Trwa ładowanie...
d15sjfm

Janusz Majewski: młodzież sądzi, że czytanie to staroświecka brednia

"Mała Matura 1947" miała być ostatnim filmem w karierze 86-letniego obecnie reżysera. Pięć lat później zaskoczył widzów filmem o początkach jazzu w Polsce, a w czerwcu wydał kolejny kryminał. Jerzy Majewski przekonuje, że wiek to zwykła iluzja.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Autor własnie wydał drugi tom powieści o nadkomisarzu Królu
Autor własnie wydał drugi tom powieści o nadkomisarzu Królu (Materiały prasowe)
d15sjfm

Swoje życie związał z filmem. I nawet gdy pisze książki to po to, by przenieść je na ekran. To on odpowiada za komedię "C.K. Dezerterzy" oraz jego kontynuację, "Złoto dezerterów". Do emerytury mu jednak daleko. W czerwcu ukazał się drugi kryminał historyczny o nadkomisarzu Rafale Królu, którego akcja toczy się w okupowanym Lwowie. Autor przekuwa tęsknotę do przeszłości w wizualne dzieła, które są niezłą gratką dla wymagających estetów. Fim "Excentrycy. Po słonecznej stronie ulicy" został doceniony na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, a on sam przywrócił do życia zapomniane gwiazdy kina: Wojciecha Pszoniaka, Annę Dymną, Wiktora Zborowskiego czy Adama Ferencego. W rozmowie z nami opowiada, czemu jego zdaniem życie w XXI wieku nie należy do najmilszych.

Kamila Gulbicka, Wirtualna Polska: Wspomniał pan, że jutro wybiera się do Opola na festiwal literacki. Jedzie pan pociągiem czy samochodem?

Janusz Majewski: Pociągiem. Jazda samochodem kosztuje czasem bardzo dużo energii.

d15sjfm

Ale pan słynie z niespożytej energii! Filmy, książki, scenariusze, spotkania autorskie. Skąd ma pan siłę na to, by wciąż prowadzić intensywne życie zawodowe?

Wszystko dostałem od natury. Nie pracuję na to jakoś szczególnie. Zamiast siedzieć na ławce i narzekać, że coś mnie boli, wolę zająć się tym, co lubię. Pisanie lubię bardzo.

A spotkania autorskie?

To zależy. Czasem bywają męczące, bo rozczarowują.

d15sjfm

Jak to?

Na spotkania często przychodzą ludzie, którzy bardziej interesują się moim związkiem z filmem, czy plotkami o aktorkach niż samą książką. Przyzwyczaiłem się już, że na spotkaniach brakuje młodzieży. Czytelnicy są w starszym wieku. Najczęściej są to emerytki, które nie mają co robić. A jeśli faktycznie są zainteresowane książką, to wydatek na książkę jest poza ich zasięgiem. W związku z tym nasuwa mi się pytanie: czy warto jeździć na koniec Polski na spotkanie autorskie, gdzie przychodzą starsze panie które nie mają co robić? To bywa męczące. Czasem jest to zbyt duży wysiłek w stosunku do rzeczywistego efektu. Pocieszam się, że jednak potem czytają tę książkę, jeśli nie kupiony egzemplarz, to z wypożyczalni.

Jak pan myśli, dlaczego młodzi ludzie nie są zainteresowani pańskimi książkami?

To nie jest tak, że nie są zainteresowani akurat moimi książkami. Młodzież nie jest zainteresowana literaturą w ogóle. A wszystko dlatego, że w domu nie ma kultury czytania. Młodzież sądzi, że czytanie to staroświecka brednia, która zajmuje czas. Niedawno zobaczyłem zdjęcie, które bardzo mnie poruszyło - w jakimś muzeum, pod ogromnym obrazem siedzi gromada dzieci w wieku szkolnym, a każde z nich patrzy w swój telefon. To jest jakaś niebezpieczna zmiana, która dzieje się na naszych oczach. Moim zdaniem powinna być zauważona jak najprędzej, byśmy zdążyli w porę zareagować i trochę się opamiętać.

