Klejnot Światła
1
W pogodne zimowe noce wspinam się na górskie szczyty, żeby znaleźć się bliżej gwiazd. Niektórzy twierdzą, że te migające światełka to dusze poległych w boju wojowników; inni utrzymują, że u źródła czasu Arwe we własnej osobie cisnął w niebo nieskończoną ilość diamentów, żeby ich blask po kres dni rozpraszał mroki nocy. Ja jednak sądzę, że gwiazdy to takie same słońca jak nasze. Ich ognisty szept rozpala we krwi wspomnienia pradawnych snów i nie spełnionych obietnic. To z gwiazd dawno temu ludzie przybyli na ziemię z pucharem zwanym Klejnotem Światła; wrócimy tam pewnego dnia jako aniołowie, niosąc światło w dłoniach.
Mój dziadek też tak uważał. To od niego nauczyłem się historii Wielkiej Niedźwiedzicy, Smoka, Siedmiu Sióstr i innych gwiazdozbiorów. To on nadał mi na cześć jasnej Gwiazdy Zarannej imię Valashu; zawsze powtarzał, że rodzimy się po to, by lśnić własnym blaskiem. Powiedział mi kiedyś, że wojownik Valarich powinien najpierw wygładzić do połysku swą duszę, a potem miecz. Dopiero wtedy bowiem może dostrzec swoje przeznaczenie i albo pogodzić się z nim, albo z nim walczyć, jeżeli jest jednym z tych nielicznych, którym dane jest kształtować swój los. Tacy ludzie przynoszą światu chwałę. Taki właśnie był mój dziadek. Ale Ishkanie i tak go zabili.
Elkasar Elahad uznałby za naprawdę niezwykłe zrządzenie losu, że tego samego dnia, gdy posłowie króla Kiritana przybyli z Alonii, by obwieścić rozpoczęcie poszukiwań Klejnotu Światła, cała armia rycerzy i arystokratów z Ishki zjawiła się w zamku mojego ojca z zamiarem rozpoczęcia negocjacji lub wypowiedzenia wojny. To było pierwszego ashte 2812 roku, w epoce, którą historycy nazwali Wiekiem Smoka. Tak ciepłej i ślicznej wiosny nie pamiętali najstarsi ludzie: śniegi topniały i spływały z gór, łąki rozkwitały dzikim kwieciem, w lasach otaczających Silvassu roiło się od dzików, jeleni i innej zwierzyny łownej. Policzywszy gości, majordomus nachmurzył się i burknął, że jeżeli planujemy ucztę, trzeba uzupełnić zapasy w spiżarni. Wezwano nas zatem - mnie, moich braci i innych rycerzy - byśmy udali się na polowanie. Cóż, nawet królobójcy muszą coś jeść.
Było wczesne popołudnie, gdy z najstarszym z braci, lordem Asaru, zjeżdżaliśmy ze wzgórz, na których stoi nasze pradawne miasto. Towarzyszyli nam mój przyjaciel Maram i jeden z giermków mojego brata; tworzyliśmy małą (tego dnia zapewne najmniejszą) grupkę myśliwych przemierzających okoliczne lasy. Cieszyło mnie to; nie bawi mnie, gdy sfora ujadających psów i banda mężczyzn na parskających koniach ściga oszalałą z przerażenia dziką świnię. Asaru przypominał bardzo naszego ojca, króla Shamesha: był tak samo poważny, stanowczy i bez reszty poświęcał się osiągnięciu raz obranego celu. Jego dusza została nie tylko wypolerowana, ale i naostrzona tak, że cięła groźniej niż najlepsza godhrańska stal. Powiedział, że zapolujemy na jelenia, więc lepiej będzie poruszać się po cichu i w małej grupie. Mimo to Maram, który wolałby polować z pompą i w tłumie innych rycerzy, postanowił się do nas przyłączyć. Prawdę mówiąc, po prostu chciał jechać ze mną; często powtarzał, że nigdy nie opuści najlepszego przyjaciela. Znacznie
mniej chętnie przyznawał się do tego, że tchórzy, bo widział kiedyś, co ostre jak brzytwa szable dzika potrafią zrobić z męskim przyrodzeniem. Polowanie na jelenia było o wiele bezpieczniejsze.
Dzień był ciepły, w powietrzu unosił się zapach świeżej ziemi i kwiatów lila. Wśród wytyczonych niskimi kamiennymi murkami pól, na których właśnie zielenił się młody jęczmień, mniej więcej co trzysta metrów stały solidne wiejskie domy. Na niebie złociło się słońce. W głębi Łabędziej Doliny zaczynał się nieprzebyty bór. Na granicy pól i lasu, gdzie stare dęby tworzyły zielony mur, zatrzymaliśmy się i zsiedliśmy z koni. Asaru rzucił wodze giermkowi, Joshu Kadarowi, który kwadratową twarz i powściągliwy charakter odziedziczył po ojcu, lordzie Kadarze. Nie podobało mu się, że musi zostać z końmi; z zazdrością patrzył, jak Asaru sięga po swój cisowy łuk i napina go na próbę. Miałem ochotę oddać Joshu własną broń, żeby mógł sobie postrzelać, kiedy ja będę się wylegiwał na słońcu. Nie cierpiałem polowania niemal tak samo jak wojny.
Asaru, wysoki i władczy w swoim czarnym, powiewającym na wietrze płaszczu, podał mi łuk i wskazał w kierunku drzew.
- Dlaczego tutaj, Val? - zapytał. - Dlaczego ten las?
