ycipk-8shr3l

Katarzyna Dacyszyn: Przeżyła traumę, którą przekuła w siłę. Modelka jest dziś wzorem dla polskich kobiet

Katarzyna Dacyszyn to polska modelka i projektantka, która przez 11 lat zmagała się ze stalkerem, który prześladował ją w sieci. Gdy w 2016 r. spotkała się z nim w sądzie, stała się tragedia. Prześladowca oblał ją silnie żrącym kwasem siarkowym. Po wielu latach stanęła na nogi. Dziś dzieli się trudną historią z innymi kobietami.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Modelka została poparzona kwasem siarkowym o silnym stężeniu
Modelka została poparzona kwasem siarkowym o silnym stężeniu (fot. Tomek Pgrabi)
ycipk-8shr3l

"Kobieta z blizną" to zapis wstrząsających wydarzeń, które miały miejsce kilka lat temu w sądzie na oczach wszystkich. Najbardziej zaskakuje fakt, że na krzyk poszkodowanej nikt nie reagował. Ani ochrona, ani sędzia, ani obecni na korytarzach ludzie. Katarzyna Dacyszyn miała poparzonych 25 procent powierzchni ciała. Do teraz przeszła dwanaście przeszczepów skóry i operację ratującą wzrok. Dzięki uprzejmości wydawnictwa Muza S.A. publikujemy fragment książki.

Atak

W poniedziałek dwudziestego drugiego sierpnia 2016 roku miała odbyć się kolejna rozprawa. Wcześniej rozprawy były trzykrotnie odraczane, ponieważ – jak nas poinformowała sędzia – oskarżony dostarczał zaświadczenia od lekarza psychiatry, że otrzymuje silne leki, po których nie jest w stanie zeznawać.

ycipk-8shr3l

Czy chodził do psychiatry, aby ten ocenił stan jego zdrowia psychicznego na potrzeby procesu?

Nie. On zgłosił się do szpitala psychiatrycznego z własnej woli już kilka miesięcy wcześniej. Nie bardzo interesowało mnie wtedy, dlaczego to robi, teraz już wiem, że miał w tym swój cel.

Pewnie doradził mu to jego obrońca.

Nie mam pojęcia, czyj to był pomysł. Myślę, że mógł mu go podsunąć jakiś znajomy. A może sam na niego wpadł? W końcu w łamaniu prawa nie był nowicjuszem. Tak czy inaczej, to ewidentnie było zaplanowane.

ycipk-8shr3l

Było więc duże prawdopodobieństwo, że kolejna rozprawa również się nie odbędzie.

Już przy odroczeniu trzeciej rozprawy sędzia powiedziała, że postara się o wykluczenie podejrzanego z następnej, bo inaczej proces nigdy się nie rozpocznie. Martyna – moja mecenas posiłkowa, była pewna, że albo rozprawa spadnie z wokandy, albo odbędzie się bez udziału oskarżonego, więc miałam się nie martwić, że spotkam się z nim twarzą w twarz. Tymczasem ja przed tą rozprawą miałam potworne obawy i lęki. Przez cały weekend strasznie się denerwowałam. Moi znajomi uspokajali mnie: "Kasia, czego się boisz? Przecież nie będziesz sama, będzie z tobą twoja mecenas. Przecież w budynku sądu jest ochrona. Poza tym, tego faceta nie będzie, jak do tej pory”. Brzmiało to logicznie. Ale i tak złe przeczucie nie odstępowało mnie przez cały weekend.

Rozprawa zaczynała się o dziewiątej, w sądzie rejonowym przy Kościuszki. Z Martyną byłyśmy sporo przed czasem. Czekała na mnie na parkingu i pokazała miejsce, gdzie mogę zaparkować. Byłam potwornie zestresowana. Weszłyśmy do sądu i, zgodnie z procedurą, przerzuciłyśmy torby przez bramkę ze skanerami. Ochroniarz miał wzrok wlepiony w telefon i nawet nie zwrócił na nas uwagi. Przeszłyśmy przez bramkę. Nikt nas nie sprawdził. Pamiętam, że wjechałyśmy na czwarte piętro… Nie, to było piąte, bo winda dojeżdżała tylko do czwartego, a my jeszcze wchodziłyśmy po schodach. Była masa ludzi. W tym tłumie Martyna zaczęła szukać naszej sali rozpraw, a ja szłam za nią i cały czas coś do niej mówiłam. Już tak mam, że gdy jestem zdenerwowana, to non stop gadam, by rozładować napięcie.

