Hebanowy świat
Prolog ###Tramwaj
Będzie to szło jakoś tak...
Pochyla się nade mną. Oczy ma zielone jak kot.
- Jeśli chcesz, mogłabyś nam jeszcze pomóc.
Kiwam głową na tak, że chcę.
Kręcą "stronę aryjską". Przechodzę wysoką, chociaż czarną i mroczną bramą na kolejny plan tego dnia.
- Musisz to zdjąć - odpina mi opaskę. - Dobrze, że masz niezniszczony płaszcz. I jeszcze szal, jest za bardzo w "getto stylu". Zabiorę go do garderobianych. Na wyludnionej ulicy czeka z zapalonym silnikiem staroświecki samochód. Dwa kolejne samochody, tramwaj, wóz z zaprzężonym siwym koniem. Jeszcze moment, a ten świat ożyje. Stanie się prawdziwym złudzeniem, w którym można coś odtworzyć, do czegoś powrócić, niewinnie wspomnieć.
- Jak będzie "akcja", biegnij do przystanku, tego za ogłoszeniowym słupem, jakbyś chciała zdążyć na tramwaj.
Biegnę. Oddech mi przyśpiesza, serce również. Przecinam ulicę tuż przed maską ruszającego samochodu, tuż przed siwkiem, który ciągnie wóz i jednocześnie zaczyna się wypróżniać, mając w nosie to, co się wokół niego dzieje. Nie obchodzi go, że młody rekwizytor będzie musiał pochylić się z miotłą i szufelką nad tym, co on nasrał. Biegnę, jakbym dostała skrzydeł. Jestem szczęśliwa.
Wyrwałam się z ciemności do świata fikcji. Dopadam słupa z ogłoszeniami: "Na prowincję zabiorę... Dezynfekcja... Tanio... Biżuterię, zegarki sprzedam... Czarna sukienka dla szczupłej... Chrześcijański antykwariat... Aptekarz... Farbowanie włosów, ondulacja..." Jeszcze ze trzy susy i zdążyłam na tramwaj. Minutę później znowu biegnę. Mogę biegać tak bez końca. Proszę, nie zabierajcie mi tego snu na jawie - komuś, kto cierpi na permanentną bezsenność, permanentne nieszczęście. Komuś...
- Dobrze, zbieramy się!
Jak długo można żyć będąc postacią, a nie człowiekiem? I po co o to pytać? Na środku ulicy znajduję połyskującą plamę oleju.
- O jasna cholera! Mogłam się wyknocić.
Na przykład pod tramwaj. Myśl o tym szalenie mnie bawi. Śmiejąc pakuję się do furgonetki i odjeżdżamy do wytwórni. Znaczy, kto odjeżdża, ten odjeżdża. Ekipa przygotowuje się na miejscu do nocnych zdjęć. Szybko znika mi z oczu. Twarze w pamięci nie do odtworzenia.
Z kanciapy przy garderobie dobiega głuche dudnienie pracujących pełną parą pralek. Błoto, kurz i sztuczną krew zmywa się w jakimś OMO Liposystemie.
Odwieszam kostium i pytam o szal. Czarny, koronkowy. Z poszarpanej, podartej koronki, starej, ale pachnącej perfumami, a nie kulką na mole.
- A czemu pani zdjęła?
Mówię o aryjskiej stronie. Otwiera szerzej oczy w odgrywanym zdumieniu.
- Pani tam? Niemożliwe.
- Miałam dobry płaszcz.
- Aha, dobry płaszcz.
To wszystko wyjaśnia.
Żegnamy się na parę godzin, które większość przeznacza na sen. Ja - na próby sprowokowania go, by wziął mnie w objęcia. Na próżno. Szal także nie znajduje się ani tego dnia, ani żadnego następnego. Wkrótce zresztą zacznie się niespotykany o tej porze roku upał i nie będzie już potrzebny.
Rozdział 1 ###Ciemność
Nie mogę zasnąć. Moje sny przepłasza brzęczenie zepsutej jarzeniówki w korytarzu. W pokoju z wytartych oparć foteli unosi się zastarzały zapach nikotyny, nie do wytępienia. Łóżka złączyliśmy ze sobą na środku pomieszczenia. To Igora jest bardziej zarwane, sprężyny jęczą, kiedy się wierci. "Nie mogłaś znaleźć czegoś lepszego? Wydawało mi się, że w umowie..." - zapytał, kiedy się wprowadzaliśmy. Hotelowe okna wychodzą wprost na nieczynny już o tej porze tor łyżwiarski. "A jeśli wtedy wzięliby kogoś innego? Kogoś, kto ma mieszkanie w Warszawie?"