PAP/EPA

Przestaliśmy interesować się nie tylko wysoką kultura, ale również sobą nawzajem.

Dziś życie wielu małżeństw wygląda bardzo niepokojąco - młodzi małżonkowie siedzą w dwóch różnych pokojach daleko od siebie, a każdy patrzy w ekran swojego monitora. To smutne. Przecież powinni usiąść naprzeciw siebie i patrzeć sobie w oczy.

d15sjfm

Pewnie dlatego tyle małżeństw się rozpada. Nie wychodzi nam - więc czas na zmianę – zmieniamy partnera. Przyzwyczailiśmy się do szybkich rozwiązań.

I tu nie chodzi tylko o ludzi, ale teraz jest taka tendencja, a może moda, pozbywania się popsutych i starych przedmiotów. Producenci tworzą sprzęt, którego zadaniem jest działać tylko przez okres trzech, czterech lat. Potem gwarancja się kończy i musimy kupić nowy model lodówki czy pralki, bo starej nie opłaca się naprawiać. Może przez to, ludzie nie czują potrzeby, by naprawiać swoje błędy?
Może to okres przejściowy? Może kolejne pokolenie się opamięta?

Chyba już to robi. Ludzie zwalniają, rezygnują z telewizji na rzecz książek, jedzą inaczej, sami gotują. Czasem nawet porzucają miasto na rzecz wsi. Tak jak pan wiele lat temu.

Czy u nas to już jest widoczne? Wątpię. Taka tendencja jest obecna, ale w świecie zachodnim od lat. Większość osób woli mieszkać pod miastem, a dzięki dzisiejszej technologii możliwe jest, by pracować z domu. Owszem, nasze mieszczuchy też jeżdżą na wieś. Ale zauważyłem także, że ludzie na wsiach asfaltują drogi, wycinają drzewa i krzewy owocowe, a gospodynie zamiast wyrabiać masło, kupują je w mieście. Wiejska kultura zaczęła zanikać. Obserwowałem życie na Mazurach przez dwadzieścia lat, więc wiem, o czym mówię.

d15sjfm

Teraz mieszka pan w Warszawie?

Tak. Po śmierci żony wróciłem do Warszawy.

Życie na Mazurach stało się kanwą do napisania dwóch książek, "Siedlisko” i "Zima w Siedlisku”. Narrator tej drugiej, którego umieścił pan w trzeciej osobie zdaje się znać nie tylko męskie uczucia, ale również emocje kobiety.

Już tyle lat żyję na tym świecie, więc trochę znam przeżycia innych ludzi.

Zofia Nasierowska, Janusz Majewski East News
Zofia Nasierowska, Janusz Majewski

Nie chciał pan kontynuować obyczajowego gatunku? Skąd pomysł na kryminał?

Zawsze, gdy szukałem tematu do kolejnego filmu, kierowałem się dwoma wskazówkami. Po pierwsze - nie chciałem robić czegoś podobnego, do tego, co już stworzyłem - wolałem wybrać nowy gatunek. Po drugie – ale jednak nie chciałem całkowicie odseparować się od wcześniejszych doświadczeń, zawsze szukałem podobnych inspiracji. Takim wspólnym mianownikiem dla wielu moich filmów okazał się świat Galicji, a więc kraina, z której pochodzę – bo urodziłem się we Lwowie. Zawsze chciałem zrobić film, którego akcja byłaby osadzona w okresie okupacji, ale nie o ruchu oporu, walce, terrorze i cierpieniu ludności cywilnej. Takich filmów i książek było wiele. Interesowało mnie prywatne życie codzienne, które przecież musiało się toczyć przez te ponad pięć lat, a więc z tym co odwieczne: z miłością i nienawiścią, zazdrością i zdradą, z narodzinami i umieraniem we własnym łóżku ze starości. A jak w czasach pokoju, tak i wtedy musiały też być zbrodnie kryminalne i zabójstwa w afekcie. Wpadłem na pomysł pewnej zbrodni i wkomponowałem ją w fabułę, która nagle zaczęła mieć charakter kryminalny. Tak powstała moja książka, "Czarny mercedes”. A że miała zakończenie otwarte to wydawnictwo namówiło mnie na kontynuację, czyli "Ryk kamiennego lwa”. Ta powieść też kończy się tak, że może mieć jeszcze dalszy ciąg. Miałbym ochotę pobyć jeszcze trochę z moim bohaterem, nadkomisarzem Rafałem Królem i zobaczyć czy przeżył wojnę i co robił po niej, ale to zależy od tego, czy będę mieć jeszcze na to czas, bo w moim wieku czas bardzo przyśpiesza.