I w którymś momencie zobaczyłam wielkiego faceta, który patrzył na nas w tak straszny sposób, że powiedziałam Martynie: "To chyba jest ten facet! Miało go nie być, ale to chyba on!”. Myślę, że się przejęła, bo już nerwowo podchodziła od drzwi do drzwi, a ja poruszałam się za nią, cały czas powtarzając: "To jest chyba ten facet! Zobacz, jak dziwnie się zachowuje. On nas obserwuje!”.

ycipk-8shr3l

W końcu Martyna znalazła salę, w której miała się odbyć nasza rozprawa, a że zostało nam jeszcze trochę czasu, powiedziałam, żebyśmy zmieniły piętro, ponieważ zaczynam się bać. Nie chciałam przebywać w pobliżu tego człowieka. Nie chciałam spotkać się z nim nawet wzrokiem. Czułam, że mogę spodziewać się z jego strony awantury, wyzwisk. Pamiętam, że gdy schodziłyśmy po schodach, on stanął przy balustradzie i tak przerażająco na nas patrzył… Nie masz pojęcia, jakie to było straszne! On patrzył z taką obsesją! Widać było, że w nim się mocno gotuje. Wiedziałam, że jest niebezpieczny. Ale kiedy mówiłam Martynie, że się boję, tłumaczyła mi, że to tylko próba zastraszenia, że mam się nie martwić, bo jesteśmy razem, między ludźmi, więc nic złego się nie wydarzy.

Zeszłyśmy piętro niżej. Na korytarzu było sporo ludzi. Bałam się, że znowu mogę się na niego natknąć, więc poprosiłam, żebyśmy usiadły na końcu korytarza, gdzie nikogo nie było. Wydawało mi się, że na tym kawałku pustej przestrzeni będę się czuła w miarę bezpiecznie. Ale za chwilę on się pojawił. Stanął nieopodal i nie spuszczał z nas wzroku. Wciąż tak strasznie się gapił… Myślałam, że to prowokacja, że jeśli będę na niego patrzeć, to zacznie do mnie coś krzyczeć, więc odwróciłam się do niego plecami, wyjęłam telefon i zaczęłam sprawdzać e-maile. Uznałam, że to najlepszy sposób, by pokazać, że go ignoruję, że nie zastraszy mnie swoim wyglądem ani wzrokiem.

Sala sądowa przed rozprawą Fotolia
Podziel się

Martyna siedziała obok mnie. Nie rozmawiałyśmy, ona też wyjęła telefon. I tak siedziałyśmy w milczeniu. W pewnym momencie ktoś do niej zadzwonił. Odebrała, podniosła się z krzesła i stanęła kilka kroków przede mną, pod przeciwległą ścianą. Ja w tym czasie nadal patrzyłam w telefon. Nagle zobaczyłam przy swoich stopach męskie buty. Usłyszałam męski głos, od którego zrobiło mi się zimno ze strachu.

ycipk-8shr3l

I nagle zobaczyłam przed sobą szklane naczynie. Było tuż przed moim nosem; tak blisko, że zauważyłam w nim jasną żółtozieloną ciecz, a na jej powierzchni jakieś czarne kuleczki. Pamiętam ten moment totalnego zaskoczenia – widzę buty, słyszę głos, tuż przed oczami mam tę ciecz, a w głowie myśl: "Co tu się, k...a, dzieje?!”. Kiedy on cofnął rękę, ja w mikrosekundzie odwróciłam głowę. Nie wiem, jakim cudem. Pewnie to był instynkt samozachowawczy. Uderzenie trafiło w prawą część twarzy, skroń, policzek. Ciecz spłynęła na szyję, spływała na ramiona…

