"Kilka słów o miłości"
"Kilka słów o miłości" (WP.PL, Fot: Paweł Kuczyński)
Magazyn WP
29-12-2018 (07:53)

Kilka słów o miłości. Dramatyczny telefon okazał się kłamstwem

Magda zawsze mówiła: wolałabym mieć córkę niepełnosprawną fizycznie niż intelektualnie. - Zmieniałabym jej pieluchy, cewnikowała, przenosiła. Pchała wózek. Ale przynajmniej zawsze wiedziałabym, gdzie jest i co się z nią dzieje. Wiedziałabym, że jest bezpieczna. Wszystko zależałoby ode mnie.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie

Zapukałam już do wszystkich drzwi. W Narodowym Funduszu Zdrowia, Ministerstwie Zdrowia, u Rzecznika Praw Dziecka, Rzecznika Praw Pacjenta, w fundacjach, kościołach, kościelnych instytucjach, kuratorium oświaty, specjalistycznych poradniach, lekarskich przychodniach. Wszystkie zatrzaśnięto mi przed nosem. Kasia w październiku skończy 18 lat i opuści Krajowy Ośrodek Psychiatrii Sądowej dla Nieletnich. Przekroczy próg i runie w dziurę systemu. Jako osoba pełnoletnia będzie w pełni odpowiadać za swoje czyny. Teraz mogę tylko czekać, aż w końcu zrobi komuś krzywdę i trafi do miejsca przeznaczonego dla przestępców. A ona przestępcą przecież nie jest.

Kilka słów o tamtym wieczorze

Letnie słońce znikało za mrówkowcami stolicy, gdy operator numeru alarmowego odbierał ten dramatyczny telefon. W słuchawce usłyszał rozemocjonowaną dziewczynę, w tle trąbiła głośna muzyka i szumiała droga.

- Mama chce mnie zabić! Ratunku! I siebie też chce zabić! Gdzieś mnie wiezie! Jesteśmy w samochodzie! – mniej więcej tak brzmiało wołanie o pomoc.

- Jaki samochód? Pamiętasz numer rejestracyjny? Jaką drogą jedziecie? Co widzisz za oknem? – padają kolejne pytania. Dziewczyna odpowiada, próbuje podać jak najdokładniejsze dane.

- Właśnie wyjechałyśmy z Warszawy! Jedziemy czerwonym samochodem Opel drogą na Katowice! Ratunku!

Trzeba działać. Błyskawiczna informacja wlana w radiostację wyrzuca w pościg kilka radiowozów. Jeden mknie z Warszawy, cztery następne pędzą na sygnale z Grodziska Mazowieckiego i Rawy Mazowieckiej. Każda sekunda ma znaczenie.

Kilka słów o domu

Zacznijmy od koszmaru, czyli dwóch ostatnich lat. Magda nie jest już w stanie opanować ucieczek 15-letniej córki Kasi. Ucieczek z domu, ze szkoły albo po prostu – z ulicy, parku.

- Gdy podczas spaceru widziałam, że jest coraz bardziej pobudzona i za chwilę znów ucieknie, próbowałam ją przytrzymać. Tak, jak robi się z dzieckiem ze spektrum autyzmu. Zawsze się jednak wyrywała, wydzierała w niebogłosy, okładała mnie pięściami, płakała i wołała: "Ludzie, pomocy! Ratunku! Ja nie znam tej pani!". Wtedy zbiegali się przechodnie, wykrzykiwali: "Zostaw to dziecko! Natychmiast ją puść! Dzwonimy po policję!". Córka patrzyła na to zadowolona i krzyczała jeszcze głośniej. Biła jeszcze mocniej. W końcu znikała, a ja - zanim uwolniłam się od ludzi i policji – gubiłam ją z zasięgu wzroku. Jeździłam po całej Warszawie, szukałam. Na początku pomagał GPS w zegarku. Powiedziałam, że to telefon awaryjny, z którego zawsze może zadzwonić do mamy, gdy tylko stanie się coś złego. Wiele razy zastanawiała się: jak to się dzieje, że mama zawsze wie, gdzie szukać jej po ucieczce? W końcu zorientowała się, że to przez zegarek. I go wyłączała. Nie wiedziałam wtedy, co mam robić. Siedzieć w domu i na nią czekać, czy wsiadać w samochód i jeździć po całej Warszawie, żeby jej szukać? Doszło do tego, że po prostu czekałam, aż dojdzie do jakiegoś zdarzenia i zadzwoni do mnie policja bądź pogotowie ratunkowe. W dwóch ostatnich latach zdarzało się to prawie codziennie.

