Galilee
Z nakazu mojej macochy, Ccsarii Barbarossy, dom, w którym siedzę obecnie, zbudowano tak, by był skierowany na południowy wschód. Architekt, ni mniej, ni więcej tylko trzeci prezydent Stanów Zjednoczonych Thomas Jefferson, wielokrotnie protestował przeciwko temu żądaniu, używając różnorakich argumentów. Na moim biurku mam pisane przez niego w tej sprawie listy. Jednakże moja macocha okazała się nieprzejednana. Dom miał być zwrócony w stronę jej ojczyzny, ku Afryce, a on — jako jej pracownik — musiał zrobić, co mu kazała.
Mimo to, czytając pomiędzy wierszami jej oficjalnych pism (mam je również, a w każdym razie kopie), łatwo domyślić się, że jest on kimś więcej aniżeli architektem do wynajęcia, a ona to nie tylko silna i zdecydowana kobieta przepełniona obsesją wybudowania na bagnach Karoliny Północnej domu skierowanego na południowy wschód. Ich wzajemne listy są listami ludzi znających pewną tajemnicę.
Ja także znam ich kilka; i na szczęście, gwoli jasności dalszych wydarzeń, nie zamierzam zachować ich dla siebie.
Nadszedł czas, abym opowiedział wszystko, co wiem. A w przypadku tego, czego nie wiem, to czego się domyślam lub co przypuszczam. A w każdym innym przypadku to, co potrafię wymyślić. Jeśli spiszę się dobrze, nie będzie miało większego znaczenia, co jest czym, To, co pojawi .się na tych stronach, będzie, mam nadzieję, płynnie opowiedzianą historią traktującą o losach i wydarzeniach rozgrywających się niemal na całym świecie. Niektóre z tych wydarzeń będą, najogólniej mówiąc, dziwne, a główne role odegrają w nich nieprzyjemne, udręczone dusze. Zasadniczą regułą, jaką powinniście przyjąć, jest to, ze im bardziej niezwykłe i nieprawdopodobne zdarzenie zostanie tu opisane, tym bardziej prawdopodobne jest, iż dysponuję dowodami notwierdzającymi jego prawdziwość. To, co sam wymyślę, będzie, jak nodcirzcwani, w porównaniu z prawdą banalne i nudne. Ponadto, jak Dowiedziałem, moim zamiarem jest, abyście nic byli w stanie rozróżnić prawdy od fikcji. Zamierzam tak sprytnie poprzeplatać poszczególne elementy mojej
opowieści, abyście przestali zważać, czy dane wydarzenie faktycznie miało miejsce w tym samym świecie, w którym przyszło wam żyć, czy może raczej w umyśle kaleki, który już nigdy nie opuści domu swej macochy.
Ten dom, ten wspaniały dom!
Kiedy Jefferson mozolił się nad jego planami, od Pennsylvania Avcnue dzieliła go jeszcze długa droga, ale nie był osobą całkiem nieznaną. Był rok 1790. Jefferson napisał już Deklarację Niepodległości i pełnił we Francji funkcję ministra Stanów Zjednoczonych przy rządzie francuskim. Spod jego pióra wypłynęły wielkie słowa. Mimo to regularnie odkłada on swoje obowiązki w Waszyngtonie i we własnym domu, by pisać długie listy do żony mojego Ojca, w których porusza sprawy dotyczące budowy tego domu, a między wierszami nawiązuje do trapiących go rozterek sercowych.
Jeżeli to nie jest dostatecznie niezwykłe, posłuchajcie tego — Cesaria jest kobietą czarnoskórą; Jefferson pomimo swych demokratycznych oświadczeń był właścicielem blisko dwustu niewolników. Jakże wielki musiała mieć na niego wpływ, że zdołała przekonać go, by zdecydował się dia niej pracować. Oto świadectwo jej czarownych mocy — potęgi magii, z której w tym przypadku nie skorzystała; lubiła powtarzać, że „obyło się bez juju”. Innymi słowy, w swych kontaktach z Jeffersonem była zwyczajnie, słodko, niewinnie wręcz ludzka. Pomimo posiadanych paranormalnych zdolności, mogących omotać ludzką duszę — a tych miała pod dostatkiem — nazbyt lubiła jego wnikliwość, aby go w ten sposób oślepiać.
Jeżeli był jej z głębi serca oddany, to tylko dlatego, iż była godna takiego właśnie oddania.