Byłam w szoku. Zamarłam. Widziałam wszystko jak w zwolnionym tempie, rejestrowałam najdrobniejsze reakcje organizmu: szybki oddech, przyspieszone bicie serca, uderzenia tętna w tętnicy szyjnej, szum w głowie, pisk w uszach… Wszystko, poza bólem. Starałam się racjonalnie ocenić, co się dzieje, ale mój organizm nie rozpoznawał sytuacji. Byłam całkowicie zaskoczona, przerażona tym, czego nie rozumiałam. Słyszałam męski głos, który nadal coś do mnie mówił, ale nie rozróżniałam żadnego słowa… To wszystko działo się w ciągu kilku sekund…

Zamarłam z przerażenia i szoku, a on stał nade mną i ciągle coś mówiąc, spokojnie wylewał mi na głowę i kark resztę płynu ze słoika. Czułam, jak ta ciecz spływa mi po twarzy, po szyi. Płynie po nosie, po górnej wardze, czułam jak kropelka wpada mi do ust. Nie rozpoznałam żadnego smaku, żadnego zapachu. Pomyślałam: "Co to, k...a, jest?!”. Ciecz zaczęła mi spływać po czole do oczu. I wtedy, w jednej chwili, we wszystkich miejscach jednocześnie, poczułam tak potworny ból, jakiego nie doświadczyłam nigdy wcześniej. Był tak straszny, jakbym płonęła żywym ogniem. Jestem odporna na ból, a podobno mój krzyk było słychać na pierwszym piętrze.

ycipk-8shr3l

Zerwałam się z krzesła, by uciec jak najdalej od tego człowieka. Dotarło do mnie, że jest naprawdę źle. Czułam, jak wypala mi oczy, że muszę je ratować, że muszę przemyć je wodą.

Przeszło ci przez myśl, że to może być kwas?

Zupełnie nie wiedziałam, co to za ciecz, ale to przestało być ważne. Ten ból był nie do zniesienia, miałam w głowie tylko jedno: jak sobie pomóc. Na korytarzu stało bardzo dużo ludzi. Krzyczałam, żeby zwrócić na siebie uwagę. Pamiętam, że wołałam o pomoc. Krzyczałam, że mnie boli, że potrzebuję wody. Przestawałam widzieć, więc biegłam po omacku i szarpałam za klamki, żeby znaleźć toaletę. To był kolejny koszmar, bo wszystkie drzwi były zamknięte na klucz. Martyna, która biegła ze mną, włączyła alarm przeciwpożarowy. I nic.

Domyślny opis zdjęcia na stronę główną Fotolia
Podziel się

Włączyła alarm przeciwpożarowy i nikt z ochrony ani administracji nie zareagował?!

Nikt. Nie było żadnej reakcji. Ja to bardzo dobrze pamiętam. Krzyczałam: "Co się dzieje, dlaczego nikogo nie ma?!”.
Byłam potwornie przerażona. Wiedziałam, że jest ze mną bardzo źle, bo nigdy wcześniej nie czułam takiego bólu. Wiedziałam też, że chociaż nie jestem sama na korytarzu, to nikt nie reaguje. Czasami, gdy otwierałam jedno oko, by widzieć, w którą stronę biegnę, zauważałam, że ludzie odsuwają się ode mnie, jakbym była trędowata.

Być może odstręczał ich mój widok, bo bluzka rozpuszczała mi się na ciele. Czułam, że ci ludzie za chwilę uciekną. Nikt mi nie pomógł. Były przy mnie tylko Martyna i obrończyni oskarżonego. Ona była spanikowana i myślę, że zupełnie nie wiedziała… Zresztą nie wiem, mam to w dupie, co sobie myślała… Powiedziałam Martynie, że przy krześle, na którym siedziałam, stoi moje półtora litra wody mineralnej. Ale okazało się, że on tam usiadł. Na moim miejscu. Siedział sobie spokojnie i palił papierosa! Prosiłam ją, błagałam, by poszła po tę butelkę, ale ona chyba po prostu się bała.

Nie dziwię się jej. Ale pani obrońca mogła pójść do swojego klienta i tę wodę ci przynieść.

Mogła. Ale tego nie zrobiła. Z nagrań monitoringu wynika (bo ta sytuacja jest nagrana), że po siedmiu minutach weszli policjanci, którzy zjawili się tam przypadkiem – tylko dlatego że doprowadzali na rozprawę jakiegoś aresztanta. Ochrona zaglądała tylko przez drzwi na korytarz i w ogóle nie interweniowała. Zresztą, gdyby nawet przyszedł sądowy ochroniarz – jakiś pan koło siedemdziesiątki – to co by zrobił? Skułby go?! Ci policjanci-konwojenci zadzwonili po policję, która tego człowieka zabrała. Ale to wszystko wiem z opowieści Martyny i akt, bo ja w tym czasie szarpałam za kolejne klamki, szukając dostępu do wody.