- A dlaczego nie? - odpowiedziałem pytaniem. Zdając sobie sprawę, jak bardzo nienawidzę zarzynania bezbronnych zwierząt, pozwolił mi wybrać miejsce dzisiejszego polowania. Wprawdzie przez całą drogę z zamku milczał jak zaklęty, ale musiał sobie zdawać sprawę, dokąd jedziemy. - Przecież wiesz - dodałem łagodnie, patrząc mu w oczy.
Nie spuścił wzroku. W jego spojrzeniu nie było lęku; każdy Valari chciałby tak wyglądać. Miał oczy króla: głębokie, tajemnicze, czarne jak noc i błyszczące jak gwiazdy. Wydatne kości policzkowe i długi orli nos potwierdzały przynależność do naszego wiekowego rodu. Spalona wiosennym słońcem skóra przypominała wyblakłą kość słoniową. Wiatr rozwiewał mu grzywę długich, gęstych, czarnych włosów. Chociaż Asaru był jak najbardziej człowiekiem z krwi i stali (a także innych pierwiastków obecnych w ziemi), miał w sobie także coś nieziemskiego. Ojciec twierdził, że jesteśmy do siebie podobni jak bracia bliźniacy, lecz Asaru był pierworodnym synem Shavashara Elahada, a ja - najmłodszym z siedmiu. To wielka różnica.
Podszedł bliżej i przyjrzał mi się w milczeniu. Uparłem się, żeby założyć na polowanie skórzaną kurtkę myśliwską, koszulę z samodziału i ciemnozielone spodnie. Asaru tymczasem przywdział płaszcz i czarną tunikę z wyszytymi na piersi symbolami królewskiego rodu z Meshu: srebrnym łabędziem i siedmioma srebrnymi gwiazdami. Nie wyobrażał sobie, że mógłby publicznie pokazać się w innym stroju. Był najwyższy z braci i choć przerastał mnie tylko o centymetr, miałem wrażenie, że patrzy na mnie z góry. Jego oczy niczym dwa palące słońca wpatrywały się w bliznę, którą miałem nad lewym okiem: niezwykłą bliznę w kształcie błyskawicy. Chyba przypominała mu o czymś, o czym wolałby zapomnieć.
- Dlaczego taki z ciebie dzikus? - spytał natarczywym szeptem.
Stałem przed nim wsłuchany w łoskot własnego serca. Milczałem.
- Hola, hola! - rozległ się donośny głos. - Co się dzieje? O czym tak rozprawiacie?
To Maram, który zorientował się, że coś iskrzy między nami, podszedł do nas, chrząkając nerwowo. W ręce trzymał łuk. Nie dorównywał Asaru wzrostem, ale i tak był człowiekiem solidnej postury, a wydatny brzuch zdawał się służyć mu do usuwania z drogi wszelkich przeszkód i ludzi mniejszych niż on sam.
- Co powinienem wiedzieć o tych lasach? - zapytał.
- Że pełno w nich jeleni - odparłem z uśmiechem.
- I innego zwierza - dodał prowokacyjnie Asaru.
- Jakiego zwierza? - zainteresował się Maram. Oblizał wydatne, zmysłowe usta i podrapał się po gęstej brodzie.
- Ostatnio w tym lesie nie sposób było się ruszyć, żeby nie wejść na jakiegoś królika - wyjaśnił Asaru. - Poza tym roi się tu od wiewiórek.
- To dobrze. Bardzo dobrze. Lubię wiewiórki.
- Lisy też je lubią - zauważył Asaru. - I wilki.
Maram odchrząknął i kilka razy z wysiłkiem przełknął ślinę.
- W moim kraju widywałem tylko zwyczajne rude lisy. W niczym nie przypominają tych waszych szarych olbrzymów, które właściwie niewiele różnią się od wilków. A co do wilków… No cóż, już dawno prawie doszczętnie je wytrzebiliśmy.
Maram nie pochodził ani z Meshu, ani nawet z Dziewięciu Królestw Valarich. Co więcej, wszystko w jego osobie drażniło prawdziwego Valari. Ogromne brązowe oczy przywodziły na myśl delską słodzoną kawę i łatwo napełniały się łzami złości lub melancholii; olbrzymie jak bochny chleba dłonie były całe upierścienione. Na polowanie Maram przywdział szkarłatną tunikę i spodnie królów Delu. Lubił, naturalnie, czerwień jako zewnętrzną manifestację temperatury swojego ognistego serca, ale przede wszystkim chciał być widoczny, zwłaszcza w lesie, w którym roiło się od wygłodniałych ludzi z łukami. Moi bracia uważali, że zesłanie go do szkoły Bractwa w górach nieopodal Silvassu miało być karą za tchórzostwo. Jednak prawda przedstawiała się inaczej: Maram został wygnany z dworu za nieskromne zabawy z ulubioną konkubiną ojca.
- Nie poluj na wilki w Meshu - uprzedził go Asaru. - To przynosi pecha.
- Dobrze, dobrze. - Maram naciągnął i puścił cięciwę łuku, która zadźwięczała głośno. - Jeżeli one nie będą polować na mnie, to i ja zostawię je w spokoju.
- Wilki nie polują na ludzi - uspokoił go Asaru. - Powinieneś raczej wystrzegać się niedźwiedzi.
- Niedźwiedzi?
- O tej porze roku szczególnie groźne są matki z młodymi.
- W zeszłym roku widziałem jednego z tych waszych niedźwiedzi - stwierdził Maram. - Mam nadzieję, że żadnego więcej nie spotkam.