Dom, który dla niej wybudował, nazwali L’Enfant. O ile się nie mylę, pełna nazwa brzmiała L'Enfant de les Carolinas. Mogę się jedynie domykać, dlaczego wybrali taką właśnie nazwę. To, że dom nosi francuskie miano, wcale mnie nie dziwi — spotkali się wszak na złotych paryskich salonach. Ale sama nazwa? W jej kwestii mam dwie teorie. Pierwsza, i najbardziej oczywista, że dom ów był w pewnym sensie owocem ich romansu, innymi słowy — ich dzieckiem, stąd nazwa. Druga natomiast stanowi, że był on dzieckiem swego architektonicznego ojca, rodzicem tym była rezydencja Jeffersona w Monticello, w którą przez większość życia przelewał cały swój geniusz. Ten dom jest ponad trzykrotnie większy niż Monticello (Monticello ma jedenaście tysięcy stóp kwadratowych, a wedle moich szacunków L'Enfant ma jakieś trzydzieści cztery tysiące stóp kwadratowych z okładem), a w dodatku ma liczne przybudówki, podczas gdy dom Jeffersona to pojedyncza budowla, zawierająca w sobie pod jednym dachem pomieszczenia dla niewolników i służby,
kuchnię oraz toalety. Jednak pod innymi względami obie budowle są podobne. Obie stanowią Jeffersonowskie wariacje na temat modeli palladiańskich, obie mają podwójne portyki, oktagonalne kopuły, wysokie sklepienia i wiele okien, a poza tym obie są raczej praktycznymi niż wystawnymi budowlami. I, moim skromnym zdaniem, obie są uosobieniem wielkiej ufności i wielkiej miłości.
Naturalnie różni je otoczenie. Monticello, jak sama nazwa wskazuje, znajduje się na szczycie góry. L'Enfant natomiast na nizinie, połaci gruntu o powierzchni czterdziestu siedmiu akrów, której południowo-wschodni kraniec stanowią nie nadające się do rekultywacji bagna, a którą od północy porasta w większości sosnowy las. Sam dom stoi na niewielkim wzniesieniu, które chroni go nieznacznie od typowych dla tej okolicy wilgoci i rozkładu, nie na tyle jednak, by nie dopuścić do zalania piwnic po każdym większym deszczu; poza tym zimą w pokojach panuje okropny ziąb, latem natomiast jest parno jak w piekle. Nie, żebym się skarżył. L’Enfant to niezwykły dom. Czasami wydaje mi się, że ma własną duszę. Z całą pewnością zna nastroje swych mieszkańców i dostosowuje się do nich. Bywały takie chwile, gdy siedziałem w gabinecie i ogarniały mnie czarne myśli (skądinąd nie bez powodu) i gotów jestem przysiąc, że właśnie wtedy pokój stawał się mroczniejszy, jakby mi współczuł.
Nie zachodzą żadne zmiany fizyczne, zasłony nic zaciągają się, na ścianach nie pojawiają się osobliwe plamy, a mimo to wyczuwam w pokoju jakąś subtelną zmianę, jakby pragnął on współgrać z moimi nastrojami.
Podobnie rzecz się ma, gdy jestem radosny, trawią mnie wątpliwości czy czuję się przyjemnie rozleniwiony. Może to geniusz Jeffersona tworzy to złudzenie empatii. A może to dzieło Cesarii: efekt połączenia geniuszu ich obojga. Jakkolwiek by było, L’Enfant nas zna. Niekiedy odnoszę wrażenie, że zna nas lepiej niż my sami.
2
Dzielę ten dom z trzema kobietami, dwoma mężczyznami i pewną liczbą istot nieokreślonej płci.
Kobiety to oczywiście Cesaria i jej córki, moje przyrodnie siostry, Marietta i Zabrina. Mężczyźni? Jeden to mój przyrodni brat Luman (który właściwie nie mieszka w domu, lecz poza nim, w chacie na terenie rezydencji) oraz Dwight Huddłe pełniący funkcję majordomusa, kucharza i złotej rączki: o nim opowiem wam później. Jak już wspomniałem, są tu jeszcze istoty nieokreślonej płci, ich liczba, jak łatwo się domyślić, także jest nieokreślona.