- Da się do tego przyzwyczaić?

- Gdy dzwonił telefon, byłam na granicy obłędu. Ściskało mi żołądek, sztywniały wszystkie mięśnie. Nigdy nie wiesz, czy policjant za moment nie przekaże ci najczarniejszej wiadomości.

Pewnego dnia Kasia chce uciec ze szkoły (chodzi do placówki specjalnej). Wybiega z budynku. Tam przez przypadek wpada na czekającą na nią matkę. Dyrektor widzi co się dzieje i momentalnie zrzuca z siebie odpowiedzialność: "Stoi pani poza terenem szkoły, więc to już nie mój problem" – informuje i odwraca się na pięcie. Kaśka się wyrywa, krzyczy, bije mamę. Sytuację widzi przechodzący ulicą policjant. Wzywa radiowóz. Tłumaczenia zdają się na nic – zakłada rodzinie niebieską kartę.

Źródło: WP.PL / Tłumaczenia zdają się na nic – policja zakłada rodzinie niebieską kartę

Kasia ma obsesję na punkcie zwierząt. Za punkt honoru bierze ratowanie tych w potrzebie. Zaczyna je sprowadzać do domu. Psy, koty, króliki. Pewnego dnia do domu dziadka udaje się jej nawet ściągnąć niepełnosprawnego, uratowanego z rzeźni konia. Wszystko dzięki internetowi, więc Magda likwiduje w domu media. Żadne to jednak rozwiązanie, bo Kasi zawsze udaje się zdobyć dostęp do sieci. Wie, że godzina internetu w bibliotece jest gratis. Że w Złotych Tarasach jest darmowe wi-fi. Że jak poprosi przechodniów, to zawsze ktoś pomoże.

- Uciekała, szukała połączenia z siecią i wchodziła na strony z ogłoszeniami. Składała oferty właścicielom zwierząt i je przygarniała. A że ludzie pozbywający się ich robią to często za wszelką cenę, podejście mojej córki było im na rękę. Jednego popołudnia potrafiła zebrać z Woli bądź Ursynowa kilka bądź kilkanaście psów. Gdy próbowałam to później odkręcać, nikt nie chciał słyszeć o zwrocie. Ile razy nasłuchałam się wtedy: "Spi......j, g...o obchodzi mnie choroba twojej córki. Nie dzwoń do mnie więcej!". Dzwoniłam więc po różnych fundacjach, próbowałam się ogłaszać. Że oddam psy, koty. Wtedy tonęłam w kolejnej fali hejtu. "Ty nieczuła k...o, oddajesz chore zwierzę! Jak tak możesz! Nie masz serca!" – to była norma. Tym córka się już nie przejmowała, bo zawsze znajdowała sposób na adopcję kolejnych zwierząt. Psy, koty, które przynosiła do domu, w większości były chore. Załatwiałam im weterynarza, żeby nie pozdychały przed ich oddaniem. Nigdy nie chciałam nawet liczyć, ile wydałam na to pieniędzy.

Obsesja Kasi na punkcie zwierząt staje się Magdy utrapieniem. Po jednej z ucieczek córka zbiera z dzielnicy kilka psów, niezwykle agresywnych, po czym idzie na komisariat szczuć nimi policjantów. Kończy się użyciem gazu łzawiącego i wyjazdem do psychiatryka.

Regularnie ucieka do sklepów zoologicznych, między innymi w Złotych Tarasach. Pyta obsługę, czy może pogłaskać zwierzątka. W końcu siada po turecku przy akwarium i patrzy na rybki, chomiki. Niestandardowe zachowanie powoduje, że pracownicy próbują ją wyprosić. Nic z tego. Przychodzi więc ochrona. Dziewczyna się wyrywa, robi okropną awanturę. Pojawia się policja, później karetka. Po kilkudziesięciu minutach na miejscu jest też Magda. Tylko po to, żeby przejechać się do szpitala psychiatrycznego w Józefowie, poczekać kilka godzin w izbie przyjęć i na koniec usłyszeć: "nie ma wskazań do hospitalizacji".