Podrapałem się po czole. Czułem, że Maram się boi. Mesh słynie z olbrzymich, zajadłych brunatnych niedźwiedzi, które przed wiekami wyparły swych łagodniejszych czarnych pobratymców do spokojniejszych krain. Takich jak Delu.
- Jeżeli nie wyleją cię ze szkoły i zostaniesz z nami wystarczająco długo, napatrzysz się jeszcze na niedźwiedzie - zapewnił go Asaru.
- Myślałem, że niedźwiedzie trzymają się gór…
- A jak ci się wydaje, gdzie właściwie jesteś? - Asaru szerokim gestem powiódł po otaczających nas ośnieżonych szczytach.
Znajdowaliśmy się w Łabędziej Dolinie, największej i najpiękniejszej dolinie w całym Meshu. Kurash przecinała łagodnie pofalowany teren i wpadała do jeziora Waskaw. Było tam mnóstwo innych jezior, nad które co roku wiosną przybywały łabędzie, by składać jaja i pływać w przejrzystej błękitnej wodzie.
Po drugiej stronie doliny, trzydzieści kilometrów na wschód, piętrzyła się granitowo-lodowa piramida Eluru, a za nią jeszcze wyższe wierzchołki pasma Culhadosh, rozdzielającego Waas od Meshu. Siedemdziesiąt kilometrów na południe od nas majaczył mur Itarsu, na którym moi przodkowie nieraz odpierali najazdy wojsk Sarnich, nadciągających z szarych równin. Za naszymi plecami wznosiły się wzgórza, które przebyliśmy tego dnia, a nad nimi, na zachód od zamieszkałych przez niedźwiedzie lasów, w które właśnie mieliśmy się zagłębić, widniały trzy najpiękniejsze szczyty Masywu Centralnego: Telshar, Arakel i Vayu. To były góry mojej duszy; wydawało mi się, że właśnie tu leży serce Gór Poranka, a zapewne także całej Ea. W dzieciństwie bawiłem się w ich lasach i śpiewałem piosenki przed ich milczącymi, kamiennymi obliczami. Tuż za granicą zabudowań i fortyfikacji Silvassu wznosiły się niczym bogowie: błyszczący, wysunięty kilka kilometrów ku południowi Vayu, Arakel na zachodzie, zaraz po drugiej stronie rwącej Kurash, i
Telshar Wielki, na którego zboczu dziadowie moich dziadów zbudowali zamek Elahad. Kiedyś wspiąłem się na sam szczyt tej świetlistej góry. Gdy patrzyło się zeń na północ, za Diamentową Rzeką lśniły Raaskel i Korukel, a za nimi - niczym za plecami pary strażników - wyrastały białe, lodowe góry Ishki. Rzecz jasna, przez całe życie starałem się nie patrzeć w tamtą stronę.
Maram podążył wzrokiem za wyciągniętą ręką Asaru, potem spojrzał na mroczny, wyczekujący las.
- Właśnie, gdzie ja jestem? - mruknął. - Zabłądziłem, zupełnie się zgubiłem.
W tej właśnie chwili, jak gdyby w odpowiedzi na nie wypowiedzianą modlitwę Marama, rozległ się niespieszny stukot końskich kopyt. Odwróciłem się i ujrzałem siwowłosego mężczyznę, który szedł przez pole w naszą stronę, prowadząc za uzdę konia. Miał przepaskę na prawym oku i wyraźnie utykał, jakby ktoś przetrącił mu kolano maczugą lub korbaczem. Wyglądał znajomo, ale nie mogłem sobie przypomnieć, gdzie się spotkaliśmy.
- Witajcie, chłopcy - powiedział, podchodząc bliżej. - Piękny dzień na łowy, co?
Maram obrzucił bacznym spojrzeniem jego ubłocone wełniane odzienie, cuchnące świniami i końskim gnojem. Z obrzydzeniem zmarszczył nos. Obdarzony bystrzejszym wzrokiem Asaru od razu dostrzegł migoczący na sękatym palcu wieśniaka pierścień. Ja również zwróciłem na niego uwagę: był srebrny, niewyszukany, ozdobiony czterema brylantami. Pierścień wojownika. I do tego lorda.
- Lordzie Harsha - odezwał się Asaru, który pierwszy rozpoznał starca. - Dawno się nie widzieliśmy.
- W rzeczy samej. - Lord Harsha spojrzał na giermka, potem na Marama i na mnie. - Kim są twoi przyjaciele?
- Wybacz, proszę. Pozwól, że przedstawię ci Joshu Kadara z Lashku. Lord Harsha skinął giermkowi głową.
- Twój ojciec to zacny człowiek - powiedział. - Walczyliśmy razem przeciw Waasom.
Młody Joshu ukłonił się nisko, jak nakazywała jego ranga, i w milczeniu napawał się usłyszanym komplementem.
- To książę Maram Marshayk z Delu - ciągnął Asaru. - Adept Bractwa. Lord Harsha zwrócił na Marama swoje jedyne oko.
- Czy to prawda, że członkowie Bractwa nie polują na zwierzęta? - zapytał.
- Tak, to prawda. - Maram ścisnął mocniej łuk. - Wolimy zdobywać wiedzę. Jestem tu tylko po to, by chronić mego przyjaciela, gdybyśmy natknęli się na niedźwiedzia.
Lord Harsha odwrócił się w moją stronę, przeniósł wzrok na Asaru, a potem znowu na mnie. Jego spojrzenie było gorące jak promień słońca.
- Ty musisz być Valashu Elahad - stwierdził.
