Instytut Giulianiego
Słonecznie, sucho i chłodno! - trzeszczał głośnik; dzień jeszcze się nie obudził, była zima.
Gruby Joe oderwał pióro od kropki, którą postawił drżącą ręką po słowie „zima”, objął wzruszonym spojrzeniem portret matki, wiszący na ścianie przed nim i do samego siebie albo, kto wie, może do niej, wyszeptał:
- Najwyższy czas, bym jednak napisał bardzo piękne zdanie, najpiękniejsze ze wszystkich, a potem umrę.
Pozostawił atrament do wyschnięcia.
Odczekał dłuższą chwilę, aż znikną refleksy na malutkiej płynnej kropelce, ciemnej, lśniącej i ruchliwej niczym oko owada, który przyczepił się do ogonka, kiedy Gruby Joe nacisnął nań odrobinę za mocno.
„Ależ się opiera” – pomyślał. Myślał o tym wciąż, gdy kropelka znikała, wchłaniana przez papier jak wszystkie słowa, które zużywał, by oznakować ciąg własnego życia, i które, jedno po drugim, gubiły się w oceanie granatowych linii, jakie staranny ruch jego palców i nadgarstka, zawsze ten sam, rozciągał na setkach stron w nie kończącą się arabeskę niewielkich fal o zastygających grzebieniach.
Od ponad trzydziestu lat, kiedy wciąż pozostawał siedmioletnim chłopcem, Gruby Joe napisał bardzo dużo i zrobił niewielkie postępy.
Włożył obsadkę pióra w nacięcie szkolnego pulpitu, który służył mu za biurko, i wydał z siebie smutne chrząknięcie, naciskając na guzik dzwonka umiejscowiony tuż obok kałamarza.
- Życzy sobie, żeby przyszła, szybko, natychmiast. Życzy sobie panny wdowy Krienbull! – wykrzyczał przenikliwym, chropawym głosem.
W głośniku dało się słyszeć splunięcie, potem jakby odgłos rozdzieranego płótna i ktoś odpowiedział, skrzecząc do aparatu, z przerażoniem, niemal z wrzaskiem:
- Już, już, panie Joe, już biegnę!
Czekając, wygramolił się, nie bez pewnych trudności, z małej, drewnianej ławki, która go więziła, i kołysząc się na swoich za krótkich nogach, poszedł spocząć na pufie stojącej pośrodku perskiego dywanu.
Na zewnątrz dął wiatr; senny, nostalgiczny, znużony obieganiem świata. By się zabawić u progu nadchodzącej nocy, ciągnął za sobą dwa czy trzy martwe liście, które pochodziły z Australii, i kilka ziaren piasku skradzionych ze wschodniej pustyni. Na wszelki wypadek, przelatując obok pokoju Grubego Joe, wiatr postanowił dać mu znak, byli bowiem zaprzyjaźnieni od długiego już czasu. I choć humor go opuścił, pozwolił radośnie unieść się jednemu z liści pod oknem pokoju, w którym, jak się domyślał, znajdzie swojego przyjaciela.
Gruby Joe dostrzegł liść i powiedział:
- Witaj, wietrze, idę zatańczyć z kostuchą, wiesz o tym?
Wiatr nic nie odpowiedział, nie leżało bowiem w jego naturze zabierać głos w doniosłych chwilach, jednak rzuciwszy kilka ziaren złotego pyłu na ramę okienną, oddalił się w porywie tak nagłym i gwałtownym, że dało się słyszeć przerażający trzask, a ziemia i wody dokoła, co miasto pamięta po dziś dzień, zamarzły na ponad metr głębokości. Panna wdowa Krienbull, która w tej właśnie chwili, przeskakując stopnie, wbiegała po schodach, myślała, że Gruby Joe znów narobił głupstw, więc otwierając drzwi, przeciągle westchnęła. Siedział na pufie, dokładnie naprzeciw niej, szarpiąc krótkimi i pulchnymi palcami za guzik kołnierzyka swojej koszuli.
- Joe chce mi – lo – sci, teraz, szybko! – rozkazał.
Panna wdowa natychmiast musiała się poddać nadzwyczajnej sile, która emanowała z jego ogromnych oczu w głębokim kolorze granatu. Poczuła lekki zawrót głowy i, jakby przeniesiona na mostek statku płynącego przez Ocean Indyjski, zbliżyła się do niego chybotliwym krokiem. Z przyćmionym spojrzeniem, właściwie nie patrząc, zaczęła rozpinać mu koszulę.
Kiedy był już rozebrany, ściągnęła swój gorset, ukazując na torsie o wystających żebrach, jakby wypolerowanym i suchym niczym stara dębowa skrzynia, dwie cudowne, białe piersi, ledwie tknięte przez czas. Wciąż kołysząc swoje ciało w rytmie wyimaginowanych fal, skierowała się w stronę toaletki z marmurowym blatem, gdzie czekała ją mnogość słoiczków i flakonów poukładanych w drewnianych pudełkach. Chwyciła bez wahania słoik z karneolu w kolorze czerwieni przybrudzonej ciemnobrunatnym kremem, mieszanką szarej ambry i żółwiego tłuszczu, którym posmarowała sobie dłonie, ramiona, a potem piersi. W końcu panna wdowa, ze spojrzeniem wciąż zagubionym w niedosiężnych oddalach, niczym lunatykujący majtek, wróciła do Grubego Joe, który w swej nagości przypominał małego, sflaczałego buddę. Wzięła go na ręce i usiadła na krześle naprzeciwko okna, gdzie kilka chwil wcześniej nostalgiczny wiatr wyszeptał swój niepokój.
Gruby Joe zanurzył swą pucołowatą twarz w białości piersi.
- Mi – lo –sci, wzdychał.
Aksamitna dłoń panny wdowy ślizgała się po jego szyi, plecach, oddalała się i przybliżała, przebiegała teraz przez uda, oddalała się i znów przybliżała, obracała się wokół bioder, by pieścić lędźwie, brzuch i dojść wreszcie do tego miejsca wyzbytego z własnej istoty, gdzie się unosiła męskość – choć wystająca i twarda, na zawsze dziecięca i bezpłodna.