Aby uniemożliwić córce ucieczki, Magda przekręca klucz w zamku i go chowa. Dziecko przez 10 godzin non-stop wali w drzwi, błaga sąsiadów o pomoc. – Na początku zbiegała się cała kamienica, dobijali się do nas. Dzwonili po policję. Później się przyzwyczaili – mówi Magda.

Źródło: iStock.com / - Na początku zbiegała się cała kamienica. Później się przyzwyczaili

Kasia regularnie grozi matce skokiem z balkonu. Mimo zabezpieczonych szafek – dziesiątki razy chwyta za nóż i próbuje sobie podciąć żyły. Dziesiątki razy forsuje szufladę z domową apteczką i łyka całe garści tabletek. Dziesiątki razy ma płukany żołądek. Gdy trafia do szpitala ogólnego, albo z niego ucieka zanim zostanie zabezpieczona (przypięta pasami), albo bije lekarzy. Wtedy przewożona jest do szpitala psychiatrycznego.

Kilka słów o początkach

Miejmy to już za sobą. Ojca w tej historii nie było nigdy (poza poczęciem), więc nie ma nawet co o niego pytać. Magdzie z kolei odkleiło się łożysko. Głupia sprawa, stąd ten cholerny ból nie do wytrzymania i obfite krwawienie. Jęczy, wije się na szpitalnym łóżku, ale na lekarzach nie robi to wielkiego wrażenia. Każą cierpliwie czekać i rodzić Kasię naturalnie. Po latach kobieta wyczyta, że właśnie wtedy mogło dojść do niedotlenienia mózgu u dziecka. I być może stąd jej (ich) późniejszy koszmar.

Opóźnienie w rozwoju córki dostrzega w przedszkolu. Brzdąc za rówieśnikami nie przepada, woli spędzać czas z przedszkolanką.

Specjaliści: - Niech pani nie będzie nadwrażliwa. Każde dziecko rozwija się we własnym tempie!

Pakuje manatki i leci z córką do Barcelony. Żyją. Ona studiuje iberystykę, dostaje świetną pracę, mała Kasia idzie do prywatnej szkoły. Szybko pojawiają się jednak problemy z przyswajaniem przez córkę wiedzy. I, pierwszy raz, zachowanie agresywne. Podczas przerwy obiadowej dziewczynka nie chce jeść. Nauczyciel próbuje namówić ją na przełknięcie kilku kęsów. Kasia chwyta widelec i wbija go w dłoń mężczyzny.

Specjaliści: - To ADHD, niezbędna jest terapia. Zajęcia minimum dwa razy w tygodniu!

Szkoła, praca, terapia, sen. Szkoła, praca, terapia, sen - i tak kilka lat. Efektów nie widać, zapada więc decyzja o powrocie do Polski. Może dziecko tęskni za dziadkami? Może stąd ta agresja? Bo jaki może być inny powód, skoro cały zastęp lekarzy nie stwierdził poważniejszych problemów? Magda ukochaną Barcelonę zostawia za plecami. Z dnia na dzień rzuca pracę, wraca do niewielkiej, rodzinnej miejscowości pod Olsztynem. Córce załatwia orzeczenie w poradni i miejsce w klasie integracyjnej. Dzięki orzeczeniu co miesiąc do szkoły wpływają z ministerstwa pieniądze na opiekę dla dziewczynki.

Mimo to dyrektorka po niedługim czasie: - Mam dziurę w budżecie. Pani córka jest agresywna, nie opłaca mi się zatrudniać dla niej dodatkowych specjalistów. Dzieciom na wózkach wystarczyło raz zamontować windę i tyle. A pani córka to dla nas problem.

Pierwsza zmiana szkoły. Później będzie ich jeszcze kilkanaście. Zachowania agresywne dziecka nasilają się z miesiąca na miesiąc. Do tego stopnia, że Magda musi całkowicie zrezygnować z pracy. Chodzi z Kasią na wszystkie lekcje. Pilnuje, żeby nikogo nie biła, nie uciekała.

Dyrektor, po niedługim czasie: - To niemożliwe, by pani dziecko zachowywało się w taki sposób bez patologii w rodzinie! To na pewno przez pani imprezy, narkotyki i alkohol w domu!

Oskarżenia są absurdalne, matka od długiego czasu współpracuje przecież z miejscową poradnią pedagogiczną. Podejmuje jednak decyzję o kolejnej przeprowadzce. Tym razem do Warszawy. Tam na pewno jest większa świadomość chorób i możliwości ich leczenia. Nie działa żadna terapia, nie działają leki, objawy wciąż się nasilają. Kasia zaczyna chodzić do nowej szkoły, bez mamy. W życie wchodzi prawo pozwalające dyrektorowi dzwonić po policję i pogotowie, jeśli uczeń zachowuje się agresywnie.

