WAŻNE
TERAZ

Decyzja zapadła, Tusk list podpisał. W Pałacu krytyka: to był błąd

Kamyk

Obraz
Źródło zdjęć: © Inne

To były piękne czasy, kiedy żył nasz ojciec.
Opuszczaliśmy schronisko w górach tylko raz do roku, na święta Bożego Narodzenia. Spędzaliśmy je u dziadków, w miasteczku położonym w najbliższej dolinie. Zamykaliśmy wtedy dom, zostawiając zawsze otwarte tylko jedne drzwi. Taka była tradycja. Za nie zamkniętymi drzwiami, w bocznym skrzydle domu mieściła się mała kuchnia z zapasem jedzenia, dwa krzesła i cztery łóżka przykryte kocami. Na ścianie wisiała kartka z instrukcją, w jaki sposób uruchomić ogrzewanie.

Wprawdzie wszyscy w okolicy wiedzieli, że schronisko jest puste i że w zimie nie wynajmujemy pokoi, ale zawsze mogło się zdarzyć, że ktoś zabłądzi w górach i będzie szukał noclegu.

Ranek był piękny, słoneczny i bez wiatru. Ojciec zamówił w miasteczku woźnicę z saniami, tego samego, który czasem przywoził do nas gości. Zamawianie sań raz do roku, przed Wigilią, należało do świątecznego rytuału. Ledwo zdążyliśmy zjeść śniadanie, a zajechały pod dom. Koń tupał i prychał, jakby już cieszył się na drogę powrotną i żądał, żebyśmy się spieszyli. Na szczęście wszyscy byli już spakowani i gotowi do drogi. Wystarczyło tylko wynieść walizki.

Słońce świeciło, śnieg skrzypiał, trzeszczały drewniane płozy i dźwięczały dzwoneczki przy dyszlu. Koń podskakiwał z radości, że biegnie w dół, a nie pod górę. Wszyscy byli szczęśliwi. Mój brat wskoczył na miejsce obok woźnicy, rodzice usadowili się w saniach, okrywając nogi grubymi wełnianymi kocami, a ja umocowałem z tyłu na kilkumetrowym sznurku moje nowe sanki. Oczywiście miałem najlepiej. Jechałem daleko za nimi, hamując raz jedną piętą, raz drugą, przez co sanki poruszały się, jak wahadło, od lewej do prawej strony drogi.

To było tak zabawne, że już po chwili wszyscy odwrócili się, żeby na mnie patrzeć. Nawet woźnica śmiał się i siedząc bokiem w sztywnym kożuchu, pociągał nierówno za lejce. Koń strzygł uszami, zaniepokojony. Wiedział, gdzie ma jechać, bo do przodu wiodła tylko jedna droga, ale widocznie dziwił się, że woźnica tak źle nim kieruje.
Przewróciłem się na brzuch i sterowałem teraz czubkami butów, precyzyjnie rysując na śniegu równiutkie zygzaki, od jednego do drugiego skraju drogi.
– Przesiadaj się! – zawołał mój brat. – Mieliśmy jechać na zmianę!
Zawsze robiliśmy wszystko na zmianę.
– Jesteście braćmi i musicie sobie ustępować – mówił nasz ojciec.

Sanie zatrzymały się i zamieniliśmy się z moim bratem miejscami. Teraz ja siedziałem obok woźnicy i patrzyłem, odwrócony do tyłu, na głębokie, równe ślady płóz poprzekreślane tam i z powrotem krętym śladem, pozostawionym przez moje sanki. Brat położył się na plecach i patrzył w niebo. Jego sanki jechały prosto.

Za nami zostawało schronisko, coraz mniejsze i mniejsze, sterczące wśród bieli gór jak mały szary klocek. Było opuszczone, zapomniane i wymarłe, jakby nikt w nim nigdy nie mieszkał. Zostawało samo na święta.

Wszyscy patrzyli już przed siebie, w stronę miasteczka, tylko ja, wciąż odwrócony, nie mogłem oderwać oczu od tego rozpaczliwego widoku naszego domu, którego nikt poza mną nie zauważył.
– Chcesz powozić? – spytał woźnica.
– Może... Jak będziemy wracać – powiedziałem, wpatrzony w coraz mniej wyraźny kamienny prostokąt.

