Kobieta
Inne(j) fragmenty dyskursu miłosnego
Kobiety w pewnej prowincji Chin przez wieki posługiwały się językiem nieznanym mężczyznom. Matki przekazywały nushu córkom. Słowa przylegały do rzeczy jak szyte na miarę rękawiczki. Pachnące, ciepłe, lekko wilgotne. Idealnie dopasowywały się do kształtu wypełniającego je ciała. Mężczyźni z lekceważeniem odnosili się do języka kobiet. Takie babskie gadanie.
Jacques Lacan odkłada fajkę. Chrząka. Co skrupulatnie rejestrują dyktafony milczących wyznawców. Wychodzi, ostrożnie zamykając drzwi, aby legenda nie wymknęła się w ślad za jego starczym człapaniem. Pozostawiony na tablicy schemat seksuacji jednoznacznie udowadnia brak kobiecej podmiotowości i kobiecego pragnienia. " To nie jest fajka", mówi Michel Foucault i leci do Kalifornii. Opalony na złoto efeb odbija się w jego oczach i znika na desce surfingowej. W Paryźu Roland Barthes prowadzi seminarium o miłości. Mam wtedy sześć lat i wskakuję w fazę edypalną tak beztrosko, jak do wody.
Umiem świetnie pływać. Zupełnie jak chłopak. Tata jest ze mnie bardzo dumny. Mam dziewięć lat, gdy Barthes wydaje Fragmenty dyskursu miłosnego. Wiem już, że nie ma powrotu. Dziewczynki idą na lekcje wuefu i zpt. osobno. Po dwudziestu kilku latach monoseksualny język tożsamości zniewala mnie i uwodzi. Krystaliczna logika tego samego! We Fragmentach dyskursu miłosnego mężczyzna kocha mężczyznę, a wątki opowieści splatają się zgrabnie jak podwójny warkocz francuski. Werter, Tristan, Baudelaire, Sartre witają mnie na pierwszych trzech stronach butnym jednogłosem. Mężczyzna. I nic poza tym.
Mimo znajomości struktur pragnienia i wykresów niemożności podejmuję ryzyko. Kartezjański "cud", któremu Luce Irigaray przywraca właściwe miejsce. Cud spotkania z innym. Tym, a nie innym. Zawsze po raz pierwszy. Bezprzestrzenny punkt w czasie już nie przeszłym. Jeszcze nie przyszłym. Most między kobietą/przestrzenią i mężczyzną/czasem. Zanim przejdziemy po nim w dwóch przeciwnych kierunkach. Zanim żółta taksówka odjedzie w górę Manhattanu zbyt szybko i zbyt daleko. Zanim zajmiemy miejsca w Lacanowskim diagramie. "Relacja między płciami nie istnieje", mówi Lacan. Chcesz dowiedzieć się czegoś o kobiecym pragnieniu? Jedź do Rzymu i spójrz na świętą Teresę Berniniego.
W londyńskim muzeum Freuda patrzę na fotografię Lou Andreas - Salome. Kobieta w gablotce muzeum poświęconego mężczyźnie. Ciepły blask światła odbity od jej skóry. Coś o lacanowskiej jouissance mówi mój wykształcony towarzysz. Spojrzenie zza szklanej szyby. Muza Nietzschego. Przyjaciółka Freuda. Kochanka Rilkego. Przyszpilona wśród innych pracowicie zebranych okazów.
Namiętna kochanka, histeryczka, nimfomanka, kobieta oziębła, wiedźma, matka, kurwa, dziewica. Dora, Ina, Lou. Lacanowska jouissance. Miranda uwięziona w dusznej piwnicy przez żałosnego szaleńca. Kolejny precyzyjnie spreparowany odwłok i elegancko rozprostowane skrzydełka w kolekcji onanistycznych Kalibanów. Motyl uśpiony eterem i wypatroszony dłońmi w gumowych rękawiczkach. Martwy eksponat cieszący oko Kalibana bezpiecznym bezruchem i nadaną mu przezeń nazwą.
Lou. Jej właściwego imienia nie wymówił żaden mężczyzna. Kolejne obce imiona, z których powstała opowieść. Pragnienie Lou padło łupem języka Innego. Innego języka strzeżonego przez legion demonów. Lou- córka za rękę ze starym tatusiem generałem. Lou- uczennica z mistrzem i mentorem. Ochrzczona przez niego w imię Boga. Stworzona "na Jego obraz i podobieństwo". Lou z zapieczętowanymi ustami.