- W radiowozach i karetkach spędziłam przez to łącznie długie miesiące życia – przyznaje Magda.

Źródło: 123RF / - W radiowozach i karetkach spędziłam łącznie długie miesiące życia

- Gdy osoba niepełnosprawna nie potrafi wyrazić emocji, często staje się agresywna. To powszechne zachowanie u osób niepełnosprawnych intelektualnie. Trzeba wtedy odpowiednio podejść do dziecka, zainteresować je czymś, wyciszyć. Dyrektor i nauczyciele woleli dzwonić po służby. Pracownicy szkoły kilka razy w tygodniu wzywali do mojej córki policję i pogotowie. Co może jednak zrobić ratownik, jeśli przyjeżdża na miejsce, a dziecko jest już spokojne? Ściągali mnie, po czym jechałam z Kasią karetką do szpitala psychiatrycznego. Kilka godzin w izbie przyjęć, "Nie ma wskazań do przyjęcia. Może pani jechać z dzieckiem do domu". I tak kilka razy w tygodniu, kilkanaście razy w miesiącu, kilkaset w roku. Gdy nas puszczano, było już późno, ciemno. Jak wrócić wtedy z Józefowa do Warszawy, jeśli nie masz samochodu i nikogo do pomocy? Przez to błędne koło znów musiałam zrezygnować z pracy.

Kilka słów o zdrowiu

Diagnoz było kilka. Najpierw "hiszpańskie" ADHD. Później, już w Polsce: hiperkinetyczne zaburzenia zachowania, pojęcie od ADHD szersze.

- Gdy córka miała 14 lat, jeden z lekarzy skierował ją na rezonans magnetyczny głowy. Okazało się, że na całym mózgu widać zmiany demielinizacyjne. Czyli moja córka ma zniszczone osłonki mielinowe nerwów. Być może jest to właśnie efekt niedotlenienia podczas porodu. Aktualna, obowiązująca diagnoza Kaśki to: całościowe zaburzenia rozwojowe, niepełnosprawność intelektualna w stopniu lekkim oraz zmiany demielinizacyjne. To diagnoza, która nie mówi w zasadzie nic. Z takimi wskazaniami, ze względu na występującą dodatkowo agresję, nie przyjmują nigdzie. Do żadnego ośrodka. Radź sobie sam.

- Są przecież szpitale psychiatryczne – mówię. Magda się tylko uśmiecha pod nosem.

- Są, ale to miejsce dla chorych psychicznie. A ty popełniasz właśnie podstawowy błąd, bo niepełnosprawność intelektualna nie jest chorobą psychiczną. To coś zupełnie innego! Osoba niepełnosprawna intelektualnie potrzebuje wspomagania rozwoju, ma problemy z przyswajaniem wiedzy, abstrakcyjnym myśleniem, ale z definicji - nie jest chora. Problemy są nieusuwalne, pomoc musi być nakierowana na przystosowanie do życia w społeczeństwie. Na pierwszy rzut oka nie ma szans poznać, że z moją córką jest coś nie tak. Dopiero po dłuższej chwili i rozmowie można dostrzec problem. Że pewne komunikaty wydają się nielogiczne. Dlatego między innymi dyrektorzy szkół, nauczyciele, przypadkowi ludzie mówili: to nie córka jest chora, a pani, bo nie umie pani jej wychować.

Kilka słów o tamtym wieczorze (2)

Niedziela jest piękna, słoneczna, zwiewna. Magda od zawsze stara się tak wypełniać córce czas, żeby nie miała wolnej chwili. Sekundy, w której do głowy mogłaby jej wpaść choć ćwiartka myśli o zrobieniu jednej z TYCH rzeczy. Najpierw – obiad w restauracji. Później – świetna zabawa w escape roomie. Wspaniały dzień, ale robi się późno. Ściemnia się, czas do domu. Wchodzą do samochodu. I się zaczyna.

- Nigdzie nie wracam! Wychodzę! Wypuść mnie – krzyczy dziewczyna. Szarpie matkę, ciągnie za włosy, kopie w fotel, w szyby. Tak mocno, żeby je wybić. Na światłach pokazuje kierowcom gesty poderżniętego gardła. Sugeruje, że prowadząca samochód matka chce jej zrobić krzywdę.