Maram poczerwieniał ze złości. Wiedziałem, że nie uznaje obowiązującej wśród Valarich hierarchii pozycji i zasług. Irytowało go, że jakiś starzec, zwykły wieśniak bez kropli szlacheckiej krwi w żyłach, może przewyższać rangą księcia.
Spojrzałem na pierścień, który tkwił na moim palcu. Nie było w nim ani czterech brylantów lorda, ani trzech wodza, ani nawet dwóch przysługujących zwykłemu rycerzowi. W srebrnej obrączce tkwił jeden jedyny kamyk. Byłem prostym wojownikiem. Ba, miałem szczęście, że w ogóle trafił mi się jakiś pierścień. Gdyby nie jakie takie obycie z mieczem i łukiem, które zawdzięczałem ojcowskim naukom, nie miałbym i tego. No bo co to za wojownik, który nienawidzi wojny? Jak to możliwe, że rycerz Valarich (a właściwie chłopak, który marzy o zostaniu rycerzem) woli grać na flecie i pisać wiersze, niż próbować swych sił w potyczkach z braćmi i rodakami?
Lord Harsha uśmiechnął się ponuro i zapytał:
- Dawno nie zapuszczaliście się w tutejsze lasy, co?
- Istotnie, panie - odparłem. - Dawno.
- Powinniście byli mnie odwiedzić, przywitać się, zanim stratujecie moją ziemię. W dzisiejszych czasach młodzi za nic mają dobre maniery.
- Wybacz, panie, ale spieszyliśmy się. Późno wyruszyliśmy.
Nie tłumaczyłem mu, że wyjazd na polowanie opóźnił się o godzinę, bo musiałem przetrząsnąć cały zamek w poszukiwaniu Marama. W końcu znalazłem go w łóżku jednej z pokojówek mojego ojca.
- Rzeczywiście, bardzo późno. - Lord Harsha spojrzał na słońce. - Ishkanie was uprzedzili.
- Jacy Ishkanie? - spytałem zaniepokojony.
Asaru wpatrywał się z natężeniem w las.
- Oni też nie mieli czasu, żeby się przedstawić. Ale było ich pięciu; słyszałem, jak się przechwalali, że zasadzą się na niedźwiedzia.
Na te słowa Maram jeszcze mocniej zacisnął palce na drzewcu łuku. Na czoło wystąpiły mu kropelki potu.
- W takim razie… - zaczął. - Powinniśmy chyba zostawić im ten las. Asaru uśmiechnął się tylko, jakby Maram proponował odstąpienie wrogowi całego Meshu.
- Ishkanie lubią polować na niedźwiedzie - powiedział. - W każdym razie las jest spory, a oni mają nad nami dobrą godzinę przewagi. Pewnie zdążyli już zabłądzić.
- Uważajcie, żeby i wam się to nie przydarzyło - ostrzegł lord Harsha.
Asaru posłał mi dziwne spojrzenie.
- Mój brat czuje się w lesie jak w domu - zauważył. - Lepiej niż we własnym zamku. Nie zgubimy się.
- To dobrze. Powodzenia na łowach. - Lord Harsha skłonił mi się lekko. - Czy i wy szukacie niedźwiedzia?
- Nie, jelenia. Podobnie jak ostatnim razem - odparłem.
- A jednak wtedy znaleźliście niedźwiedzia.
- Raczej to on nas znalazł.
Maram wytrzeszczył oczy i spojrzał na mnie. Kłykcie ściskającej łuk dłoni całkiem mu zbielały.
- Jak to: znalazł was?
Nie miałem ochoty opowiadać mu tej historii, odwróciłem się więc i zapatrzyłem w las. Wyręczył mnie lord Harsha:
- To było dziesięć lat temu. Lord Asaru dopiero co otrzymał rycerski pierścień, a Val miał… Zaraz, ile? Jedenaście lat? Dziesięć?
- Dziesięć - przytaknąłem.
- Właśnie. - Lord Harsha pokiwał głową. - Chłopcy sami zapuścili się w las w pogoni za jeleniem. Wtedy niedźwiedź…
- Duży? - przerwał mu Maram.
Lord Harsha zmrużył oko, karcąc go spojrzeniem jak niesforne dziecko.
- Niedźwiedź się na nich rzucił - ciągnął. - Złamał lordowi Asaru rękę i pogruchotał żebra. Pokaleczył też Valashu, co zresztą widać do dziś. - Wskazał bliznę na moim czole.
- Mówiłeś, że się z tym urodziłeś! - wykrzyknął Maram oskarżycielsko.
- Bo to prawda.
Rzeczywiście tak było. Matka tak się męczyła, wydając mnie na świat, jakbym koniecznie chciał pozostać w środku, w ciemnościach. W końcu akuszerka musiała wyciągnąć mnie szczypcami, które rozcięły mi skórę. Rana nie goiła się najlepiej i blizna przybrała zygzakowaty kształt.
- Niedźwiedź rozdarł mu starą bliznę i zadał głębszą ranę - wyjaśnił Asaru.
- Powinniście się cieszyć, że nie rozorał mu czaszki - dodał lord Harsha. - Obaj bracia mieli szczęście, że mój syn, niech spoczywa w spokoju, spacerował tego dnia po lesie. Znalazł ich ledwie żywych na spłachetku mchu i zadźgał niedźwiedzia włócznią, zanim ten ich zabił.
Andaru Harsha; dobrze pamiętałem imię mojego wybawcy. W Bitwie pod Czerwoną Górą zostałem ranny w udo, broniąc go przed ciosami włóczni Waasów. Później w tej samej bitwie zdarzyło się też, że stałem jak sparaliżowany i nie mogłem dobić jednego z wrogów, chociaż był bezbronny i bezradny. Z tego powodu ludzie wciąż mieli mnie za tchórza. Jedynie Asaru nigdy mnie tak nie nazwał.
- Twój syn ocalił im życie - stwierdził Maram.
- Zawsze potem powtarzał, że była to najlepsza rzecz, jaką zrobił w życiu.
Maram podszedł do mnie i złapał mnie za łokieć.
- Wydaje ci się, że wracając do tego lasu spłacisz dług wobec jego syna? - zapytał.
- Właśnie.
- Ach tak… - Obrzucił mnie bacznym spojrzeniem. - Rozumiem.
Rzeczywiście rozumiał. Dlatego go kochałem. Nie musiałem mu niczego tłumaczyć; wiedział, po co wróciłem. Nie chodziło mi o to, żeby zemścić się i nafaszerować strzałami pierwszego lepszego niedźwiedzia. Obaj zdawaliśmy sobie sprawę, że musiałem stawić czoło wielu potworom.
- No, dość już tych opowieści o niedźwiedziach - uciął lord Harsha. - Przegryziecie coś przed polowaniem?
Byliśmy głodni jak wilki, bo z powodu igraszek Marama przegapiliśmy posiłek. Asaru pewnie by się tym nie przejął, ale nie chciał urazić lorda Harshy. Dlatego ukłonił się i przemówił w imieniu nas wszystkich, jakby już był królem:
- Będzie to dla nas prawdziwy zaszczyt.
Lord Harsha zaczął rozpakowywać juki. Nasze konie niecierpliwie przebierały nogami i próbowały szczypać trawę porastającą teren między kamiennym murkiem i lasem. Przeniosłem wzrok na stojący po drugiej stronie pól dom lorda Harshy. Podobała mi się jego wielkość, kształt, dach kryty cedrowym gontem, spadzisty jak dachy chat wysoko w górach. Dom zbudowano z kamienia i drewna dębu; był surowy, prosty, piękny w taki zwyczajny sposób - bardzo w stylu Valarich. Przypomniałem sobie, jak Andaru Harsha przyniósł mnie do tego domu; pół dnia przeleżałem w malignie, a stary lord opatrywał mi ranę.
- Proszę. - Lord Harsha rozłożył obrus na szerokim szczycie murku. - Siadajcie. Porozmawiamy o wojnie.
Kiedy zajmowaliśmy miejsca, wyłożył na obrus dwa bochenki ciemnego jęczmiennego chleba, faskę koziego sera i kilka świeżo wyrwanych dymek. Pokroiliśmy chleb i zaczęliśmy jeść. Dymka przyjemnie szczypała w język, słony ser świetnie do niej pasował. Całości dopełniało ciemne piwo z drewnianej beczułki, którym lord Harsha napełnił cztery srebrne pucharki.
- Warzone ubiegłej jesieni - wyjaśnił. Podał puchary kolejno Asaru, mnie i Joshu, a sam wziął do ręki czwarty, ostatni. - Żniwa były dobre, a piwo jeszcze lepsze. Za co wypijemy?
Maram w milczeniu oblizał wargi, jakby zaniemówił z żalu.
- Zapomniałeś o Maramie, panie - zauważyłem.
- Czyżby? - uśmiechnął się lord Harsha. - Mówiliście, że przystał do Bractwa. Obowiązują go chyba śluby?
- To prawda - przyznał Maram. - Nie dla mnie wino, kobiety i wojna.
- A zatem?
- Nie ślubowałem, że nie będę pił piwa.
- Coś kręcisz, książę Maramie.
- Owszem, kręcę, ale wyłącznie gdy w grę wchodzą sprawy najwyższej wagi.
- Takie jak picie piwa?
- Takie jak picie meskiego piwa, które słynie jak Ea długa i szeroka.
Tego komplementu lord Harsha nie mógł zignorować. Wybuchnął śmiechem i jakimś magicznym sposobem wygrzebał z juków piąty kufel. Przechylił antałek. Piwo polało się strumieniem.
- Wypijmy za króla - zaproponował, wznosząc puchar. - Niech wysłucha woli Jedynego i mądrze rozsądzi, co dla nas najlepsze: wojna czy pokój.
Stuknęliśmy się pucharkami i spróbowałem pienistego napitku. Smakował jęczmieniem, chmielem i prażonymi orzechami talaru, które rosną tylko w lasach u podnóży Arakela. Oczywiście Maram pierwszy skończył swoją porcję; żłopał piwo jak pies mleko. Podstawił puchar lordowi Harshy.
- Teraz ja wzniosę toast - powiedział. - Za lordów i rycerzy Meshu, którzy wiernie walczyli za króla.
- Znakomicie. - Lord Harsha nalał mu piwa. - Chętnie za to wypiję.
Maram spełnił toast, oblizał pianę z wąsów i znów wysunął przed siebie rękę z pustym pucharkiem.
- A teraz… teraz za waszych odważnych wojowników… Jak wy to mówicie? Za męstwo i zwycięstwo.
Lord Harsha zakorkował antałek.
- Nie - stwierdził. - Jeżeli chcecie dziś jeszcze polować, wystarczy. Jak by to wyglądało, gdyby młodzi książęta powystrzelali się nawzajem?
- Ależ panie! - zaprotestował Maram. - Chciałem powiedzieć, że męstwo wojowników z Meshu jest natchnieniem dla tych z nas, którzy mogą tylko mieć nadzieję…
- Prawdziwy z ciebie dyplomata - zaśmiał się lord Harsha. - Może to ty powinieneś negocjować z Ishkanami. Kto wie? Z równą łatwością namówiłbyś ich, by odstąpili od swych wojennych planów, jak mnie przekonałeś, żebym rozstał się z moim piwem.
