Focza dama
CZĘŚĆ PIERWSZA 10 czerwca 1915.
Przybywa do Anchorage prawie bez żadnego dobytku, nie licząc ciężkiego płaszcza i butów z filcowym ociepleniem. Bez zapałek, noża i przeciwsłonecznych okularów. Nigdy nie trzymał w ręku pistoletu.
Wysłany na Północ przez rząd, popełnia błąd, zakładając, że udaje się dokądś, a nie donikąd z polami błota pod łopoczącymi brezentowymi namiotami, dwoma tysiącami robotników układających tory kolejowe, których nie ma gdzie umieścić, niewieloma kobietami i kolejkami, w których trzeba stać wiele godzin, aby kupić obiad albo bochenek chleba.
Olbrzymia chmura maleńkich, kąśliwych muszek zawisła w powietrzu niczym mgła, owady zbijają się w drapieżne, czarne kolumny. Po tygodniu już się nie drapie, ale jego skóra wydaje się gruba, lustro z zestawu do golenia odbija zaś nieznajomą twarz, policzki opuchnięte, zarumienione i twarde, oczy wąskie jak u tubylców.
"Bigelow" - powiada, aby usłyszeć własne imię. Bezgłośnie nakazuje czerwonej twarzy, żeby się nie martwić. Nie martwić się nadmiernie.
Kto nie odczuwa dezorientacji, przenosząc się do nowego miejsca? Geodeci, którzy przybywają na aukcję ziemi, patrzą na oficjalne plany, które ma przy sobie, z odbitą w jednym rogu pieczęcią Urzędu Meteorologii, potem zwijają je z powrotem i wsuwają do tuby. Dają mu działkę ziemi przy strumieniu i parę rad, jak najlepiej wydać mizerną kwotę przeznaczoną na mieszkanie.
- Wynajmij Indian - powiadają. - I nie płać im alkoholem.
Wynajmuje brygadę z Chugach, aby sklecić jednopiętrową prostokątną stację, z łóżkiem, piecem, stołem na dole oraz obserwatorium z oknami dookoła na górze. Wynajęcie cieśli nie jest trudne. Za stosowną opłatą agent negocjuje stawkę i długość dnia roboczego. Całkowicie odrębną sprawą jest kierowanie pięcioma mężczyznami.
Uświadomiony zarówno przez Urząd Meteorologii, jak i przez przyjaciół z Seattle posiadających pewne doświadczenie dotyczące Alaski, że chinook jest lingua franca północy, Bigelow zaopatrzył się w słownik kieszonkowy tego żargonu. Razem z przekładem Dziesięciorga Przykazań, modlitwą Anioł Pański i Wyznaniem Wiary jest to zaledwie broszurka, zatem wyuczył się na pamięć kilku setek zwrotów już na pokładzie, kiedy żeglował w stronę nowego domu.
Spodziewał się, że będą rozumieli go Indianie, tak samo jak Rosjanie, Szwedzi i każdy, kto stanie mu tutaj na drodze. Lecz albo on posługuje się nim nieumiejętnie - źle wymawia słowa, układając je w zły szyk - albo robotnicy z Chugach udają ignorantów.
- Cum pe-pa tum-tum. - Bigelow pokazuje im rządowy plan stacji. "Myśl obrazkowa", oto, co powiedział, nie mogąc znaleźć nic bardziej zbliżonego do "planu", rysunku, według którego mieli budować.
Mężczyźni nie odpowiadają, nie kiwają głowami. Śmieją się, jak gdyby nigdy nie widzieli nic bardziej zabawnego od obserwatorium meteorologicznego, które zgodnie z jego zamiarem powinni zbudować z kupionych w tartaku stosów żółtego drewna.
Tylko w jeden sposób jest w stanie nakłonić ich do pracy: odtwarza nagrania Carusa, stosując taktykę odkrytą przypadkiem, kiedy rozpakował i nakręcił patefon, ot, tak, aby się przekonać: urządzenie działa czy nie? Tak, działa, z tuby wydobywa się intensywny, metaliczny głos, wspaniały, powstaje bez wysiłku i naraz cała piątka Chugach siada na ziemi wstrząśnięta, jak gdyby jakiś niezwykle skuteczny i niewidzialny czarownik obwieścił swoje przybycie.