- Wpadłam na pomysł, żeby wyjechać na drogę poza Warszawą. Gdzieś, gdzie będzie ciemniej, by Kasia mogła się uspokoić, wyciszyć. Przejechałyśmy dobrych kilka kilometrów, ale jej szał nie mijał. Wciąż krzyczała, kopała, próbowała ciągnąć mnie za ręce. Włączyłam głośną muzykę i powiedziałam: "Gdy się wyciszysz, ja ściszę muzykę. Mogę tak jechać nawet do Katowic". Choć Kasia jest osobą niepełnosprawną umysłowo, umiejętność manipulacji ma rozwiniętą niesamowicie. Udaje na potęgę, gdy więc wyciągnęła wtedy telefon i coś mówiła, pomyślałam: znów manipuluje. Ale nie, tym razem na poważnie zadzwoniła na policję. Powiedziała w którą stronę jedziemy, na którym jesteśmy kilometrze, w jakim aucie się znajdujemy. I najważniejsze - że mama chce ją zabić, a sama chce popełnić samobójstwo – wspomina Magda. Policja rzuciła się w pościg. Pięć radiowozów: jeden z Warszawy, dwa z Grodziska i dwa z Rawy Mazowieckiej. Zatrzymanie jak w amerykańskich filmach.

Źródło: iStock.com / - Powiedziała w którą stronę jedziemy, na którym jesteśmy kilometrze, w jakim aucie się znajdujemy. I najważniejsze - że mama chce ją zabić

- Policjanci nawet nie dopuścili mnie do głosu. Nie chcieli słuchać wyjaśnień. Potraktowali mnie jak przestępcę, zwyzywali od wariatek. Zabrali telefony, wpakowali mnie do karetki i wywieźli do psychiatryka w Tomaszowie Mazowieckim. Nie wiedziałam, co się dzieje z moim dzieckiem. W szpitalu wytłumaczyłam lekarzowi, co się właśnie stało. Zrozumiał, ale powiedział, że po takiej akcji muszę się liczyć z konsekwencjami. Lepiej żebym została u nich na noc, by rano przejść badanie i mieć papier potwierdzający, że jestem zdrowa. Dowód, że nie chciałam zabić własnego dziecka. Rano zadzwonili na komisariat.

- Usłyszała pani od policjantów "przepraszam"?

- Nie. Prosto ze szpitala policja przewiozła mnie na komisariat. Przesłuchiwali mnie kilka godzin. Przeglądali mój telefon, czytali wszystkie wiadomości. Na sam koniec, gdy okazało się, że jestem niewinna, funkcjonariusz kazał mi oddać prawo jazdy. Bo według nich nie zatrzymałam się do kontroli. Nie zgodziłam się z tym, odbyła się rozprawa. Dostałam grzywnę 200 zł. A córka? Gdy już mnie wysłali do wariatkowa, zaopiekowali się nią. W taki sposób, że minutę po moim odjeździe zorientowali się, że z Kasią jest coś nie tak, bo dziwnie się zachowuje. Zadzwonili więc po kolejną karetkę, wpakowali w nią córkę i wysłali do drugiego psychiatryka, do Łodzi. W końcu udało mi się odzyskać telefony i samochód, pojechałam do tego szpitala. Córka zdążyła w tym czasie zmanipulować cały zastęp lekarzy. Gdy weszłam na oddział, lekarka rozmawiała ze mną z obrzydzeniem. Nie chciała nawet na mnie patrzeć. Byłam dla niej wyrodną matką, która chciała zabić własne dziecko. Godzinę jej tłumaczyłam, na co cierpi córka i co się wydarzyło na drodze.

W łódzkim szpitalu spędziła miesiąc. Wyszła bez zmian i poprawy.

Kilka słów o robakach

Czyli ludziach. Bo ludzie bywają gorsi od robaków, insektów. Nieproszeni uprzykrzają życie, obrzydzają. Nic nie rozumieją, zrozumieć nawet się nie starają. Uprzedzenia, absurdalne zarzuty to codzienność, a umiejętność przyznania się do błędu – nie istnieje.

Bywały tygodnie, że policja Kaśkę po ucieczkach odprowadzała do domu codziennie. Furtkę zawsze otwierał portier. Tak jak i tym razem. Widzi prowadzoną przez funkcjonariuszy dziewczynę. Wzdryga się i rzuca z troską do policjantki: "Pani lepiej założy rękawiczki, bo ona dziwnie wygląda. Chyba ma AIDS!".