Fani lubią zarówno kryminały jak i trylogie. Te dwie rzeczy świetnie do siebie pasują. A rynek wydawniczy chyba bardzo sprzyja autorom kryminałów.

To jest chyba jedyny gatunek czytany przez młodszych czytelników. A poza tym historia podaje przykłady, gdzie z pozoru lekka "wagonowa” literatura udowadnia, że jest ambitnym dziełem. Opisując intrygę można przecież wzbogacić ją o kontekst historyczny czy dodać do niej trochę dydaktyki. W drugim kryminale podałem sporo informacji o konflikcie ukraińsko-polskim. Młody czytelnik, dostanie zatem trochę wiedzy o czasie okupacji i naturze ludzkiej- problemach duchowych człowieka, który jest z krwi i kości.

d15sjfm

Ale czy pana zdaniem młodzi ludzie faktycznie chcą czytać o historii? Gdy powstał film "Mała matura 1947”, dystrybutor poprosił, by usunął pan z tytułu rok, twierdząc, że młodych nie zainteresuje…

Jak się okazało, dystrybutor miał rację. Nawet gdy usunęliśmy rok z tytułu to niewiele pomogło. Miewałem spotkania z młodymi widzami, które mnie głęboko zasmucały. Na jednym z nich padały pytania nie o historię, a o efekty specjalne. Potem często zastanawiałem się, czy aby nie robię takich filmów wyłącznie dla samego siebie. Mam 87 lat, ale zamiast być rozgoryczonym emerytem pracuję, żeby zająć się czymś konstruktywnym.

East News East News
East News

Na początku rozmowy wspomniał pan, że na spotkaniach autorskich czytelnicy często pytają o film. A mnie to w ogóle nie dziwi. Przecież film towarzyszy panu od zawsze. Myślę, że wpłynął również na książki, chociażby na świetne dialogi głównych bohaterów.

Bardzo dużo skorzystałem, pracując z aktorami w wielu filmach. Dialogi staram się tak dopracować, żeby nabrały życia, bo mają służyć do słuchania. Ktoś, kto nie pisze z zamiarem przeniesienia fabuły na ekran, tworzy dialogi ciekawe literacko, ale niekoniecznie żywe.

d15sjfm

A czytanie? Chyba to też buduje świadomość autorów literackich?

Na wczesny okres mojego życia wpływały ważne książki. Tak jest do teraz. Nie położę się do łóżka dopóki nie przeczytam chociaż paru stron. Za czasów mojej młodości wydawano mnóstwo dobrej literatury i książki kosztowały grosze. Pamiętam, wracając po zajęciach z uczelni w Krakowie, prawie codziennie wstępowaliśmy z kolegami do kolejnych księgarń i wychodziliśmy z tomami książek pod pachą. Wówczas nic nas nie rozpraszało: żadna telewizja, żadne gry czy telefony. Książki były jedyną okazją obcowania z dobrą sztuką, bo w kinie wyświetlano propagandowe gnioty radzieckie.
Zobaczyłam pana teraz oczami wyobraźni jako jednego z bohaterów "Ekscentryków. Po słonecznej stronie ulicy”.