Przedwieczorny wiatr porusza reklamowymi flagami. Łopoczą denerwująco. "Wyjdźmy. Nie zostanę tu ani chwili dłużej, niż to będzie konieczne" - burczy. Wychodzimy więc. Mijamy recepcję przystrojoną sportowymi dyplomami i łyżwiarskimi pucharami, z których od długotrwałego polerowania schodzi tanie złocenie.
Przewracam się z boku na bok. Sufit tonie w ciemności i ja też. Biała ręka odcina się świetliście od pstrokatej, cudzej pościeli. Pora wstać. Denerwuję się. Wczoraj byliśmy u mężczyzny, który kiedyś próbował mnie zgwałcić. Traciliśmy tam czas, aż zrobiła się zupełna noc. Tamtego faceta spotkałam na jakimś branżowym przyjęciu. Zdaje się, że był akredytowanym dziennikarzem, krytykiem z pretensjami do czegoś więcej, z wyrzutami do życia, które sprawiło, że urodził się pięćdziesiąt lat temu w rodzinie sławnego ojca.
Kiedyś zdawało mi się, że zdołaliśmy się zaprzyjaźnić. Kiedy potem zostaliśmy sam na sam, napadł na mnie. Wykręciłam się, obroniłam, a on się obraził. Ale na krótko. Był mi winien pieniądze za jakąś bzdurę i po te pieniądze poszliśmy. Oddał mi tylko część. Kiedy Igor wyszedł do toalety, zapytał, czy powiedziałam swojemu mężowi o "tym", czego próbował.
- Nie - skłamałam.
Igor wrócił z ubikacji. Cały czas był lekko rozbawiony, jakby na lekkim rauszu. Kiedy wychodziliśmy, nasz gospodarz powiedział, abym wzięła sobie jakąś książkę.
- Twoja praca polegać będzie głównie na czekaniu - stwierdził tonem dziennikarskiego frazesu.
Sięgnęłam po pierwszą lepszą z brzegu.
- Tej nie. Tę musiałem kupić w księgarni.
Wycofałam się.
- Ta ci się spodoba. Przysłali mi ją z wydawnictwa.
Już nie pamiętam, czy podziękowałam. Pożegnaliśmy się uściskiem dłoni. Ruszyłam w dół po miękkim dywaniku - mieszkał w mieszczańskim bloku, na jego ostatnim piętrze. Kwiatki w oknach, obrazki na wspólnych ścianach i wyłożone schody, by materiał tłumił kroki. Mężczyzna krzyknął do Igora, kiedy byliśmy już piętro niżej:
- Pilnuj jej! Jest jak porcelanowa lalka.
Trzasnęły drzwi. Pamiętam, że ma na nich naklejone oko, które wygląda, jakby wyszło spod ręki Strumiłły. I jest otwarte.
- Co ci dał?
- Co?
- Nie śpij. Co to za książka?
Oglądam okładkę:
- Salman Rushdie, Ziemia pod jej stopami.
- Przeczytasz?
- Jeszcze nie wiem...
Nie śpię. I nie usnę, właśnie włącza się radiobudzik. Jest głośny, na wypadek, gdyby noc ułożyła się inaczej. Jeszcze przez moment leżę nieruchomo.
- Igor? Igor!
- Co chcesz? - mamrocze. Kosmyk jasnych włosów wszedł mu w usta.
- Pójdziesz ze mną?
- Daj spokój... Po co? - odwraca się na drugi bok.
- Będzie ci przeszkadzało światło?
Jarzeniówka trzeszczy i trzeszczy.
Zbieram parę drobiazgów i idę pod wspólny prysznic. Sama wyglądam jak duch. Ciało mam młode, ale nie młodzieńcze - białe jak księżyc, gładkie jak woda. Lustro odbija całą moją postać. Postać wygląda, jakby na coś czekała. Przynajmniej oczy tak wyglądają. Zaczynam się krzątać. Gorący i zimny prysznic. Ostry ręcznik, kremy, chwila na wchłonięcie. Pończochy, bielizna - ubieram się w łazience, bo Igor śpi w pokoju. Wilgoć skrapla się na długich włosach. Są bardzo splątane, szczotka ledwie sobie z nimi radzi. Tyle przygotowań, by pokazać twarz, a przecież - do wynajęcia. Wracam i naciskam naelektryzowaną klamkę.
- Co robisz?
Igor sznuruje buty.
- Jest ciemno. Odprowadzę cię. I pośpiesz się, bo już późno. Odpoczęłaś?