- Znałam się z tą policjantką. Powiedziała mi o tym. Nie zdziwiło mnie to. Takich obelg nasłuchałyśmy się w życiu bez liku – przyznaje Magda. Była oskarżana o pijaństwo, narkomanię, prostytucję. - Dyrektor kolejnej szkoły kilka razy nasyłał na mnie pomoc społeczną w celu weryfikacji, czy w domu aby na pewno nie dzieją się dantejskie sceny. A robił to mimo diagnozy, którą przecież znał! Mimo przygotowanego dla córki indywidualnego programu terapeutycznego, którego zresztą nie realizował.

Magda regularnie pojawia się w sądzie. Różni ludzie zakładają Kaśce różne sprawy. O demoralizację, zastraszanie, pobicia. Wisienką na torcie są: najpierw kot, później pies. Starsza kobieta zauważyła dziewczynę kręcącą się wokół osiedlowych dachowców. Wezwała policję. Zeznała, że "ta młoda dama dziwnie wyglądała. Na pewno chciała otruć te niewinne koty".

– Oskarżyła Kasię, bo córka się jej nie spodobała. A ona w tej swojej zwierzęcej obsesji chciała te koty po prostu nakarmić. Umorzyli. Druga sytuacja - spod sklepu. Kasia zobaczyła psa przywiązanego do drzewa przez właściciela robiącego właśnie zakupy. Uznała, że to znęcanie się nad zwierzakiem i go odwiązała. Zobaczył to właściciel. Wybiegł ze sklepu i z całej siły ją uderzył. Skończyło się w sądzie, tym razem to córka była ofiarą. Wyroku jeszcze nie ma. Spraw uzbierało się ponad 10. Większość została umorzona, ale na wszystkich musiałam się stawić. Zeznawać, przedstawiać lekarskie orzeczenia – mówi Magda.

Magda jest bezsilna. Nie może spać, ma lęki. Gdzie się nie obraca, tam dostaje od życia kopa w tyłek.

Źródło: 123RF / - W najgorszym momencie, gdy byłam na samym dnie, przez głowę przemknęła mi też myśl: może jedyne rozwiązanie to wspólne samobójstwo?

Kilka słów o Magdzie

Jest 37-letnią, samotną tłumaczką języka hiszpańskiego. W momentach wyciszenia córki, czyli gdy Kaśka ma trzy spokojniejsze dni, szuka jednorazowych zleceń, by ratować domowy budżet. Jej jedynym źródłem utrzymania jest fundusz alimentacyjny i dodatki na dziecko.

- Wiem, jak to brzmi, ale każda kolejna hospitalizacja córki była dla mnie momentem na złapanie oddechu. Chwilą, w której mogłam się wyspać, wziąć prysznic. Przygotować na kolejną, wyczerpującą walkę. Przecież zdarzało się, że przez trzy dni się nie myłam, bo krążyłam między komisariatami, szpitalami i sądami – mówi. Była w dwóch związkach. Rozpadły się, bo nie miała sił, by skupić się na mężczyźnie. Dziecko było i jest najważniejsze.

- Szczerze: myślałaś kiedyś o samobójstwie?

- Byłam o krok. Jeśli wszędzie słyszysz, że jesteś matką-zerem, na pewno narkomanką, na pewno prostytutką, a dziecko zachowuje się tak nie przez chorobę, tylko po prostu krzyczy o uwagę, na dodatek instytucje państwowe traktują cię jak intruza, to zaczynasz się w końcu zastanawiać: co ma sens? Co cię cieszy? Mnie już nic nie cieszyło. Po akcji na drodze i łódzkim szpitalu straciłam sens życia. Zaczęły mnie nachodzić myśli: jeśli znikąd nie mam wsparcia, jeśli jestem ciężarem dla wszystkich dookoła, to może najlepszym rozwiązaniem będzie samobójstwo? Nie zabiłam się. Może nie miałam tyle odwagi? Może wiedziałam, że byłby to egoizm w czystej postaci? Zostawiłabym przecież dziecko. W najgorszym momencie, gdy byłam na samym dnie, przez głowę przemknęła mi też myśl: może jedyne rozwiązanie to wspólne samobójstwo? Tkwiłam wtedy w gigantycznej depresji. Na szczęście w tym momencie pojawiły się anioły, czyli trzy dziewczyny z Ośrodka Pomocy Społecznej – Madzia, Renia i Beatka. Pomogły mi w wygrzebaniu się z dna, znalezieniu tymczasowego ośrodka dla córki. Chodzę na terapię, ale czasem myślę, że te wszystkie lata są stracone. Mam 37 lat i nie wiem, co z moją przyszłością. Nie wiem, co dalej. Nie mogę planować życia, bo nie wiem co się wydarzy za kilka miesięcy.