Na ostatnim zakręcie zatrzymaliśmy się. Jeszcze nie widzieliśmy miasta, ale schronisko już zniknęło. Przez chwilę miałem wrażenie, że wisimy nad przepaścią: – opuściliśmy dom, a nie dotarliśmy do celu. Wystarczy, że stracimy go z oczu, a możemy się zgubić na zawsze. Ojciec odwiązał sanki i przymocował je na stercie bagażu. Obaj z bratem przesiedliśmy się do rodziców i sanie ruszyły.

*

Dziadek zawsze mnie fascynował. Na przykład, nie wychodził z domu, bo nie chciał. Mówił, że ma wszystko, czego potrzebuje, i ciepło się uśmiechał. Miałem wrażenie, że to dotyczy również mnie, że ja też jestem mu potrzebny i byłem z tego dumny, bo na Dziadku wszystkim zależało. Miał mądre spojrzenie i wzruszający uśmiech. Zawsze wydawało mi się, że powinien być malutki, żebym mógł go objąć. Ale było odwrotnie.

Kiedy przyjechaliśmy, ośnieżeni i obładowani paczkami, właśnie dokładał drzewa do kominka.
– I widzicie, znowu tu mamy bałagan - powiedział z uśmiechem, jakbyśmy wyszli tylko na chwilę i właśnie wrócili.

W salonie stała oparta o ścianę i jeszcze mokra od śniegu choinka. Na stole błyszczały pozłacane orzechy, cukierki, rajskie jabłuszka i maleńkie kolorowe ozdoby – białe saneczki ze złotymi poręczami i opadającym czerwonym kocykiem obszytym kawałkiem futra. Obok, związane nitką, leżały małe srebrne łyżwy.

Z kuchni dochodził zapach pieczonych ciastpierników, przekładańców z figami i zawijanych makowców. Nie mogliśmy ich jeść, bo był jeszcze post, więc Babcia stawiała ciasta wysoko na kredensie i przykrywała lnianymi serwetkami. Dziadek układał na stole talerze, sztućce i kieliszki, potem cofał się o krok, uważnie im przyglądał, niektóre przesuwał o milimetry i znowu się przypatrywał.

Zawsze miałem wrażenie, że się bawią. Poruszali się spokojnie i powoli, każde w swoim rytmie, tak jakby ich gesty były wcześniej przemyślane. Nie byli tacy rozmachani jak inni ludzie. Cokolwiek robili, zazdrościłem im. Chciałem zachowywać się tak jak oni, chodzić drobnym kroczkiem i z czułością dotykać sprzętów. To udzielało się nawet mojemu ojcu, który ociosywał siekierą pień choinki, jakby precyzyjnie ostrzył żyletką delikatny ołówek. Mama pochylona obok niego zmiatała na szufelkę pojedyncze wióry.

Wiedzieliśmy, że na piętrze czekają na nas gościnne pokoje. Że tak jak co roku są tam lampki przy łóżkach, odwinięte rogi kołder, mandarynki i czekoladki na nocnych stolikach, i że Babcia przyjdzie pocałować nas na dobranoc.

Rano, zaraz po śniadaniu, zaczęliśmy stroić choinkę.
Wieszaliśmy rajskie jabłuszka, złocone orzechy, cukierki w błyszczących papierkach i co chwila wybiegaliśmy przed dom. Nie mogliśmy doczekać się chwili, kiedy się ściemni, a na bezchmurnym niebie pokaże się pierwsza gwiazda.