- Nie jestem zmęczona.
- To adrenalina.
Śmieję się.
- Chciałabym się z tobą kochać.
Pomalowałam się tak, że tego w ogóle nie widać. To znaczy nie widać, że jestem zrobiona. Tylko to, że ładna. I bardzo inna.
- Jestem gotowa.
Wybrałam hotel sportowy, bo jest tani. Los mi sprzyjał. Wszędzie tam, gdzie będę potrzebowała się dostać, dojdę na piechotę. Brzmi dziwnie, ale to właśnie takie dziwne miejsce. A w stłoczonych tramwajach i autobusach robi mi się niedobrze.
- Co będziesz robił?
Zimny świt formuje z wydychanego powietrza obłoczki pary.
- Nie interesuj się.
Idziemy obok siebie.
- Może cię odwiedzę...
Raz czy dwa nasze dłonie stykają się.
- Trema?
- Nie - mówię. - Ale się bałam. Przed tym wszystkim...
- Przecież jeszcze nic się nie stało.
- Mylisz się. Popatrz na mnie - przystaję. - Czy wyglądam jakoś inaczej?
- Nie masz cieni na powiekach ani szminki, jeśli o to ci chodzi.
Cała droga zajmuje nam pół godziny. Muszę to zapamiętać, żeby nigdy się nie spóźnić. Jakbym była pilną uczennicą.
- O rany!
Zaspani, wymięci ludzie wychodzą z pobliskich ulic. Idą od strony przystanku. Wszyscy znikają w jednej bramie.
- Nie będzie ci łatwo, co?
- Bez nich nie ma pracy, nie ma mnie.
- Powtarzam: nie będzie łatwo.
Część z nich zatrzymuje się w rozległej portierni. Znowu czuję zapach papierosów i snu. Inni próbują się wpisać do książki odwiedzin.
- Wy nie! - wymachuje rękami strażnik.
Staję na palcach. Poznał mnie.
- Do garderoby!
Prawie posłałam mu całusa. Jestem zadowolona. Nie - jestem szczęśliwa. Teraz, w tej chwili. Igor depcze mi po piętach.
- Spójrz - pokazuję mu narożny budynek.
Jego część - na piętrze - jest przeszklona i oświetlona. Spora ilość cieni już się tam krząta. Zadzieram głowę i dostrzegam w żółtym świetle rzędy wieszaków.
- Popatrz. To początek podróży.
Główne wejście do bloku jest w remoncie, boczne zatarasowano ciałami.
- Chodź - Igor ciągnie mnie za rękę. - Przepraszam! Przepraszam!
Głowy odwracają się.
- Hej, tu jest kolejka!
- Może powinnam stanąć?
- A umawiałaś się tutaj?
- Nie. W garderobie.
- To o co chodzi.
- Igor, jednak się boję - szepczę.
Mężczyzna o wyglądzie nieszczęśliwego urzędnika blokuje mi wejście na schody.
- Nazwisko?
- Ale ja...
- Nazwisko!
- Liebling. Rachela Liebling.
Wczytuje się w kartkę, potem drugą. Przekłada je.
- Nie mam nikogo takiego na liście.
Ktoś śmieje się za moimi plecami.
- Proszę poczekać aż wszystko się wyjaśni.
Znajduję puste miejsce w rzędzie kinowych krzeseł. Policzki mi płoną.
- Poczekać z tobą? - pyta Igor sennym głosem.
- Nie, nie. Poradzę sobie.
Oczywiście, że sobie poradzę.
Odprowadzam Igora wzrokiem aż do wyjścia. Mija się w drzwiach z drobną, rudowłosą kobietą.
Chowam twarz w dłoniach. Odwieczna dyrektywa: ukryj się! Choć bycie kimś innym to też ukrycie. Ostre światło - zielonożółte, oszpecające - wciąż przedziera się przez palce i drażniąc wpada pod powieki. Szum rozmów, oddechów, kaszel, ziewanie. Klepsydra pełna miksujących się ze sobą dźwięków, zamiast jednolitych ziaren piasku. Czasu, który wcale się nie przesuwa, gdyż zamarł o piątej pięć rano. Ktoś kucnął obok mnie.
- Pani Rachelo? Mam umowę dla pani. Pani pozwoli.
To ta drobna kobieta. Wracamy do wejścia. Ona energicznie roztrąca tłum, ja postępuję za nią. Otaczają mnie twarze. Te, które w toku spraw będę rozpoznawać i te, które na zawsze pozostaną obce, anonimowe.
- Proszę podpisać i witam na pokładzie.
- Dziękuję.