Kilka słów o aniołach

Ośrodek Pomocy Społecznej na warszawskiej Woli to pierwsza i jak na razie jedyna instytucja, która od Magdy się nie odwróciła. Kobieta mówi wprost: świadomość, że nie zostanie sama nawet w momencie, gdy znów zacznie całować wszystkie klamki, trzyma ją przy życiu.

Magda do OPS trafiła jako osoba roztrzaskana, rozproszkowana. Stojąca nad przepaścią. Kobiety pracujące w ośrodku słuchały tych wszystkich historii i na początku nie chciało im się w nie wierzyć. Opowieści, jedna po drugiej, były weryfikowane. Wszystkie okazały się prawdziwe. Decyzja – trzeba jak najszybciej pomóc Magdzie. Zanim dojdzie do tragedii. Asystent rodziny, psycholog, kierownik - zaangażowani byli wszyscy. Była pomoc psychologiczna, psychoterapia dla matki oraz nieprzerwane poszukiwania odpowiedniego ośrodka dla córki.

- Okazało się, że gdy wnioskujesz o pewne sprawy jako rodzic, z góry jesteś skazany na porażkę. Radź sobie sam. Ponoś wszelkie konsekwencje, ale my ci nie pomożemy. Niczego nie ułatwimy. Ale gdy wnioskuje instytucja, to już co innego. Panie w OPS wpadły na pomysł, żebym złożyła w sądzie wniosek o ograniczenie praw rodzicielskich. Po to, by państwo - wówczas do tego zobligowane - zajęło się moją córką. By to państwo znalazło w chorym systemie jakikolwiek sposób na pomoc mojemu dziecku. Wtedy właśnie sąd zadecydował: Kasia ma trafić do Krajowego Ośrodka Psychiatrii Sądowej dla Nieletnich. Nie powinna tam być, to miejsce przeznaczone dla osób z innymi przypadłościami, ale z drugiej strony to jedyny ośrodek, który jest jej w stanie zapewnić całodobową terapię i jedyne miejsce, z którego nie może uciec. Córka przebywa tam od roku, a ja zbieram siły na kolejny etap walki.

Kilka słów o systemie

- Niepełnosprawność intelektualna to przypadłość, której nie widać, ale wszyscy się jej boją. Rodzice i ich dzieci są stygmatyzowani. Władze karmią nas informacjami o różnych programach, jakichś projektach, 500+. Ale to niczego nie rozwiązuje. Niezbędna jest całościowa reforma systemu! Ja pieniędzy od państwa nie chcę. Potrzebuję miejsca, w którym moje dziecko będzie bezpieczne i otrzyma terapię, gdy sama pójdę zarabiać na chleb – mówi Magda.

Pewnego razu jej córka była diagnozowana przez zespół biegłych. Przeszła szereg badań, lekarze usiedli i załamali ręce. Żaden nie był w stanie wskazać miejsca, do którego dziewczyna powinna zostać skierowana. Takiego, które byłoby jednocześnie i terapeutyczne, i lecznicze, i zabezpieczone. Dlaczego? Bo w Polsce po prostu takich miejsc nie ma. Co więc zrobili biegli? Wpakowali Kasię do schroniska dla młodzieży z zakładem poprawczym. Z młodocianymi przestępcami.

Źródło: WP.PL / - Biegli wpakowali Kasię do schroniska dla młodzieży z zakładem poprawczym. Z młodocianymi przestępcami.