W końcu ktoś otworzył malutką toaletę. Weszłam do niej sama, zamknęłam drzwi. Była tam stara umywalka, z kranem, z którego tylko cienkim strumieniem leciała woda. Zaczęłam nabierać ją w dłonie i przemywać twarz. Wiedziałam, że najważniejsze są oczy. Piekły potwornie. Kiedy je otwierałam, zaczynałam widzieć wszystko za mgłą. Spojrzałam w lustro, by sprawdzić, czy nie rozpuszcza mi się twarz, a potem włożyłam pod wodę całą głowę. Chociaż czułam też straszny ból szyi, ramion, rąk, na spłukiwanie ich wodą nie miałam ani możliwości, ani czasu.

Nie wiedziałaś jeszcze wtedy, że to jest kwas?

Chyba ktoś rzucił przez drzwi do łazienki, że to kwas. Nie pamiętam, czy byłam tego świadoma, ale wiedziałam, że to coś potwornie niebezpiecznego, potwornie żrącego, że właśnie trawi moje ciało i że muszę się ratować. Wiedziałam ze szkoły, że wszelkie oparzenia chemiczne trzeba przemywać dużą ilością wody. Tylko że kiedy to robisz, taka substancja wchodzi z wodą w reakcję, temperatura wzrasta i parzy cię jeszcze bardziej. Ból jest jeszcze większy. Ale wiedziałam, że nie mam innego wyjścia.

…Pamiętam, że patrząc w lustro, zauważyłam w pewnym momencie, że zaczyna mi opadać prawa powieka, przestałam widzieć na to oko. Pomyślałam, że mam uszkodzony nerw twarzowy; że tak jak ludziom po wylewie, opadnie mi cała prawa strona twarzy. Byłam w panice.

Cały czas wołałam, by przyniesiono mi jakieś naczynie. Ktoś podał mi pojemnik po lodach, który musiał być chyba prowizoryczną podstawką pod kwiatek, bo jeszcze były na nim ślady ziemi. Nabierałam w niego wodę i wylewałam na siebie.

W końcu zajrzały do mnie dwie młode kobiety, które nie widziały całego zajścia. Spytały: "Jak ci pomóc, co mamy zrobić?”. "Przynieście wiadro z wodą”, powiedziałam. Szybko zniknęły. Poczułam, że mam z nimi kontakt, że jest ktoś, kto na moje prośby reaguje. Za chwilę przybiegły z wiadrem: "Gdzie mamy tę wodę lać?”. – "Na głowę, to spłynie po całym ciele”. Chyba dwa wiadra na mnie wylały. Zimna woda na sekundę przyniosła ulgę, potem bolało jeszcze bardziej. Trzęsłam się z bólu, zimna, trzęsłam się ze stresu, z przerażenia. Czegoś takiego jeszcze nigdy nie przeżyłam. Co chwilę pytałam: "Gdzie jest pogotowie?!”. I ciągle tylko słyszałam: "Pogotowie już jedzie. Już jedzie”. Wychodziłam na korytarz i się darłam: "K...a, pogotowie jest na Sienkiewicza! Dwie przecznice stąd! Nie umiecie wezwać pogotowia?!”.

W końcu powiedziałam Martynie: "Weź kluczyki do mojego samochodu i jedźmy na pogotowie same! Ja nie mam czasu! Tutaj nikt nie rozumie, że walczę o życie. Nikt nie rozumie, że to jest żrące, że to tak strasznie boli! Nikt tu nic nie robi!”. Naprawdę miałam takie poczucie. Ludzie chodzą jak śnięci, nikt nie pomaga…

Po jakimś czasie Martyna zabrała mnie do sali rozpraw, abym tam poczekała na pogotowie. Drzwi otworzyła sędzia, która miała prowadzić moją rozprawę. Weszła z nami jeszcze jakaś młoda kobieta…Wiesz, mówi się: wyć z bólu. Ja wtedy tego doświadczyłam. I cały czas krzyczałam: "Gdzie jest pogotowie?!”. Sędzia patrzyła na mnie przerażona. Chyba nie mogła znieść mojego widoku, bo chciała wyjść z sali, ale Martyna zaprotestowała: "Proszę nie wychodzić! Pani tu zostanie!”. I dobrze, że tak stanowczo to powiedziała, bo ta sytuacja była dowodem na to, jak bardzo niebezpieczny jest ten człowiek.