Pojawiająca się w przypisach książek o Nietzschem, Freudzie, Rilkem, które przeglądam w poszukiwaniu śladów jej istnienia. Lou z niekochaną niekochającą matką. "Utop się, mamuś", krzyczała do niej na basenie kilkuletnia Lou. "Ależ dziecko, będę wtedy martwa", odpowiedziała mamusia pięknej córeczce z niedobrą, pobladłą buzią. "Niczewo", rzuciło na to dziecko, drżąc z zimna w za dużym kostiumie kąpielowym na chudziutkim ciałku. Niczewo.
Ze starym przyjacielem, lacanowskim psychoanalitykiem z Londynu, rozmawiamy o mężczyznach naszego życia. Żonglujemy cytatami i aluzjami. Big Phallus, Prawo Ojca, jouissance, Inny/inny, Phallic Mother, L'lmaginaire. Freud, Lacan, Laplanche. "Jesteśmy tacy podobni", cieszy się David. Lot ta kroi ciasteczka. Simone de Beauvoir pisze Drugą płeć. Obie Izoldy milczą zgodnie. Brawa dla kolejnej dzielnej Ateny patriarchatu. How nice.
Luce Irigaray mówi, że najbardziej udane córki patriarchatu nie mają matek. Rodzą się z głowy ojca jak Atena. Piękne i silne córeczki tatusia, od początku do końca wymyślone przez mężczyznę. Półsieroty z ciałem uwięzionym w zbroi. "Głowa mężczyzny jest ich matką". Nie znają ciepła kobiecego łona i wspólnego rytmu krwi, którego pamięć pomogłaby im znaleźć właściwy sens swojego początku.
To Atena uratowała Orestesa oświadczając, że jego matkobójstwo było mniejszym przestępstwem niż mol popełniony przez Klitajmestrę. Nikt nie pomścił śmierci Klitajmestry. Matki, która zabiła męża w zemście za ich córkę złożoną przez niego w ofierze. Pochowano ją w milczeniu pod innymi prochami. Zapomniano o matkobójstwie pod pretekstem ważności innej śmierci. Pogrzebano śmierć matki chyłkiem. Jak zbrodniarza za cmentarnym murem obowiązującego języka. Razem z matczyną opowieścią o początku. Nikt nie opłakał tej śmierci jak należy. Nikt nie napisał historii powtarzanej córkom, aby wiedziały, skąd pochodzą. Luce Irigaray mówi, że pozbawiono je w ten sposób Boga Matki stworzonego na ich podobieństwo. Odebrano horyzont własnego stawania się, wpisując w obcą historię ojców i synów. To dlatego córki patriarchatu nie mogą patrzeć w twarz matki, by frunąć.
Matki - strażniczki porządku podcinają im skrzydła według jednego z obowiązujących wzorów. Luce Irigaray pisze Speculum de l 'autre jemme. Lacan wyrzuca ją z pracy Ambitne Ateny początku nowego milenium! Gna je stary diabeł z czerwonym jęzorem i szepce w ucho o konieczności sukcesu, który pozwoli im zasłużyć na pochwałę tatusia. Obce w Królestwie Jego Rozumu. Zakłopotane nieco powracającym co miesiąc zapachem morza.
Próbują ogrzać się w zimnym, laboratoryjnym świetle. Są zwolenniczkami równości płci i równouprawnienia, ale nie lubią towarzystwa innych kobiet. Ich paplaniny, dotykania się, zapachu. Brzydzą się nimi. Ich mokrymi historiami o pełnych krwi porodach, wodach, które odeszły za wcześnie, wydzielinach, upławach. Lubią suche, zimne kolory.
Zamarznięte na kość błękity i oszronione popiele. Górskie kryształy przejrzyste jak krople wody. Perły i lodowato lśniące labradory. Wyzwolone. Wytrenowane w orgazmach. W zgodzie z najnowszymi koncepcjami seksuologów. Niezdolne do miłości. Najlepiej czują się w męskim towarzystwie i po pewnym czasie nie można już odróżnić ich od wielkich mistrzów, którym zawierzyły. Stoją na straży ich słów. Posłusznie wykonują prawo. Internalizują opresora gotowe nawet być mężczyzną. Dzielne Ateny zwycięskie. Każdy tata byłby dumny z takiej córki, która niewiele różni się od syna.