Jak mógłbym najłatwiej opisać wam te istoty? Nie jako duchy, to nazbyt prozaiczne i nieadekwatne porównanie. To po prostu bezimienni robotnicy podlegający wyłącznie Cesarii, którzy wykonują wszelkie niezbędne prace w domu. Muszę przyznać, że spisują się doskonale. Niekiedy zastanawiam się, czy Cesaria nie wyczarowała ich jeszcze w czasie, gdy pracował tu Jefferson, aby mógł przekazać im tajniki swego mistrzowskiego rzemiosła. Jeżeli tak, musiało być to niezwykłe wydarzenie samo w sobie — Jefferson, zatwardziały racjonalista, umysł ścisły, zmuszony uwierzyć w to, co widział na własne oczy, choć jego zdrowy rozsądek burzył się na myśl, że istoty tego rodzaju, przywołane rozkazem pani na L’Enfant, mogąw ogóle istnieć. Jak już wspomniałem, nic wiem, ile ich tu jest (może sześć, może mniej) ani czy stanowią w rzeczywistości projekcję myślową Cesarii, czy też może dysponują własną wolą i posiadają dusze. Wiem jedynie, że niezmordowanie wykonują powierzone im zadanie utrzymania tego wielkiego domu wraz z
przyległymi gruntami w należytym porządku, lecz Jak pracownicy fizyczni w teatrze robią to wyłącznie, gdy patrzymy akurat w przeciwną stronę. Może to brzmi trochę dziwnie, ba, może nawet jest dziwne, ja po prostu do tego przywykłem. Nie myślę już tym, kto każdego ranka ściele moje łóżko, podczas gdy ja myję zęby, albo kto przyszywa mi guziki przy koszuli, kiedy się obluzują lub odpadną, ani kto naprawia wszelkie szkody w domu czy przycina magnolie. Niejako z założenia przyjmuję, że ktoś to zrobi i że ci robotnicy, kimkolwiek są, nie mają ochoty na pogawędkę ze mną, podobnie jak ja nie tęsknię za rozmową z nimi.
W domu mieszka ktoś jeszcze, o kim, jak sądzę, powinienem wspomnieć, a jest to osobisty służący Cesarii. O tym, w jaki sposób stal się jej pupilem, opowiem nieco później, tak więc na razie pozwolę sobie pominąć te szczegóły. Powiem tylko, że w moim mniemaniu jest to najsmutniejsza dusza w całym domu. A biorąc pod uwagę sumę smutków zgromadzonych pod tym dachem, jest to całkiem spory bagaż.
Ale nie popadajmy w melancholię. Kontynuujmy.
Skoro wymieniłem już ludzkich lub prawic ludzkich mieszkańców L'Enfant, może powinienem napomknąć również o zwierzętach. Posiadłość tych rozmiarów jest z natury rzeczy domeną niezliczonych gatunków dzikich zwierząt. Są tu lisy, skunksy, oposy, dzikie koty (zbiegłe z farm w Rollins County) oraz pewna liczba psów, które zadomowiły się w zagajniku. W koronach drzew za dnia i w nocy buszują ptaki, a od czasu do czasu z bagien zdarza się przywędrować jakiemuś aligatorowi, by powygrzewać się na słońcu na trawniku przed budynkiem.
To wszystko jest dość przewidywalne. Niemniej jednak można tu spotkać przedstawicieli dwóch gatunków, których obecność wielu ludzi mogłaby wprawić w głębokie zdziwienie. Pierwsze zostały sprowadzone przez Maricttę, która kilka lat temu ubzdurała sobie, że chciałaby wychować trójkę małych hien. Nie pamiętam, jak zdobyła te szczenięta (ani nawet, czy mi o tym powiedziała), wiem tylko, że szybko znudziła się jej funkcja matki zastępczej i wypuściła je na wolność. Zaczęły parzyć się (kazirodczo, rzecz jasna) i teraz na terenie posiadłości jest ich cała wataha. Drugą osobliwością są jeżozwierze, duma i chluba mojej macochy. Hodowała je tu od samego początku, odkąd zamieszkała w tym domu i zawsze dobrze im się wiodło. Żyją w domu, po którym poruszają się swobodnie, przez nikogo nie niepokojone ani nie przeganiane, choć zazwyczaj wolą przebywać na piętrze, ze swoją panią.
Oczywiście mieliśmy również konie — za czasów mego ojca stajnie były urządzone po królewsku — ale żaden z nich nie przeżył go choćby o godzinę. Nawet gdyby miały w tej kwestii jakiś wybór (a nie miały), były zbyt lojalne, aby móc żyć po jego odejściu, nazbyt szlachetne. Wątpię, by to samo można powiedzieć o innych gatunkach. Co prawda koegzystują z nami, podczas gdy tu jesteśmy, ale wątpię, by którekolwiek z nich po naszym odejściu pogrążyło się w nieutulonym żalu. Nie przypuszczam również, by długo respektowały świętość tego przybytku. W tydzień, dwa zawładnęłyby całym domem; hieny zajęłyby bibliotekę, aligatory piwnicę, lisy zawłaszczyłyby pomieszczenie pod wielką kopułą. Czasami zastanawiam się, czy już teraz o tym nie myślą, o dniu, kiedy będą mogły skalać ten dom swymi odchodami, od piwnic aż po dach.