- Właściwie to nie rozumiem, dlaczego w ogóle ma dojść do wojny.
- Napsuliśmy sobie nawzajem sporo krwi. To wszystko.
- Ale to przecież jedna i ta sama krew, prawda? Wszyscy pochodzicie z Valarich.
- Tak, jedna krew… - zgodził się lord Harsha i zamyślony pociągnął łyk piwa. Spojrzał na mnie ze smutkiem. - Kłopot w tym, że Ishkanie przelewają ją w sposób, który przynosi hańbę każdemu Valari. Tak właśnie zabili dziadka Valashu.
- Przecież jego dziad poległ w boju! Zaraz… W Bitwie nad Diamentową Rzeką, tak?
Lord Harsha przełknął resztki piwa z wysiłkiem, jakby kazano mu wychylić kielich krwi. Potarł zasłonięty przepaską oczodół.
- Tak, nad Diamentową. Dwanaście lat temu. Tam też wyłupili mi oko. Poświęcili pięć kompanii, żeby przedrzeć się w pobliże króla Elkamesha, i wtedy go zabili.
- Taka jest wojna. Co w tym dziwnego?
- Nie chodzi o wojnę, lecz o pojedynek. Ishkanie nienawidzili króla Elkamesha, bo kiedy był w twoim wieku, zabił w pojedynku lorda Dorje. Wykorzystali bitwę, żeby się zemścić.
- Lord Dorje był najstarszym bratem króla Hadaru - wyjaśniłem Maramowi.
- Teraz rozumiem. Ale ten pierwszy pojedynek odbył się… Kiedy, pięćdziesiąt lat temu? Wy, Valari, nie spieszycie się z zemstą.
Spojrzałem na północ: od strony Ishki nadciągały ciemne chmury. Zamyśliłem się, wspominając zło i krzywdy, których dzieje sięgały w przeszłość stokroć dalej niż pięćdziesiąt lat.
- Nie mów, proszę, „my, Valari” - odrzekł chłodno lord Harsha. Roztarł strzaskane kolano. - Sar Lensu z Waasu zdruzgotał mi nogę maczugą. To była wojna, więc nikt nie myśli o zemście. Waasowie to rozumieją. Nie próbowaliby nigdy zabić króla Elkamesha w taki sposób, jak zrobili to Ishkanie.
Zerwał się z ziemi i strzepnął okruchy z obrusa.
- To było coś więcej niż zemsta - wycedziłem przez zaciśnięte zęby.
Asaru posłał mi ostrzegawcze spojrzenie, jakby radził mi nie ujawniać rodzinnych sekretów. Zignorowałem go; mówiłem dalej nie tylko do Marama, ale także mojego brata, lorda Harshy i siebie samego:
- Dziadkowi śniło się, że zjednoczy wszystkich Valarich przeciwko Morjinowi.
Na dźwięk tego straszliwego pradawnego imienia lord Harsha zamarł w bezruchu, a Joshu Kadar wybałuszył oczy, patrząc na mnie z niedowierzaniem. Czułem strach, który trzepotał w trzewiach Marama jak uwięziony kos. Odległe ciemne chmury poczerniały jeszcze bardziej.
- Ishkanie nie chcą, żeby Valari zjednoczyli się pod naszym sztandarem - odezwał się Asaru. Głos miał zimny niczym stal, jak zwykle, kiedy był na mnie zły. - Nikt tego nie chce, Val.
Kruki kołowały nad polami w poszukiwaniu padliny lub innego łatwego pożywienia. Śledziłem je wzrokiem. Nie odpowiedziałem.
- Musisz zrozumieć, że nie ma takiej potrzeby.
- Nie?! - krzyknąłem. - Armia Morjina zajęła pół kontynentu, a ty mi mówisz, że nie ma takiej potrzeby?!
Zwróciłem wzrok ku zachodowi, gdzie lśnił bielą szczyt Telsharu, i próbowałem sobie wyobrazić wstrząsające posadami ziemi wydarzenia, które rozgrywały się daleko od nas. Wieści o podbojach Morjina, jakie z rzadka docierały do naszego otoczonego górami kraju, były bardzo złe. Z Sakai, twierdzy w Białych Górach, Morjin - czarnoksiężnik i niedoszły władca Ea - wysłał armię, która zajęła Hesperu i inne krainy o dziwnych nazwach: Uskudar i Karabuk. Zniewoleni mieszkańcy Acadu dawno już ukorzyli się przed sztandarem Czerwonego Smoka; szpiedzy Morjina działali w Surrapamie, Yarkonie, a nawet w Eannie, próbując rozsadzić te państwa od wewnątrz. Terror Morjina sięgnął ostatnio aż do Galdy; upadek tego potężnego królestwa, leżącego tak blisko Gór Poranka i Meshu, wstrząsnął wolnymi ludami od Delu po Thalu. Mieszkańcy Meshu pozostali jednak obojętni, podobnie jak Ishkanie, Kaashowie i wszyscy inni Valari.
- Naszego kraju Morjin nigdy nie podbije - stwierdził z dumą Asaru. - Nigdy.
- Nie podbije, o ile stawimy mu opór - zauważyłem.
- Żadnej armii nie udało się dotąd zająć Dziewięciu Królestw.
- Co nie znaczy, że żadna nie próbowała. Po co czekać, aż wróg stanie u naszych drzwi?