Materiały prasowe
Podziel się

To była ta sama sędzia, która prowadziła poprzednie rozprawy?

To była ta sama sędzia, która znudzonym głosem mówiła, że rozprawa jest odroczona. Odklepała, co było trzeba… i tyle. Może rozpatrywała mój pozew o stalking przez pryzmat tego, jak wyglądam? Że przychodzi jakaś ładna dziewczyna i ma pretensje, że ktoś ją nęka. A facet mógł się po prostu zakochać. Więc bagatelizowała sytuację. A teraz nie mogła znieść mojego widoku. Nie wiem, czy dlatego że wyglądałam tak odrażająco, czy może miała wyrzuty sumienia, że doszło do tego przed rozprawą, którą miała prowadzić.

Stwierdziłam, że nie będę bezczynnie stać, więc wróciłam do toalety i nadal polewałam się wodą. W końcu po czterdziestu pięciu minutach przyjechało pogotowie. To też było straszne, bo pani ratownik (chyba z dwoma facetami) weszła na sądowy korytarz spacerowym krokiem. Zanim do mnie podeszła, usłyszałam: "Gdzie jest ta kobieta, co sobie oko kwasem zachlapała?”. Czy ty to rozumiesz?!

Być może dyspozytor na pogotowiu nie wiedział, jak groźny jest to wypadek. Wszystko zależy od tego, jak ktoś tę informację przekaże. Bo gdyby dyspozytor dokładnie usłyszał, co się stało, to pogotowie powinno przyjechać na sygnale.
Nie wiem, czy pogotowie wezwała Martyna, czy obrończyni, która była obok niej. Ale znam Martynę. Jest bardzo konkretną osobą. Na pewno poinformowałaby pogotowie, że doszło do ataku substancją żrącą i potrzebujemy natychmiastowej pomocy. A jeśli zadzwoniła obrończyni, to sądzę, że w opisie sytuacji też była rzetelna. Za to pani ratownik średnio się przejęła. Kiedy mnie zobaczyła, spokojnie stwierdziła: "O, przemywa pani oczy wodą. To dobrze… Może zorientujemy się, czy jest tu gdzieś prysznic”. Myślałam, że dostanę szału. "Jaki prysznic?! Ja tu się polewam wodą od czterdziestu minut!”.

Dwa lata wcześniej wylałam na siebie wrzątek. Na skórze pojawiły się pęcherze. Znajoma, która jest ratownikiem medycznym, poleciła mi kupić w aptece opatrunki hydrożelowe na oparzenia. Dzięki temu miałam jakąś wiedzę, więc pytam tę kobietę: "Macie opatrunki hydrożelowe na oparzenia?”. Nie mają. "Przyjeżdżacie do oparzonej osoby i nie jesteście przygotowani?!” – krzyczałam.

Zobacz też: Katarzyna Dacyszyn kilka lat temu została oblana kwasem. Okaleczona modelka została twarzą kampanii "Fake Off"

Pani powiedziała, że w takim razie sprawdzą. Wywrzeszczałam, że skoro nie wiedzą, co ze mną zrobić, niech mnie natychmiast wiozą do szpitala. Wyszłam z tej toalety. W sandałach, spodniach i biustonoszu, bo bluzka się rozpuściła i po prostu ze mnie spadła. Na czas przejścia z budynku do karetki Martyna zarzuciła na mnie swoją togę.

Przeprowadzono mnie przez korytarz, wsiedliśmy do windy, weszłam do karetki. A w ambulansie – zero empatii. Do tego babsko zaczęło na mnie krzyczeć. Miałyśmy regularną awanturę. Podano mi coś na uspokojenie i przeciwbólowego, ale walczyłam o opatrunki hydrożelowe, upierając się, że mają je znaleźć. Wiedziałam, że moja skóra w wypalonych miejscach musi zostać przykryta żelem nawilżającym. W końcu ktoś powiedział, że mają dwa. Spytałam: "A macie maskę na twarz?”. "Sprawdzimy”. Na szczęście mieli. Ale opatrunków na prawą stronę ciała zabrakło.