- Nie powinna tam być, ale kogo by to obchodziło? Zresztą, długo tam nie zabawiła. Napiła się Domestosu i została odwieziona do szpitala – opowiada Magda. – Teraz moja córka decyzją sądu od roku przebywa w KOPSN. W kolejnym miejscu, które absolutnie nie jest dla niej. Będzie tam do ukończenia 18 roku życia, czyli do października. Później ośrodek opuści. Jako osoba pełnoletnia, w całości będzie odpowiadała za swoje czyny. Niedawno złożyłam w sądzie wniosek o jej ubezwłasnowolnienie, ale kto wie, jak się to skończy. Nie ma pewności. Jeśli sąd wniosek odrzuci, wtedy córka będzie zwykłym, dorosłym człowiekiem. Wyjdzie z domu, policja jej już nie odwiezie. W szpitalu - nie wyrazi zgody na hospitalizację. A gdy zrobi komuś krzywdę, trafi do miejsca przeznaczonego dla przestępców. A ona przestępcą przecież nie jest.

- W Polsce nie ma ośrodków dla osób przejawiających zachowania agresywne wynikające z niepełnosprawności intelektualnej. Z diagnozą, jaką ma Kasia, żaden ośrodek opiekuńczy nie będzie w stanie zapewnić jej odpowiedniej opieki i bezpieczeństwa. Ja w domu zresztą też. A o tym, że moja córka potrzebuje całodobowej opieki niech świadczy inny przykład. Kiedyś uciekła, zauważył to jakiś mężczyzna w samochodzie. Otworzył drzwi i powiedział, żeby wsiadła, to pokaże jej pieska w domu. Wsiadła, a on próbował ją zgwałcić. Wtedy udało się jej uciec. A gdyby się nie udało? Pewnie powstałby w telewizji program, dziennikarz z zafrasowaną miną pytałby: jak mogło dojść do takiej tragedii? Ja stawiam więc inne pytanie: dlaczego w tym kraju nie ma choćby jednego ośrodka, który zapobiegałyby takim tragediom? Bo sprawa właśnie do tego się sprowadza.

Kilka słów na koniec

Magda długo się wahała. Opowiedzieć o tym wszystkim? W końcu wrzuciła to z siebie, bo jak przyznaje, "czas zwrócić uwagę na gigantyczny problem, o istnieniu którego nikt nie ma pojęcia. Problem, którego nikt nie stara się rozwiązać, a przez który tysiące ludzi w Polsce toczy codziennie walkę o przetrwanie. Walkę, której nie da się wygrać".

- W izbach przyjęć szpitali psychiatrycznych często poznawałam rodziców pozostawionych bez wsparcia. Ludzi, którzy dawno stracili siłę i nadzieję. Oni już nie walczą. To ludzie, którzy codziennie biją się z samobójczymi myślami. Ale o tym się w ogóle nie mówi, bo całą tę grupę problemów składa się na karb demoralizacji, patologii albo chorób psychicznych. O Kasię będę walczyć ile sił. Zrobię wszystko, żeby zabezpieczyć jej świat, zapewnić bezpieczeństwo.

- Boisz się października?

- Jestem przerażona. Boję się, że gdy córka wyjdzie z ośrodka, wszystko wróci ze zdwojoną siłą. Teraz regularnie ją odwiedzam. Ona też nie może się już doczekać wyjścia. Mówi, że planuje dzierżawę konia, chce przejść na dietę wegańską, znaleźć chłopaka przez internet i mieć z nim dziecko. Słucham tego wszystkiego i jedyne, co ślina przynosi mi wtedy na język, to: - Kocham cię, córciu.

A później zaczynam się modlić.

Imiona zmeniono. Wydarzenia – choć w niektóre aż trudno uwierzyć – są prawdziwe. Jeżeli znasz sposób, by pomóc bohaterce tekstu, napisz do autora.

Paweł Kapusta - pochodzi spod Zielonej Góry. Na chleb, coś na chleb i bilet miesięczny zarabia pisząc o piłce nożnej w WP SportoweFakty. Bawił się w korespondenta na mundialach w RPA i Brazylii oraz na polsko-ukraińskim i francuskim Euro. Kiedyś - tygodnik "Piłka Nożna", od 2016 roku - Wirtualna Polska. Sędzia piłkarski z wielką przyszłością (w piątej lidze). Dotychczas nie wybudował domu, nie posadził drzewa i nie spłodził syna, ale mówi, że wyciągnie wnioski i da z siebie wszystko. Nominowany do prestiżowej European Press Prize, zdobywca nagrody im. Teresy Torańskiej za tekst "Trudno ratować kogoś, kogo życie rozlało się po podłodze". We wrześniu 2018 roku ukaże się zbiór jego reportaży - po raz pierwszy w wersji papierowej.

Polub WP Książki
Trwa ładowanie
.
.
.
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne