Extra vergine
Kiedy niemiecki dwupłatowiec wylądował na dachu domu mojej prababki, ta, przeświadczona o bliskim końcu swej egzystencji, zdążyła pomyśleć o trzech rzeczach: o świętym Jerzym ukazującym się pod postacią jelenia, o balii z niedokończonym praniem i o tym, że przyjdzie jej umrzeć dziewicą.
Pierwszy samolot, który przeorał niebo nad Anielinem, mógł na zawsze zmienić losy moje i mojej rodziny, odbierając mojej prababce życie, a co za tym idzie - radość z poczęcia mojej babki, tej zaś mojej matki, a w końcu i mnie: Julii Bałuckiej.
I choć w owej chwili, gdy z trzaskiem załamywała się konstrukcja krytego strzechą dachu, Zofia pomyślała, że takie jest widać jej przeznaczenie, nic nie wskazywało, by miało się ono wypełnić - prababka szczęśliwie przeżyła. A wraz z nią (co doprawdy zakrawało na cud!) przeżył pechowy pruski pilot, któremu tuż nad naszym podwórzem zabrakło paliwa. Mówiono, że właśnie ów pusty bak i upadek na słomiany dach uratowały mu życie.
Zofia cudowne ocalenie gotowa była raczej przypisywać interwencji świętego Jerzego, za najlepszy zaś dowód oddziaływania sił wyższych uważała pojawienie się rzeczonego świętego tuż przed śmiercią. Prababka była tak mocno przekonana o prawdziwości swojego objawienia, iż nigdy nie znalazł się śmiałek chcący je podważyć.
***
- Prusak musi zostać! - oznajmiła Zofia.
Rodzina niechętnie kręciła głowami. Ukrywać w czasie wojny wroga? Nikomu we wsi nie uśmiechała się perspektywa tej niezwykłej, nawet jak na owe czas, gościny.
Nieustępliwość Zofii sprawiała jednak, że niektórzy zaczęli dawać wiarę idei boskiej interwencji. Wszak następny "metalowy ptak" miał pojawić się tu dopiero dwadzieścia dwa lata później, przy okazji następnej wojny rozpętanej przez współplemieńców Jiirgena.
- Święty Jerzy w odpowiedzi na moje modlitwy zrzucił go z nieba. Dla mnie! - upierała się.
I chyba rzeczywiście coś w tym musiało być, bo jeśli przyjąć, że Bóg prawdomówność szczodrze wynagradza - a w zagrodzie braci Zofii wkrótce po tym zdarzeniu maciora wydała na świat aż siedmioro prosiąt - moja prababka nie mogła kłamać.
- Niech zostanie... - orzekła wioskowa starszyzna. - Ale ptaka z żelaza trzeba zakopać za kościołem, żeby z tego jakiegoś nieszczęścia nie było.
Tak też się stało. Kiedy dwudziestoczteroletni pilot pruski Jiirgen z Gutlstadtu powracał do zdrowia, jego drogocenna latająca maszyna wraz z całym ekwipunkiem leżała dobre cztery metry pod anielińską ziemią, w miejscu, gdzie bagnisty grunt zabiera wszystko prędzej niż ogień piekielny.
- Wo ist meine Maschine? Wo sind meine Biicher?!
Każdorazowo, kiedy Prusak odzyskiwał przytomność, z niezrozumiałym dla innych uporem dopytywał się o wszystko, co prawdopodobnie miało związek z ekwipunkiem przewożonym w samolocie. W odpowiedzi prababka z tajemniczym uśmiechem Giocondy na twarzy czule głaskała chłopca po rozpalonym czole. Mimo iż od lat panował w szkole przymus nauki języka zaborców, Zofia nie rozumiała ani słowa. Wszak prawdą jest, że my, Polacy, szczycimy się, iż pod przymusem nie jesteśmy w stanie nauczyć się nawet najprostszej rzeczy z mowy wroga. Choćby to miało być abecadło...
***
- Wo-sind-meine-Bii-cher?
Głos nauczyciela z gminnej szkoły w Anielinie przywołał mnie do rzeczywistości. Preceptor zadawał każdemu dziecku po kolei proste pytania, rozbijając słowa na sylaby. Nie doczekał się odpowiedzi. Spuściłam głowę, by nie dostrzegł mojego wzroku i nie wywołał mnie z ławki. Pytanie było zbyt proste, aby nie znać na nie odpowiedzi, a jednocześnie nie pragnęłam niczego bardziej niż być jak tamte dzieci pogrążona w słodkiej niewiedzy dotyczącej kwestii "gdzie są książki pana nauczyciela".
Pech! Palec nauczyciela z odległości pięciu metrów precyzyjnie wskazywał jakiś punkt na moim czole.
- A teraz - głos nauczyciela zabrzmiał triumfalnie - ktoś wam wreszcie, wiejskie osły, pokaże, jak należy uczyć się języka niemieckiego!