– To idiotyczne, co powiem – mówił Dziadek, poprawiając serwetki przy talerzach – ale śnił mi się Prorok Izajasz. Siedział bardzo przygnębiony, w długich szatach, w naszej kuchni i powtarzał: „“...I tak mi nikt nie uwierzy.”
– A idźże, idźże – powiedziała Babcia.
– No, proszę... – powiedział Dziadek.
– Skąd wiesz, że to był on? – spytała mama.
– Nie wiem – Dziadek zmrużył oczy. Zawsze tak robił, kiedy się nad czymś zastanawiał. – Sny mówią przypowieściami. Tak jakby były wieczne.
– Może to ktoś z kosmosu wysyła sygnały? – spytał mój brat.
– Może – powiedział Dziadek.
– Pan Bóg czy Anioł Stróż? – popierany przez brata postanowiłem za wszelką cenę wydobyć od niego tajemnicę.
– Nie wiem – powiedział uparcie Dziadek.
Byłem pewien, że wie. I on, i Babcia.
– Babciu? – spytałem.
– A kto to wie, dzieci... – Babcia westchnęła. –- Dawniej wszyscy wiedzieli , że Pan Jezus się urodzi, a teraz nawet nie wiemy, kiedy przyjdzie znowu.
– Dzisiaj –- powiedział Dziadek. – Mówiłem ci, że śnił mi się Izajasz.
Nie wiedziałem, czy żartował, czy mówił poważnie. Mój brat też nie.
Wszyscy wiedzieli, że po wigilii urodzi się Pan Jezus, ale że przyjdzie naprawdę, to było nie do uwierzenia.

Ojciec stał na drabinie i mocował do czubka choinki dziwnego anioła o trzech parach skrzydeł. Dziadek twierdził, że odkąd pamięta ten anioł był w naszej rodzinie.
– Czy on lata wszystkimi sześcioma skrzydłami? – spytałem.
– On w ogóle nie lata, bo jest wcielony – wyjaśnił mój brat.
– Acha... – powiedziałem niepewnie.
Mój brat przyglądał się aniołowi, jakby sam był zdziwiony własnym odkryciem.
– Jak coś się wcieli, to nie może latać – powtórzył, na wszelki wypadek szeptem. – Przecież widzisz, że musi mieć sznurek.
– A ptaki? – spytałem.
– Boże, chłopcy, co wy mówicie – jęknęła mama, ale nie wytłumaczyła nam, dlaczego.

Staliśmy z moim bratem przed domem, prawie po kolana zagłębieni w puchu świeżo spadłego śniegu i wpatrzeni w niebo oczekiwaliśmy dźwięku dzwoneczków. Dzwoneczki oznaczały, że jak co roku znajdziemy pod choinką prezenty. Wiedzieliśmy, że kiedy zabłyśnie wreszcie Betlejemska Gwiazda i wbiegniemy do domu z tą nowiną, oni powiedzą nam, że się spóźniliśmy, bo już nikogo nie ma. Nie wiedziałem, czego właściwie nie ma – Anioła czy komety, i kto kogo oszukiwał.

Potem dzieliliśmy się opłatkiem i siadaliśmy do stołu.
Wieczór przedłużał się, wciąż paliły się świeczki na choince, Babcia przynosiła kolejne potrawy i nikt nie kazał nam iść spać, a ta chwila, w której nic już nie dzieliło nas od rozpakowania kolorowych, błyszczących paczek, które wciąż jeszcze leżały nietknięte pod drzewkiem – ta chwila trwała nieruchomo, w tajemniczym zatrzymaniu, jakby nigdy nie miała się skończyć, ponieważ nie mogliśmy się jej końca doczekać.

Pamiętam bardzo wyraźnie, tak jakbym widział to na fotografii: – rozświetloną, dostojną choinkę, a pod nią, zagubioną wśród stosu prezentów, małą stajenkę z Dzieciątkiem leżącym na sianie, Matkę Boską, Józefa, Trzech Króli, pasterzy i stadko zwierząt. I nas: Bbabcię i Ddziadka w fotelach, mamę i ojca na kanapie, mojego brata i mnie, w białych koszulach, z aksamitkami związanymi pod kołnierzykiem na kokardkę. Byłem tam, a jednocześnie widziałem z góry siebie stojącego pomiędzy nimi. Wszystkich nas razem.

*

Poszliśmy do szkoły razem – mój brat i ja. On zdał od razu do drugiej klasy, ja poszedłem do pierwszej o rok za wcześnie. Zamieszkaliśmy w miasteczku w internacie. W lecie jeździliśmy do domu w piątek po szkole albo w sobotę rano, kiedy lekcje kończyły się później. W zimie wracaliśmy tylko raz na dwa tygodnie albo nawet raz w miesiącu, gdy kiedy śnieg zasypywał drogę. Kiedy byliśmy mali, przyjeżdżał po nas ojciec.

