DyLEMaty
Ostatni idiotyzm
Przez dłuższy okres musiałem ograniczyć czas poświęcany lekturze, obecnie zaś — dzięki postępom medycyny - odzyskałem wzrok i zalecono mi, ażebym przedzielał czytanie oglądaniem telewizji. O jej postępującej kretynizacji wspominałem już wielokrotnie, ale ostatnio obejrzałem sprowadzony z miski satelitarnej amerykański film pod tytułem __Ostatni dinozaur, który zmusza mnie do powrotu do tego tematu. Jakkolwiek już okazjonalnie doświadczałem ekstraktów rozmaitych bałwaństw w serialach, ten dinozaur dal mi pałką w łeb. Historia zasługuje na krótkie streszczenie.
Uczeni w śnieżnobiałych kombinezonach, zgromadzeni w mrugającym wskaźnikami laboratorium, planują wyprawę nurkującym podwodnie pociskiem na Antarktydę, Załodze przewodzi sumiasty starszy pan, który w oczekiwaniu spotkania z dinozaurem daje słowo honoru profesorowi, że żadnej krzywdy bydlęciu nie zrobi. Pod jego komendą jadą: jeden Murzyn, jeden średnio przystojny szatyn oraz jedna ponętna blondynka (żaden film amerykański nie może obyć się bez blondynek). Ich pojazd wynurza się spod lodów na biegunie południowym, gdzie — jak wie każde dziecko — rozpościera się zwrotnikowa puszcza i latają chmarami pterozaury. Blondynka fotografuje każdy krzaczek i każdy odcisk stopy potwora gadziego gatunku, który wnet ukazuje się poprzez chaszcze. Kierownik wyprawy, zapomniawszy o przysięgach, strzela do niego, gubi karabin, blondynka wpada do kałuży, czarny również, Tyrannosaurus Rex zaś stąpa ku nim na dwóch nogach, ponieważ innych nie ma, w groźnej postawie.
Ponadto na sawannie dziwnie gorącej pojawia się stado prawie nagich australopiteków, to znaczy przedludzi, w długich czarnych perukach i usmarowanych w sposób nieboski jakąś szminką. W tym miejscu zacząłem nabierać przekonania, że cały scenariusz wymyślił jeden z tych australopiteków, inni zaś dopomogli mu w kręceniu tego filmu. Wyprawa ucieka i wraca. Kierownik, wyzbyty broni palnej, buduje coś w rodzaju rzymskiej balisty, naprzeciw jaskini, w. której ponownie ma się wyłonić tyranozaur. Oprócz łączności z bazą amerykańską psuje się wszystko. Pitekantrppy atakują wyprawę, ale szef wytwarza kuszę i szyje do zacnych małpoludów pierzastymi strzałami, jakich dostarczył mu myślący reżyser. Małpoludy uciekają, łączność z bazą zostaje nawiązana, balista nie trafia kamieniem w tyranozaura. Blondynka z szatynem odpływają, pomysłowość scenarzysty każe wąsatemu kierownikowi ekspedycji, który kompletnie ją zmarnował, pozostać za karę w dżungli, razem z pewną małpoludką. Nie wierząc własnym, naprawionym oczom, obejrzałem
tę potworną brednię i postanowiłem sobie uczynić wszystko, co możliwe, ażeby takie szmirowate zlepki głupoty, razem z blondynkami i szatynami, nie zakłócały mi już topniejących resztek wiary w stare, dobrze znane hasło: „Człowiek, to brzmi dumnie".
Najdziwniejsze jest to, że pomysłami kilka tysięcy razy mniej kretyńskimi można sypać jak makiem z korca. Tymczasem zostałem już pouczony o tym, że filmowe motywacje jakichkolwiek działań sprowadzają się do przemytu narkotyków, włamań do fortecznie bronionych sejfów, ataków na nieznane a znakomite postaci z politycznej elity nie istniejących państw, jako też zwyczajnych mordów przy użyciu pistoletów z tłumikami, albo dla przyczyny zupełnie niewiarygodnej, albo bez żadnej przyczyny, poza naturalną koniecznością zbicia filmowej kasy. Jeżeli zaś dodać do tego wszystkiego sposób, w jaki nam te Himalaje bałwaństwa prezentują, to znaczy reklamową sieczkę, każdy może łatwo wskazać, gdzie mu się na mózgu od tych reklam porobiły nagniotki.
Szczególnie majonezy, zupy z prawdziwymi kluskami, budynie, jak relikwie wnoszone przez tańczące staruszki, wielkie stare niedźwiedzie walczące o papier toaletowy oraz pełna uroku młoda niewiasta, która daje nam minami do zrozumienia, że ona zbliża się każdorazowo do orgazmu przy użyciu takiego papieru, dopełniają nareszcie i doskonale czarę szczęścia, jakie zawdzięczamy najnowocześniejszej technologii najidiotyczniejszych przekazów z orbit satelitarnych w nowym stuleciu.
Zresztą wolałbym się zapaść pod ziemię, aniżeli opowiadać znowu cokolwiek o tym, co robią Superman oraz jego kolega Spiderman. Zaczynam domyślać się, że zielone ufoludki naprawdę istnieją i że to one poty będą ogłupiać ludzkość, aż bez oporu da im się ona pożreć bez przypraw.