O jaką "maskę” ci chodziło?

Taką hydrożelową maskę na oparzenia. Z otworami na oczy, usta, nos. Bo opatrunki są w formie kwadratu. Kiedy położyli mi tę maskę na twarz, poczułam psychiczną ulgę, że ratując siebie, dopilnowałam wszystkiego, co mogłam… A jeszcze od lekarki usłyszałam, że w szpitalu też takich opatrunków nie mają. Zaproponowałam, że dam im pieniądze, by w drodze do szpitala kupili opatrunki w aptece i przykryli nimi wszystkie oparzone miejsca. Powiedziała, że tego nie zrobią, że nigdzie nie będą się zatrzymywać… Pamiętam, że miałam tak potworny ścisk żuchwy, że ledwo wypowiadałam słowa. Byłam wkurzona, bo nie dość, że ciało z bólu odmawiało mi posłuszeństwa, to na dodatek komunikacja sprawiała tak olbrzymią trudność.

Karetka ruszyła, kiedy morfina zaczęła działać. Ból jakby osłabł, przestałam tak strasznie dygotać. Zaczęłam się uspokajać. Zaczynałam odpływać… I wtedy chyba już się położyłam. Było mi już wszystko jedno. Poczułam spokój.

Przyjechaliśmy do szpitala. Nie wiem, jak to wszystko dokładnie wyglądało. Pamiętam tylko, że byłam transportowana na noszach i strasznie mną trzęsło. Zbiegło się mnóstwo ludzi. Nie widziałam ich, ale słyszałam. Pytali, co się stało, a ja już byłam pod wpływem narkotyku, więc flegmatycznie wyjaśniałam, że przyjechałam z sądu, że oblano mnie kwasem. Nie miałam siły mówić.

Materiały prasowe
Podziel się

Nie było przy tobie Martyny?

Nie, ponieważ nie wpuszczono jej do karetki. Ona nawet nie wiedziała, do jakiego szpitala mnie zabierają, bo nikt nie chciał jej powiedzieć. Zadzwoniła więc do naszego przyjaciela, powiedziała mu o ataku, że nie wie, do jakiego szpitala mnie zabrali i żeby mnie szukał. Jarek ma sporo znajomości i skontaktował się z kimś wysoko postawionym w policji. Znaleziono zgłoszenie o wypadku. Dowiedział się, w jakim jestem szpitalu i że facet oblał mnie kwasem siarkowym.

Tak szybko zrobiono ekspertyzę?
Trzeba było rozpoznać substancję, aby, gdy dojadę na miejsce, lekarze od razu wiedzieli, jak mają działać. Kiedy znalazłam się w szpitalu, już wiedziano, że to był kwas siarkowy. Na dodatek silnie stężony – 87%.

Kto to stwierdził?
Tego nie wiem. Mogę się tylko domyślać, że prawdopodobnie przyjechała policyjna ekipa dochodzeniowa i zabrała słoik do ekspertyzy. Zresztą o tym, że to jest kwas siarkowy, wiedzieli wszyscy, którzy byli na korytarzu podczas ataku, bo później powiedziano mi, że kiedy ja przerażona szukałam dostępu do wody, ten człowiek krzyczał do ludzi, żeby uważali, bo to żrący kwas siarkowy (pewnie dlatego tak się ode mnie odsuwali). Wtedy zostały zabezpieczone dowody: moja torebka, bluzka, mój telefon. Jako dowód zabezpieczono też słoik po kawie, z czarną plastikową nakrętką. Kiedy miałam go przed oczami w momencie ataku, nie mogłam zrozumieć, co to za kuleczki pływają po powierzchni cieczy. Teraz już wiem, że był to nadtrawiony kwasem plastik. Z czarnej nakrętki.

Zobacz też: Katarzyna Dacyszyn została oblana kwasem przez stalkera. Powrót do zdrowia opisuje w książce

Polub WP Książki
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.

ycipk-8shr3l

ycipk-8shr3l
ycipk-8shr3l