- Potniemy na kawałki każdego, kto najedzie Mesh. Tak jak Kaashowie pochlastali kapłanów Morjina.
Asaru miał na myśli ponure wydarzenie, do którego doszło pół roku wcześniej w Kaashu, najbardziej górzystym i surowym ze wszystkich państw Valarich. Kiedy król Talanu dowiedział się, że dwaj spośród jego zaufanych lordów przyłączyli się do wiernego Morjinowi sekretnego zakonu kapłanów-zabójców, kazał ich ściąć i poćwiartować. Ich szczątki rozesłał następnie do wszystkich Dziewięciu Królestw jako ostrzeżenie dla zdrajców i ewentualnych sług Morjina.
Wzdrygnąłem się na wspomnienie dnia, w którym poseł Talanu przywiózł do Silvassu jego makabryczny dar. Zakłuło mnie w piersi, gdy przypomniałem sobie inne, jeszcze gorsze zdarzenia. W Galdzie pod topór poszły tysiące mężczyzn i kobiet. Nieliczni, którzy ocaleli z tej rzezi, przemierzyli stepy i dotarli do Meshu, ale na górskich przełęczach kazano im zawrócić. Wiele wycierpieli, nie byli jednak w tym cierpieniu osamotnieni. Szczęk kajdan, w które Morjin zakuł podbite ludy, wstrząsnąłby górami, gdyby te mogły go usłyszeć. Podobno szczepy Sarnich znów włóczyły się po Wędrowie, a pojmanych wrogów piekły żywcem na ogniskach. Z Karabuku dochodziły pogłoski o nowej strasznej zarazie i o mieście spalonym przez ognisty kamień. Wyglądało na to, że cała Ea płonie, podczas gdy my siedzimy sobie na łące, pijemy piwo i rozważamy perspektywę jeszcze jednej wojny z Ishką.
- Świat nie kończy się na Meshu - powiedziałem, wsłuchując się w dobiegające z lasu ptasie trele. - Co z Eanną i Yarkoną? Co z Alonią? Elyssu? Delu?
Maram wstał, gdy wspomniałem o jego ojczyźnie. Mimo niechęci do wszelkiej walki, potrząsnął wojowniczo łukiem.
- Mój przyjaciel ma rację. Raz już pokonaliśmy Morjina i możemy tego dokonać ponownie.
Zaleciała mnie tak silna fala piwnego odoru, że na chwilę wstrzymałem oddech. Nie chodziło mi o to, że mamy pokonać Morjina; miałem nadzieję, że jeżeli się sprzymierzymy, w ogóle nie będziemy musieli z nim walczyć.
- Wystawimy zjednoczoną armię Valarich! - zawołał Maram.
Próbowałem powstrzymać się od uśmiechu, gdy zorientowałem się, że mówiąc „my” Maram ma na myśli nas: Meshów i innych Valarich.
- Dokąd posłałbyś tę armię, którą tak chwacko skleciłeś w swojej głowie? - zapytałem z przekąsem.
- Jak to dokąd? Do Sakai, naturalnie. Należałoby wykurzyć stamtąd Morjina zanim za bardzo urośnie w siłę, a potem skończyć z nim raz na zawsze.
Asaru zbladł, pobladł również lord Harsha, a i ja, jak sądzę, zareagowałem podobnie. Dawno, dawno temu Valari przemierzyli Wędrowo, sprzymierzyli się z Alończykami i razem ruszyli do szturmu na Sakai. W bitwie pod Tarshidem ponieśli sromotną klęskę; Morjin użył podstępu i wykorzystał moc ognistych kamieni. Podobno tysiąc wziętych do niewoli Valarich ukrzyżował wzdłuż liczącej trzydzieści kilometrów drogi do Sakai. Jego kapłani rozcinali żyły naszym wojownikom i pili ich krew. We wszystkich opowieściach tak właśnie wyglądał początek Wojny Kamieni.
Nikt oczywiście nie miał pewności, czy Morjin zasiadający obecnie w Sakai to ten sam człowiek, który mordował moich przodków: Morjin Król Kłamstw, Wielki Czerwony Smok, który skradł Klejnot Światła i ukrył go w podziemnym mieście Argattha. Często słyszało się opinie, że nowy Morjin to jakiś drugorzędny czarownik, uzurpator, który przybrał budzące grozę imię. Mój dziadek twierdził jednak, że chodzi o jedną i tę samą osobę. Wierzyłem mu.
Asaru wstał.
- Zamierzasz więc pobić Morjina - zwrócił się do Marama. - Chciałbyś przy okazji odzyskać Klejnot Światła?
- Cóż, Klejnot… - Maram zaczerwienił się gwałtownie. - Klejnot Światła to zupełnie co innego. Zaginął przed trzema tysiącami lat, przez ten czas został prawdopodobnie zniszczony.
- Z pewnością - przytaknął mu lord Harsha. - Klejnot Światła, ogniste kamienie, większość gelstei… Zniszczyła je Wojna Kamieni.
- Oczywiście - zgodził się z nimi Asaru, jakby to stwierdzenie załatwiało sprawę.
Zastanawiałem się, czy naprawdę można zniszczyć złoty gelstei, najpotężniejszy z kamieni mocy, ten, z którego stworzony został Klejnot Światła. Milczałem, patrząc jak chmury nadciągają nad dolinę i przesłaniają słońce. Burzowe olbrzymy były ciemne i gęste, ale i tak trochę światła przebijało się przez nie na ziemię.
- Nie zgadzasz się z nami? - spytał mnie Asaru.
- Nie. Klejnot Światła wciąż istnieje, chociaż nie wiem, gdzie jest.