Ustawiona na płaskiej skale, której Bigelow używa jako stołu i biurka, czarna skrzynka gramofonu drży podczas pracy.
Jeden z członków brygady - najsilniejszy, którego twarz wyraża jednocześnie obojętność i pogodę wołu rekordzisty - wpełza pod wejście do namiotu Bigelowa i nie sposób go namówić, aby stąd odszedł, nawet po tym, jak igła patefonu wędruje do góry. Kiedy wreszcie ulega namowom swego brata i wychodzi do światła, obchodzi z daleka zaczarowany mechanizm i biegnie z powrotem w stronę miasta. Przez kolejne ranki wystarczy, że Bigelow wysunie z koperty czarny krążek, a reszta brygady podrywa się na nogi i zaczyna uderzać młotkami.
Uradowany przypadkowym sukcesem Bigelow mimo wszystko znajduje w tym coś przerażającego. Może prawdą jest to, czego obawia się najbardziej: przybył do kraju, który uparcie trwa przy swojej odrębności, gdzie nie tylko słownik, ale wszystko, czego się Bigelow kiedykolwiek wcześniej nauczył, okaże się bezużyteczne.
W końcu Bigelow odrzuca plany i polega na grze gestów, co sprawdza się całkiem dobrze - mężczyźni odczytują jego znaki - jednakże nie odgrywa żadnej roli to, że nie chce płacić im alkoholem. Jego cieśle wydają zarobki według własnego upodobania; i chociaż codziennie rano przybywają gotowi do pracy, punktualnie i w zasadzie trzeźwi, mijają tygodnie, a stacja, którą budują, jest coraz bardziej pijana.
Żadna belka nie jest równa, żaden kąt prosty, schody zaś, mające szczególnie w czubie, zapadają się przed ukończeniem górnego poziomu. Bez podłużnych podpór ustępują w samym środku pewnej wietrznej nocy, najpierw upośledzone drewno stęka, potem stopnie zaczynają stromo opadać.
Bigelow, wytrącony ze snu w namiocie, zapala lampę naftową, po czym wynosi ją na zewnątrz, wchodzi przez otwarte drzwi. Rozgląda się za plądrującym niedźwiedziem - bo jest to jedyne wytłumaczenie hałasu, jakie mu przychodzi do głowy. Lecz w powstającej stacji niczego nie ma, schody zawaliły się pod własnym ciężarem.
Bigelow podnosi wysoko lampę i przygląda się, jak złociste zasłony drzewnego pyłu kołyszą się nad resztkami.
Nazajutrz rezygnuje z usług brygady, która w pośpiechu odchodzi. Oprawę muzyczną zakończenia przez nią pracy stanowią utwory Verdiego i Leoncavalla. Mija kolejny miesiąc, nim Bigelow odbudowuje schody, ale realizację projektu opóźnia brak gwoździ, co jest plagą całego przedsięwzięcia.
Dwie skrzynki mają przypłynąć razem z transportem okien tym samym statkiem, lecz okazuje się, że wewnątrz znajduje się błędnie zaadresowany ładunek tarek do gałki muszkatołowej - bezużyteczne bez choćby jednego nasiona przyprawy; Chugach tanio je kupują i przywiązują do grzechotek, którymi posługują się w tańcu; gwoździe spajające skrzynki (oraz inne odzyskane ze wszystkich drewnianych opakowań na pokładzie) sprzedają po dziesięć centów za sztukę, dziewięć centów więcej niż cena, na którą Bigelow może sobie pozwolić.
Tak czy inaczej warunki, w jakich oficjalny meteorolog na tym terenie śpi, je i pracuje, nie mają dla pogody najmniejszego znaczenia. Anemometr Bigelowa obraca się i brzęczy na wietrze: termometry gruntowe są umieszczone w ziemi na przepisowych głębokościach trzydziestu, sześćdziesięciu i stu dwudziestu centymetrów; miedziany pojemnik na opady atmosferyczne z podłączonym deszczomierzem został przykręcony do wysokiej na trzydzieści centymetrów platformy.
