pierwszym programie idzie muzyka klasyczna, a w drugim poważna. Ze wszystkiego, co dotychczas wyreżyserował, mnie
najbardziej podobał się program „Fantom”, w którym sam brał udział i plótł głupoty. Tak jak wtedy, gdy zainicjował akcję na rzecz umieszczania nowo komponowanych piosenek w czytankach. Jedną nawet zapamiętałam: „W ciemnym kącie kawiarni spotkałam chłopaka z ferajny. Raif pierścień mi dał i porwał mnie w dal, otulając w jedwabie i aksamit…”.