Zdrętwiałam. Czułam się skompromitowana, napiętnowana wyniesioną z domu znajomością znienawidzonego przez dzieciaki "szwabskiego". I kto wie, czy przez całą przerwę nie stałabym samotnie w kącie szkolnego korytarza jako przemądrzały szkop, gdyby nie właśnie zainstalowany w naszej szkole jazgotliwy dzwonek elektryczny, włączający się i wyłączający bez powodu. Cała zgraja rozkrzyczanych dzieciaków jak na komendę wyskoczyła z ławek i rozpychając się teczkami, rzuciła się w stronę drzwi. Dzięki ci, święty Jerzy, patronie naszej rodziny!
Złożyłam zeszyt, bo wspomnienia ożyły bardziej, niż zamierzałam im na to pozwolić, a ciągłe bujanie wagonu uniemożliwiało szybkie pisanie. Pociąg miarowo wybijał takt jakiejś nieznanej i męczącej melodii. Dźwięk ten męczył mnie jak większość dobiegających do nas odgłosów. Zgrzyt mijanych zwrotnic brzmiał skrzekliwie i nieprzyjemnie łaskotał delikatne ściany labiryntów moich uszu. A te miałam bardzo wrażliwe.
Mówi się, że każdy człowiek rodzi się z jednym talentem. Czasem nie odkrywa go nigdy, lecz ten talent sprawia, iż wszyscy jesteśmy wyjątkowi. Ja swój dar odkryłam we wczesnym dzieciństwie: miałam znakomity słuch. Zawsze potrafiłam rozpoznać piękno i brzydotę dźwięków, odróżnić banalne od tych zupełnie niezwykłych. Ze stuprocentową pewnością oceniałam, który utwór stanie się hitem, a który na zawsze pogrąży się w ludzkiej niepamięci.
Znajdowałam prawdziwą przyjemność w obserwowaniu ludzi przez uszy mój tajemniczy detektor dźwięków. Zadziwiające, że wkrótce odkryłam rzeczy niezwykłe, choćby jak osobliwie w ludzkiej mowie brzmi strach czy kłamstwo.
Opisanie losów rodziny miało stanowić doskonałą ucieczkę przed wszystkimi otaczającymi mnie dźwiękami, nieodkrytą teraźniejszością i obcą, daleką przyszłością. W psychologii - nauce, którą niegdyś tak kochałam, iż postanowiłam poświęcić jej pięć lat niedokończonych studiów - moje postępowanie miało nawet swoją nazwę.
Próbowałam ją sobie przypomnieć, lecz pociąg właśnie pokonywał zwrotnicę i przykry piskliwy łomot przegonił z mojej pamięci rodzącą się myśl.
Także mężczyzna siedzący naprzeciwko mnie pod wpływem jazgotu kół przebudził się ze snu i ze zdziwieniem rozglądał po przedziale. Szybko ukryłam brulion przed wzrokiem nieznajomego.
Byliśmy sami.
- Kiedy zasypiałem, pani tu nie było.
- Nic dziwnego, rozsądni ludzie w dzisiejszych czasach nie jeżdżą pociągami, to zbyt niebezpieczne - wyjaśniłam, choć zapewne było to tak oczywiste, że aż niewarte komentarza. Właściwie zrobiłam to tylko ze względu na jego niecodzienny wygląd. Mężczyzna miał na sobie wełnianą kraciastą marynarkę i przekrzywiony beret.
Ciekawa byłam, czy zdaje sobie sprawę, że teraz nikt tak się nie ubiera. W kraju, który ledwo wykaraskał się z komunizmu, a teraz zmagał się z najciemniejszymi stronami kapitalizmu, nikomu by nawet do głowy nie przyszło wyglądać jak angielski arystokrata. Po prostu było to niestosowne i wszyscy to jakoś podświadomie wiedzieliśmy.
- A pani się nie boi? - zainteresował się, intonując pytanie niczym teatralny aktor starej daty.
- Nie
. Miałam ochotę przyznać, że się boję, ale to jego osobliwy, staroświecki wygląd sprawił, iż odważyłam się wsiąść do tego przedziału. I jego głos - dziwnie, przyjemnie znajomy...
- Ten pociąg jedzie spod samej niemieckiej granicy, wie pani? Pomyślałem, że skoro jedziemy w jedną stronę i nie przeszkadza nam potencjalne niebezpieczeństwo, grożące ze strony kolejowych wandali, możemy trochę porozmawiać.
Mężczyzna zrobił pauzę.
- Tak... - stwierdziłam. Jego dykcja na pewno musiała mieć coś wspólnego ze sceną.
- Lubię rozmawiać z ludźmi, poznawać koleje ich życia, to mój zawód - ciągnął swoim wspaniałym głosem. - A ludzie uwielbiają mówić... Pani, zauważyłem, pisze pamiętnik?
Mężczyzna wskazał brodą brulion, który bezskutecznie próbowałam wsunąć pod siedzenie.
- To niezupełnie pamiętnik - odburknęłam.
Mogłam to zrobić nieco grzeczniej, lecz nie miałam ochoty rozmawiać.
- Niezupełnie?
Uśmiechnął się rozbrajająco. Nie mogłam go zlekceważyć.
- To rodzaj autoterapii. Piszę o sobie i swojej rodzinie.
- I?
- Co: i...?
- Nie wiem. Zawsze jest jakieś i. Wszyscy tęsknimy do rodzinnego domu, a jednocześnie pragniemy się od niego uwolnić. A należy go przyjąć.