- Minęły trzy tysiące lat, Val…
- Wiem, że istnieje. Nie można go zniszczyć.
- Nawet jeśli masz rację, to przepadł na wieki.
- Król Kiritan musi być innego zdania. Nie wezwałby rycerzy do poszukiwań, gdyby myślał tak jak wy.
Lord Harsha burknął coś, pakując do juków resztki jedzenia. Odwrócił się do mnie i przeszył mnie spojrzeniem ocalałego oka jak włócznią.
- Kto ich tam wie, tych obcych królów? Bardziej mnie ciekawi, co ty byś zrobił, Valashu Elahadzie, gdyby Klejnot nagle trafił w twoje ręce?
Powiodłem wzrokiem po widnokręgu na północy i wschodzie, gdzie leżały Anjo, Taron, Athar, Lagash i pozostałe valarskie królestwa.
- Położyłbym kres wojnie - odparłem. Lord Harsha potrząsnął głową, jakby źle mnie usłyszał.
- Chciałbyś zakończyć wojny?
- Nie. Chciałbym unicestwić samą ideę wojny.
Tym razem nie tylko lord Harsha, ale także Asaru i Joshu Kadar spojrzeli na mnie z niedowierzaniem, jakbym zapowiedział koniec świata.
- Ha! - wykrzyknął lord Harsha. - Tylko wróżki widzą przyszłość, ale mimo to pokuszę się o małą przepowiednię: kiedy Ishkanie i Meshowie staną następny raz naprzeciw siebie, będziesz w pierwszym szeregu naszych wojsk.
Czułem wilgoć w powietrzu i żądzę krwi w gorącym, starym sercu lorda Harshy, ale nic nie powiedziałem.
Asaru podszedł do nas i wbił we mnie spojrzenie swoich błyszczących oczu.
- Jesteś bardzo podobny do dziadka - szepnął. - Pokochałeś złoty puchar, który nie istnieje.
A czy świat naprawdę istnieje? Czy naprawdę widziałem światło w oczach mojego brata?
- Gdybyś musiał wybierać, walczyłbyś o Klejnot Światła? - zapytał Asaru. - Czy raczej stanąłbyś po stronie swojego ludu?
Jego szlachetna, smutna twarz skrywała nie wypowiedziane pytanie: czy walczyłbyś za mnie?
I właśnie wtedy, gdy chmury piętrzyły się nam nad głowami, a powietrze robiło się ciężkie i nieruchome, poczułem, że wzbiera we mnie jakieś ciepłe, jasne uczucie. Jak mógłbym za niego nie walczyć? Przypomniałem sobie naszą wycieczkę sprzed siedmiu lat, kiedy załamał się pode mną cienki lód Waskaw. Sam nalegałem, żeby wrócić do domu niebezpiecznym skrótem przez jezioro. Czy Asaru, nie dbając o własne życie, nie wskoczył wtedy w czarną toń, żeby mnie ratować? Jak mógłbym porzucić tę szlachetną istotę i pozwolić jej zniknąć z powierzchni ziemi? Czy umiałbym sobie wyobrazić świat bez wysokich, strzelistych dębów? Bez krystalicznie czystych górskich strumieni? Bez słońca?
Patrzyłem na mojego brata i czułem w sobie to słońce. Czułem też gwiazdy. To dziwne, pomyślałem, że choć on jest pierworodnym, a ja najmłodszym z braci, i chociaż to on nosi cztery brylanty w pierścieniu, a ja tylko jeden, to zawsze on pierwszy spuszcza wzrok, kiedy patrzymy sobie w oczy. Teraz też się tak stało.
- Posłuchaj mnie, Asaru - powiedziałem.
Dla Valarich człowiek jest brylantem, który należy powoli ciąć, szlifować i doskonalić. Jeżeli dobrze się go przetnie, uzyska się doskonały klejnot, ale wystarczy się pomylić, trafić na skazę - i kamień pęka. Asaru był z pozoru najsilniejszym i najtwardszym z ludzi, lecz w głębi jego istoty biegła żyła niewinności, czysta i miękka jak złoto. Zawsze musiałem obchodzić się z nim delikatnie, żeby ani słowami, ani nawet błyskiem w oku nie zahaczyć o tę skazę; musiałem chronić jego serce nieskończenie staranniej niż własne.
- Może walcząc o niego będziemy walczyć za naszych rodaków. Za wszystkich ludzi. Nie ja, Asaru. My.
- Może… - przytaknął i podniósł na mnie wzrok.
Pewnego dnia, pomyślałem, zostanie królem, a zarazem najbardziej samotnym z ludzi. Potrzebował kogoś, komu mógłby całkowicie zaufać.
- Dopuść przynajmniej do siebie myśl, że nasz dziadek nie musiał być skończonym durniem - zaproponowałem. - W porządku?
Asaru wolno pokiwał głową. Położył mi dłoń na ramieniu.
- W porządku.
- To świetnie. - Uśmiechnąłem się, podniosłem łuk i skinąłem głową w stronę lasu. - To co, idziemy poszukać naszego jelenia?
Pomogliśmy lordowi Harshy spakować nie dojedzony obiad i przewiesiliśmy przez plecy kołczany ze strzałami. Pożegnałem się z Altaru, moim ognistym czarnym rumakiem, który niechętnie pogodził się z myślą, że pod moją nieobecność zajmie się nim Joshu Kadar. Podziękowałem lordowi Harshy za gościnność, a potem poprowadziłem Asaru i Marama w głąb lasu.
(Opublikowano za zgodą Wydawnictwa Mag)