Jak być dobrym
(…)
Jestem dobrą osobą. Pod wieloma względami. Zaczynam jednak podejrzewać, że bycie dobrą pod wieloma względami osobą nie ma żadnego znaczenia, jeśli pod jakimś jednym względem jest się osobą złą. W końcu większość ludzi jest dobra, prawda? Chcą pomagać innym, a jeśli praca im na to nie pozwala, starają się znaleźć jakiś inny sposób - na przykład raz w miesiącu odbierają telefony u Samarytan, biorą udział w jakichś marszach czy demonstracjach. Co z tego, że wam powiem, że jestem lekarką? Jestem nią w godzinach pracy, a poza nimi sypiam z kimś, kto nie jest moim mężem - nie jestem aż tak zepsuta, aby robić to w godzinach pracy - a bycie lekarką niewiele tu znaczy, bez względu na to, jak wiele czyraków bym oglądała.
(…)
David oznajmia, że wyjeżdża na dwa dni. Nie mówi dokąd ani nie zostawia numeru telefonu - bierze moją komórkę na wypadek jakichś komplikacji rodzinnych - przypuszczam jednak, że spędzi ten czas u swego przyjaciela Mike'a (rozwodnik, miejscowy, dobra praca, ładne mieszkanie, wolny pokój). Przed wyjazdem informuje mnie, że mam czterdzieści osiem godzin na to, aby powiedzieć o wszystkim dzieciom. Nie ma wątpliwości, że kiedy obwieszczę im, jaka jestem obrzydliwa, spakuję się i wyniosę. Pierwszej nocy nie mogę w ogóle zasnąć; czuję, że nie uspokoję się do chwili, aż odpowiem sobie na wszystkie pytania, które kotłują mi się w głowie niczym ryby w sieci. Niektóre (czy pozwoli mi zjawiać się w poniedziałkowe wieczory na program o dinozaurach?) pojawiają się i natychmiast rozpływają; ale jest kilka takich, poważniejszych, które ani myślą zniknąć. Oto jedno: jakie mam prawa do czegokolwiek? Widzicie, nie chcę rozwodu. W porządku, chciałam go przedtem, kiedy nie wiedziałam, co to znaczy, jak będę się czuła i jak
okropne okażą się perspektywy, teraz jednak nie chcę, i jestem (niemal) pewna, że zrobię (niemal) wszystko, aby nasze małżeństwo wróciło do dawnego stanu. A jeśli tak, to dlaczego i co mam powiedzieć dzieciom? Skoro on nie dopuszcza żadnego polubownego rozwiązania, to dlaczego ja mam odwalać całą tę obrzydliwą robotę? A jeśli się nie wyniosę? Jak wtedy postąpi? Zarazem jednak jak uparta pszczoła krążą takie myśli - nie ma sposobu, żeby wydobyć się z tego bagna; wszystko zaszło za daleko; kiedy już dochodzi do takich rzeczy, zawsze jest okropnie, więc najlepiej dać sobie ze wszystkim spokój... I jednocześnie gdzieś w głębi duszy dobrze wiem, że nie potrafię usiąść z dziećmi i powiedzieć im, że je zostawiam.
- Gdzie tata? - pyta rano Molly. To zawsze Molly stawia takie pytania, szczególnie teraz, gdy David popisał się swoim salomonowym sprytem. Wydaje się, że Tomowi wszystko jedno.
- Wyjechał w interesach - mówię, jakby chodziło o kogoś zupełnie innego. Odpowiedź wynika z bezsenności, kompletnie bowiem nie pasuje do życia i pracy Davida. Przez ostatnie kilka lat dzieci mogły słuchać, jak utyskuje na konieczność pójścia do kiosku za rogiem do fotokopiarki, a teraz nagle miałby się stać człowiekiem, który rozbija się po hotelach największych europejskich stolic i zasiada do biznesowych śniadań.
- Przecież on nie ma żadnych interesów - zauważa rzeczowo Tom.
- A właśnie, że ma - lojalnie występuje w obronie ojca Molly.
- Tak, a jakie? - pyta Tom. Może wprawdzie przedkładać matkę nad ojca, ale obstawałabym za tym, że nie po mnie odziedziczył niezdolność do powstrzymania się od okrucieństwa, jeśli nadarza się ku temu okazja.
- Dlaczego zawsze jesteś taki okropny dla taty?
- A co jest okropnego w pytaniu, jakie ma interesy?
- Ponieważ dobrze wiesz, że nie ma żadnych, i tylko chcesz się pozgrywać.
Tom zerka na mnie i mówi:
- Nie można z tobą dyskutować, Molly.
- A dlaczego?
- Bo sama mówisz, że tata nie prowadzi żadnych interesów, ale kiedy ja to powiedziałem, to wsiadasz na mnie, że jestem okropny.
Molly zastanawia się przez chwilę, mówi Tomowi, że go nienawidzi, i idzie przygotowywać się do szkoły. Biedny David! Nawet jego najzagorzalsza zwolenniczka nie może przekonać samej siebie, że ojciec wykonuje jakąś porządną pracę. Gdybym była pozytywnie nastawionym rodzicem, powinnam się włączyć, wyjaśnić, że ojcowie robią bardzo wiele różnych rzeczy, ale tak w tym momencie nienawidzę Davida, że ani myślę tak postąpić.
- No to gdzie jest naprawdę? - pyta Tom.
- Pojechał odwiedzić przyjaciela.
- Bo będziecie się rozwodzić?
- Nie będziemy się rozwodzić.
- To dlaczego pojechał do przyjaciela?
- Przecież i ty czasami nocowałeś u kolegów, a wcale z tego nie wynikało, że będziesz się rozwodził.
- Ja nie mam ślubu z nikim. A jak mam zanocować u kolegi, to cię uprzedzam i żegnam się.
- To o to chodzi? Że się z wami nie pożegnał?
- Nie zależy mi na jego pożegnaniach, ale wiem, że coś jest niedobrze.
- Posprzeczaliśmy się z tatą.
- No właśnie. Weźmiecie rozwód.
To doskonały moment, żeby teraz coś powiedzieć. Może nie w sensie emocjonalnym, ale logicznym. Teraz byłoby to najbardziej naturalne, właściwe, bez gwałtownej zmiany biegów w rozmowie: Tom wie, że coś jest nie tak; ja prędzej czy później będę musiała coś powiedzieć, a jeśli nie ja, to z pewnością David po powrocie...
- Tom! Ile razy jeszcze będziesz to powtarzać?!! I kiedy wreszcie zaczniesz przygotowywać się do szkoły?
Patrzy na mnie przeciągle, a potem gwałtownie obraca się na pięcie, w czytelny sposób dając wyraz swojemu gniewowi. Chcę jak najszybciej znaleźć się w przychodni i po uszy pogrążyć się w pracy. Chcę, żeby ten dzień zawodowo był najbardziej niewdzięczny i męczący, żeby to pomogło mi się pozbierać. Chcę patrzeć w zablokowane odbyty, ropiejące wrzody i tym podobne rzeczy, bo jeśli całej reszcie świata zbierze się na kolektywne wymioty, to może ja w końcu znowu poczuję się dobrym człowiekiem. Może złą matką, bez wątpienia okropną żoną, ale jednak dobrą osobą.