Mój brat był ode mnie starszy o dwa lata, ale lubił się ze mną bawić. Byliśmy zgodnym, kochającym się rodzeństwem, które prawie się nie rozstawało i nigdy nie kłóciło. Nie byliśmy do siebie podobni, ale on chciał wyglądać tak jak ja, a ja chciałem wyglądać tak jak on. Może dlatego tak się lubiliśmy.

Pamiętam, jak któregoś dnia szliśmy w stronę naszego internatu, śpiewając. Było piękne, upalne popołudnie, wiał ciepły wiatr i zbliżały się wakacje, a my wracaliśmy z kościoła po próbie chóru. Mój brat śpiewał pięknie, ja fałszowałem, ale obaj chodziliśmy na zajęcia, bo nie chciano nas rozdzielać.

Między mną a księdzem, który prowadził chór, była niepisana umowa, że nie będę śpiewał zbyt głośno. Ksiądz był miły i ze względu na niego ograniczałem się do niemego poruszania ustami. Tego dnia uczyliśmy się hymnu św. Franciszka:

Pochwalony bądź, Panie mój,
przez brata Księżyc i gwiazdy...
Pochwalony bądź, Panie mój,
przez brata wiatr i przez powietrze...
Pochwalony bądź, Panie mój,
przez siostrę wodę...

To było tak piękne, że cała nasza grupa, idąc po lekcjach przez zakrystię i dalej korytarzem, a potem schodząc w dół po schodach wzdłuż muru przy plebani, nie przestała śpiewać. Śpiewaliśmy wprawdzie dwa razy szybciej niż trzeba, ale ładnie. Było nas coraz mniej, bo większość dzieci mieszkała w okolicznych domach. W końcu zostaliśmy tylko my dwaj.

Skróciliśmy sobie drogę do internatu przez dziurę w płocie i szliśmy brzegiem szkolnego basenu, jeden za drugim, śpiewając wniebogłosy. Szedłem z tyłu, za moim bratem. Zawsze tak chodziłem, bo wstydziłem się, że ludzie na nas patrzą. Za to on uwielbiał, jak na nas patrzyli. Może zresztą mnie też sprawiało to pewną przyjemność, ale pod warunkiem, że byłem za nim, schowany za jego plecami. Właściwie dopiero od tego momentu widzę wszystko wyraźnie, jakbym oglądał film, w którym sam grałem.

Pochwalony bądź, Panie mój,
przez brata Księżyc i gwiazdy...
Pochwalony bądź, Panie mój,
przez brata wiatr i przez powietrze...
Pochwalony bądź, Panie mój,
przez siostrę wodę...

Mój brat szedł pierwszy wąską krawędzią basenu.
Nie pamiętam, czy się zachwiałem, czy potknąłem, w każdym razie wpadłem do wody po głębokiej stronie kąpieliska. To było tak niespodziewane, że nawet nie krzyknąłem, a on poszedł dalej przed siebie i do dzisiaj nie wiem, jak to się stało, że nie usłyszał plusku. Pewnie śpiewał bardzo głośno, a wiatr wiał nam prosto w twarze i rozpraszał dźwięki. Nie umiałem pływać, więc rozpaczliwie machałem rękami i nogami, jakbym próbował latać, aż gładka jeszcze przed chwilą tafla wody zmieniła się nagle w spienione fale zalewające mi oczy i wpływające do uszu, gardła i nosa. Zachłysnąłem się, ale gwałtownym rzutem rąk jeszcze raz udało mi się wyciągnąć szyję i wydostać ponad powierzchnię wody. Usłyszałem czyjś krzyk. Ktoś chyba zawołał: „O, Boże!”.

