Fastryga
Ewa siedziała w fotelu. Dopóki Marek mówił i jeszcze długo potem, liczyła wolno do stu. Nasłuchiwała dźwięków z kanapy i siedziała bez ruchu, żeby niczym nie ściągnąć na siebie jego uwagi. Nie odwracała nawet oczu, choć ze swojego miejsca nie mógł widzieć jej twarzy. Liczyła coraz wolniej. Była już pewna, że mecz nie zajął go na tyle, by mogła wstać.
Powoli zapadał zmierzch. Kuchennych szafek nie było już prawie widać, ale porcelanowe pojemniki z napisem „oregano” i „bazylia” odznaczały się wyraźnie na tle okna. „Więc nie może być aż tak późno” – pomyślała. Spuściła oczy na swoje ręce, na przegub z zegarkiem, ale nie dostrzegła wskazówek z tak dużej odległości, w mdłym świetle.
„Dziewięćdziesiąt osiem, dziewięćdziesiąt dziewięć...”
Uzupełnić zapas lubczyku, zajrzeć do pojemnika na czosnek; Marek nie lubił, kiedy w pieczeni nie było czosnku.
„Sto jeden...”
Próbowała nie myśleć o mężczyźnie na kanapie, nie nakłaniać go do niczego, żeby nie wyczuł jej obok siebie. Kiedyś siadywała w takim bezruchu przy łóżeczkach dzieci, bojąc się odetchnąć, o czymś pomyśleć, żeby ich nie rozbudzić.
Nie był to dobry dzień na wyjście z domu, mimo że wybrała go sama na podstawie programu telewizyjnego, zaraz na początku tygodnia. Podskoczyła z radości, widząc zapowiedź meczu, takie okazje nie zdarzały się często. Ale zamiast oglądać telewizję, Marek od piątej pił piwo i mówił o tym, jak wyrolował go wspólnik w firmie, najbliższy przyjaciel. Mówił, co mu zrobi w zamian, napędzał się wizją klęski, jaką sprowadzi na podstępnego drania.
„Sto dwadzieścia, Sto dwadzieścia dwa”.
Czas płynął, czuła go wokół siebie, gęsty i ciepły jak zmierzch, który objął już także stół w kuchni. Rano przy odkurzaniu we wnęce jadalnej odpadła listwa przypodłogowa. Nie powiedziała o tym Markowi, żeby go nie zirytować przed wieczorem. Patrzyła kątem oka, nie odwracając głowy, jak mrok ogarnia hol. Marek milczał, może patrzył w ekran, popijał piwo.
„Sto czterdzieści osiem...”
Doliczy to dwustu i wstanie, choć wtedy będzie już zupełnie ciemno. Poczuła zimno w koniuszkach palców. Przygasły obrazy na ścianach: Żyd Tułacz i kwiaty w abstrakcyjnym wazonie. Któraś z prababek w koronkowym kołnierzu, zawieszona prowizorycznie nad dębową komodą.
Na dziedzińcu i przy kościele zapalono latarnie, sklepowy neon z parteru rzucał na kuchenny blat różowawą poświatę. Różowawy blask lampki oblewał stolik w kawiarni „Mozaika”, gdzie od godziny siedziała przyjaciółka, piła kolejną kawę, patrzyła na drzwi i czekała na Ewę.
Spotkały się przypadkiem tydzień temu, w supermarkecie. Ewa obiecała, że wpadnie do „Mozaiki” na kieliszek wina, na krótko, bo odnawiają mieszkanie i jest masa roboty. Opowiadała o tym odnawianiu, stojąc w dziale kosmetycznym, pośród lakierów i farb do włosów, całkowicie bezpieczna, akurat bez śladów na twarzy. Mówiła o glazurze w seledynowy wzór i o jesionowym parkiecie, który wyszedł wyjątkowo jasny, niemal piaskowy. Przyjaciółka stała tyłem do kremów i kiwała głową, a potem mówiła, że klepka parkietowa jest lepsza niż panele, przynajmniej zdrowy kawałek drewna, nie syntetyki, i zawsze można wycyklinować po dzieciach. Ewa była zaskoczona tym spotkaniem. Od ślubu z Markiem nie spotkała nikogo z dawnych znajomych, zupełnie jakby przeprowadziła się do obcego miasta, do takich miejsc, w których nie bywają znani jej kiedyś ludzie. Wiedziała, że znajomi wpadają na siebie, jej to się nie przytrafiło ani razu, jakby przemykała przez miasto tuż za kimś lub tuż przed kimś, we własnym czasie, który nie krzyżował się
z czasem innych ludzi.
Teraz też była sama, z Markiem w pokoju. Zabolał ją zesztywniały kark. Za chwilę Marek przestanie trafiać ręką do kufla, sięgnie do przełącznika bocznej lampy, zapali światło. To będzie znak, że jest wieczór, a wieczorem ona nie ma powodu, żeby wyjść z domu. Nie może jechać na szkolną wywiadówkę albo na bazar po warzywa, czy, powiedzmy, do dentysty. Po prostu nigdzie nie wychodzi, taka jest zasada.
Uniosła ręce i położyła je na oparciu fotela, trochę zbliżając zegarek do oczu, tuż obok chlupnęło piwo. Z innych mieszkań na klatce, z otwartych okien i balkonów dolatywały falami szepty, nagłe okrzyki, zwiastujące radość lub grozę, mecz się rozkręcał. U nich słychać było brzęk szklanki o blat stolika, popiskiwania gry komputerowej w pokoju Dominika. Marek oglądał mecze bez fonii.
„Sto osiemdziesiąt osiem...”
Ewa wyczuła, kiedy przestał się nią interesować, pochłonięty akcją na boisku. Odwróciła leciutko głowę, żeby sprawdzić, czy nie zasnął, wtedy mogłaby po prostu wstać i wyjść z domu. Powiedziała w myślach „dwieście”, zsunęła się na brzeg fotela i wstała. Wystarczyło zrobić krok, by stanąć przy oknie, poza zasięgiem sinawego odblasku ekranu. Marek się nie poruszył, nic nie powiedział. Na wszelki wypadek postanowiła postać przy oknie jak ktoś, kto nie ma wiele do roboty w taki letni, ciepły wieczór, więc wygląda przez okno na ciemniejący dziedziniec.
Mogłaby być kimś takim, nawet jeżeli wszyscy sąsiedzi wiedzieli już, że nie jest. Zaczęła obrywać liście ze skruszałych fiołków, na które natrafiła w mroku. Popatrzyła na ogród, po raz pierwszy jak ktoś, kto spędza letni wieczór przy otwartym oknie.
Przyjęły się wszystkie japońskie wiśnie, z różowawych witek powstały kuliste korony. Dwie puchate czarne sosny rozłożyły się szeroko na trawniku, pierwsze piętro bocznego skrzydła znikło za brzozami. Od strony stawu dolatywał zapach paproci i mięty, z trawnika pod oknem – goryczkowa woń kwitnących rododendronów. Dzieci sąsiadów jeździły na hulajnogach alejką kulistych wiśni, tam i z powrotem między mostkiem a klatką schodową.