Rozumiem , że książki były i nadal są dla pana ważne. A jazz?

To miłość mojego życia. Zacząłem słuchać jazzu w tamtych latach, bardzo wcześnie przed maturą i odkryłem takie pojęcia jak "swing”, "synkopa” czy "feeling”. "Swing” to dosłownie "kołysać się”, ale chodzi nie tylko o kołysanie się w tańcu, ale o "kołysanie się" duszy słuchającego jazz, poruszenie jego serca w synkopowanym rytmie, przeżywającego uniesienia, ale tylko wtedy, kiedy jest grane z "feelingiem” czyli z uczuciem. I jazz był dokładnie tym, czego my, Polacy po czasach okupacji potrzebowaliśmy, wyrażał naszą potrzebę wolności. Większość klasycznych utworów swingu narodziła się w latach 30. i od tamtej pory są nieśmiertelne. Śpiewane są i grane przez kolejne pokolenia i wciąż na nowo interpretowane. Myślę tu na przykład o Elli Fitzgerald kiedyś i Dianie Krall dzisiaj – dwie epoki, różne style, a melodie te same. W latach 70. byłem na koncercie Elli Fitzgerald w Sali Kongresowej PKiN. Na scenie zobaczyliśmy starą, grubą, brzydką kobietę, czarną wiedźmę. Ale gdy zaczęła śpiewać, na naszych oczach zamieniła się w cudowną księżniczkę z bajki i to dla dorosłych: emanowała seksem! Muzyka jest rzeczą wspaniałą. Nie tylko jazz, ale również muzyka klasyczna. Chociaż są też gatunki, za którymi nie przepadam.

"Ekscentrycy" byli dużym zaskoczeniem. W świecie kina mówiono, że "Mała matura 1947” jest pana ostatnim filmem. Właściwie w "Ekscentrykach” pojawia się dużo aktorów, z którymi pracował pan na planie "Małej matury”.

Lubię pracować z ludźmi, których znam, bo atmosfera na planie, jest bardzo ważna. Chemia między aktorami zawsze przenosi się na ekran. Doświadczonym okiem starego wygi widzę czy aktorzy lubią ze sobą pracować i grać we wspólnych scenach. Chemii nie można oszukać. Można pewne rzeczy udawać, ale nie wszystkie. Film w przeciwieństwie do teatru dysponuje środkami, które mogą widzowi coś wmówić, ale nie całkowicie. To aktorzy są wciąż najważniejsi w filmie.

Materiały prasowe

Czy to miłość do jazzu była motorem nakręcenia filmu?

Przez przypadek natknąłem się na książkę Włodzimierza Kowalewskiego, która bardzo mnie poruszyła. Pomyślałem, że to dobry materiał na film. Prace na planie wymagały od nas wielkiego zaangażowania. Zwłaszcza w kontekście zaspokojenia praw autorskich do piętnastu amerykańskich utworów muzycznych, tych swingowych klasyków. Prawa do wykorzystania ich w filmie kosztowały nas blisko milion złotych! A aktorzy musieli opanować grę na instrumentach do tego stopnia, żeby oszukać nie tylko widza ale i zawodowych muzyków. Trębacz słynnych „Melomanów”, dziś już niestety nie żyjący, Andrzej Wojciechowski powiedział, że dałby się pokroić za to, że Wiktor Zborowski gra naprawdę. To był wielki komplement, a było ich wiele.

"Czarny mercedes” również przeniesie pan na plan filmowy?

Taki jest zamiar. Powstały już dwa scenariusze - jeden na film fabularny, drugi na serial, który miałby dziesięć odcinków. Serial opowiedziałby wszystkie wątki zawarte w książce, natomiast film wymagałby uproszczeń i pominięcia kilku z nich. Najbardziej prawdopodobne jest, że będziemy robić tylko film. Wkrótce wszystko stanie się jasne.

d15sjfm

Podziel się opinią

Share

d15sjfm

d15sjfm