Wtedy jeszcze raz, ostatnim wysiłkiem odbiłem się od wody i zaczerpnąłem powietrza... Wiedziałem już, że źle robię, że nie tak wygląda pływanie. Całą siłą woli opanowałem się i spadałem teraz powoli w dół w przezroczysto-zielonej wodzie. Miałem otwarte oczy i widziałem ten jasny, połyskliwy zielony kolor i ławice uciekających w górę bąbelków powietrza. Jedyne, co zrobiłem, to wyciągnąłem obie ręce wysoko, ponad głowę. Miałem nadzieję, że ktoś je zobaczy. Ogarnął mnie dziwny spokój i pomyślałem, że jest mi wszystko jedno i jeżeli naprawdę nie ma innego wyjścia, to proszę – mogę się utopić. Co było dalej, nie pamiętam.

Wyłowił mnie stróż, który widział, jak wchodzimy na teren kąpieliska przez dziurę w płocie. Zamierzał nas złapać i ukarać przy przeciwległej dziurze, którą mieliśmy wyjść. Kiedy zobaczył, co się dzieje, przebiegł kilkanaście metrów i wskoczył w ubraniu do basenu. Wyciągnął mnie i zaraz potem mojego brata, który wprawdzie umiał pływać, ale nie umiał nurkować. Mimo to, w szoku, próbował zanurzać się coraz głębiej i głębiej, nie zdając sobie sprawy z tego, że leżę już dawno uratowany na trawie. Był w takiej histerii, że stróż nie mógł sobie dać z nim rady.

Patrzyłem na ich walkę w wodzie, przerażony, że utopią się obaj zamiast mnie, a to przecież ja pogodziłem się ze śmiercią. Dalszy ciąg tej historii znam już tylko z opowiadań. Przyznaliśmy się do tego wypadku matce dopiero po wielu latach. Od tego czasu zacząłem się bać. Nie o siebie, ale o tych, których kochałem.

Wybrane dla Ciebie
Po "Harrym Potterze" zaczęła pisać kryminały. Nie chciała, żeby ktoś się dowiedział
Po "Harrym Potterze" zaczęła pisać kryminały. Nie chciała, żeby ktoś się dowiedział
Wspomnienia sekretarki Hitlera. "Do końca będę czuła się współwinna"
Wspomnienia sekretarki Hitlera. "Do końca będę czuła się współwinna"
Kożuchowska czyta arcydzieło. "Wymagało to ode mnie pokory"
Kożuchowska czyta arcydzieło. "Wymagało to ode mnie pokory"
Stała się hitem 40 lat po premierze. Wśród jej fanów jest Tom Hanks
Stała się hitem 40 lat po premierze. Wśród jej fanów jest Tom Hanks
PRL, Wojsko i Jarocin. Fani kryminałów będą zachwyceni
PRL, Wojsko i Jarocin. Fani kryminałów będą zachwyceni
Zmarł w samotności. Opisuje, co działo się przed śmiercią aktora
Zmarł w samotności. Opisuje, co działo się przed śmiercią aktora
Jeden z hitowych audioseriali powraca. Drugi sezon "Symbiozy" już dostępny w Audiotece
Jeden z hitowych audioseriali powraca. Drugi sezon "Symbiozy" już dostępny w Audiotece
Rozkochał, zabił i okradł trzy kobiety. Napisała o nim książkę
Rozkochał, zabił i okradł trzy kobiety. Napisała o nim książkę
Wydawnictwo oficjalnie przeprasza synów Kory za jej biografię
Wydawnictwo oficjalnie przeprasza synów Kory za jej biografię
Planował zamach na cara, skazano go na 15 lat katorgi. Wrócił do Polski bez syna i ciężarnej żony
Planował zamach na cara, skazano go na 15 lat katorgi. Wrócił do Polski bez syna i ciężarnej żony
Rząd Tuska ignoruje apel. Chce przyjąć prawo niekorzystne dla Polski
Rząd Tuska ignoruje apel. Chce przyjąć prawo niekorzystne dla Polski
"Czarolina – 6. Tajemnice wyspy": Niebezpieczne eksperymenty [RECENZJA]
"Czarolina – 6. Tajemnice wyspy": Niebezpieczne eksperymenty [RECENZJA]
NIE WYCHODŹ JESZCZE! MAMY COŚ SPECJALNIE DLA CIEBIE 🎯