Aneroidowy barometr stoi w taki sposób, by urządzenie odzwierciedlało usytuowanie Bigelowa na wysokości czterdziestu stóp powyżej poziomu morza; wraz ze szklanymi termometrami znalazł się w przygotowanej zawczasu przewiewnej szafce. Zestaw do pomiaru śniegu - ęstościomierz, waga sprężynowa i miernik Kadela - jest ustawiony w oczekiwaniu na pierwsze płatki śniegu.
Bigelow chodzi codziennie rano do biura telegrafu, krocząc po deskach rozłożonych na błotnistej ziemi. Tam przekazuje wyniki swoich obserwacji do Waszyngtonu, gdzie urzędnicy i kartografowie przenoszą na zbiorcze mapy odczyty temperatury, ciśnienia, opadów oraz prędkości wiatru z całego kraju. Powstają przewidywania kierunku i intensywności burz, prognozy morderczych mrozów albo rozkładu obszarów suszy.
Ruch obrotowy Ziemi sprawia, że zimowe burze, które paraliżują Wschód, tworzą się na Zachodzie, a raport Bigelowa z godziny ósmej rano dostarczy Urzędowi Meteorologii najwcześniejszych informacji o symptomach problemów, które pojawią się może już następnego dnia albo najbliższej nocy.
Chodzi o to, by farmerzy zdążyli zmagazynować zbiory, hodowcy zapędzić bydło do zagród, pasażerowie łodzi na Wielkich Jeziorach znaleźć jakiś port, plantatorzy pomarańczy w hrabstwie Okeechobee na Florydzie rozpalić ogniska pośród drzew.
Powstają biuletyny. Ostrzeżenia. Zalecenia. Urząd Meteorologii był niegdyś jednostką korpusu sygnalizacyjnego piechoty i dlatego używa języka alarmów. Urząd, sławny z bezlitośnie szybkich przenosin i z osobistych rozkazów do wykonania w ciągu czterdziestu ośmiu godzin, dał Bigelowowi tylko tyle czasu, by zdążył zarezerwować miejsce na statku i spakować dobytek - nie miał kiedy się martwić, dokąd zmierza, póki nie stanął na pokładzie Syreny opuszczającej port w Seattle; jego nagły przestrach wydawał się niemal namacalny, przybierając postać wiszącej nad nim ołowianoniebieskiej mgiełki, wypalonej miejscami radością współpasażerów, poszukiwaczy fortuny z San Francisco, Portland, a nawet Nowego Jorku, Chińczyków ściśniętych niczym wiązki chrustu w przedziale trzeciej klasy, kobiet z Tainany wracających do domu po roku pracy w Vancouver.
Bigelow, cierpiący nie tylko na chorobę morską, stał na pokładzie rufowym i patrzył do tyłu na kilwater, usiłując wyobrazić sobie to, co w pośpiechu wyczytał na temat Zatoki Cooka: o pływach należących do największych na Ziemi; o wielkich jak domy bryłach lodu - dużych jak gmachy sądów - które przemieszczają się nawet po sześćdziesiąt mil, nim mija połowa dnia. Jak wszystkie potężne budowle, które dotychczas widział. Jak hala festiwalowa w St. Louis i Pałac Ogrodnictwa. Instytut Sztuki w Chicago. Sądy najwyższe i miejskie.
Legislatury stanowe. Opery. Ministerstwa Handlu i Rolnictwa. Urząd Meteorologii albo nawet Biały Dom, pękająca kopuła, osuwająca się kolumnada.
Straciwszy z oczu ląd, Bigelow widział wszystkie duże białe twory cywilizacji obracające się i kołyszące na wielkich, skłębionych językach marznącej piany.
Fantazja miejskiego chłopca; odrzucił ją i zszedł pod pokład, usiadł na swojej wąskiej koi, wbił wzrok w ścianę. Za kolejne osiem dolarów mógłby mieć okienko, mógłby mieć niebo.