Drzewo życzeń
Część pierwsza ###ROZDZIAŁ PIERWSZY
Było jeszcze bardzo wcześnie i pytała sama siebie, skąd pochodzi owa jasność - blade światło spoza firanek z żółtego kretonu, nie dosyć silne jednak, aby wtargnąć w głąb pokoju, ale już zbyt jasne, jak na tę godzinę, bo przecież jest zima i nie ma jeszcze nawet szóstej.
Okna jej pokoju wychodziły na wschód, jak sama sobie tego życzyła. Poranki były jej ulubioną porą dnia. Tę krótką przejściową chwilę, kiedy świat się budzi ze snu i wszystko wydaje się całkiem nowe, spędzała zwykle - zarówno zimą, jak i latem - na dworze, w rozległym parku, który otaczał ich dom. Nikt nie słyszał, kiedy wychodziła z domu, ani nikt nie widział, kiedy wracała, ale coś z odblasku poranka do niej przylgnęło i wprost z niej promieniowało. Czemu jeszcze dziś nie jestem w domu, w swoim własnym pokoju? Czyż to znaczy, że mnie już stąd wyrzucono?
Gdzie wisi portret mojej babuni w słomkowym kapeluszu, ten, na którym tak jestem do niej podobna? Gdzie stoi sekretarzyk, na którym wczoraj zaczęłam pisać tyle listów i ich nie skończyłam? Gdzie wisi suknia, w której mam wystąpić dzisiaj wieczór? Pokój jednak nic z tego nie ujawnił; nieprzenikniony półmrok ją otaczał, przygniatał jak zmora i wprost dusił. Zmusiła się, aby podnieść głowę, poczuła ciężar swych długich ciemnych włosów, które na noc splatała w warkocze. Zaczęła je rozplatać, ale wciąż jeszcze brak jej było siły, aby wstać z łóżka. Było to prawie tak, jak w tym strasznym śnie, jaki się jej tej nocy przyśnił.
Rzadko kiedy po przebudzeniu pamiętała, co się jej śniło, a jeszcze rzadziej zdarzało się, że nie mogła w nocy zasnąć. Miała mocny sen siedemnastolatki; wczoraj położyła się wcześnie do łóżka i zasnęła natychmiast z mocnym postanowieniem, by rozpocząć wypoczęta jutrzejszy dzień, ten ostatni dzień roku 1900, który miał być tak ważny w jej życiu.
W gruncie rzeczy wszystko zostało już postanowione; złożyła swemu ojcu solenne przyrzeczenie, więc nie było już odwrotu i nie zjawi się żaden zbawca w ostatniej chwili. Przetrzyma jakoś ten dzień i nawet gdyby zbierało się jej na płacz, potrafi ukryć swoje łzy przed innymi.
Znowu myśli powróciły do tego, co się jej śniło: bez pukania otworzyły się drzwi do sypialni i wszedł Rothe, podszedł do jej łóżka bez żenady, jakby już miał do tego prawo, pochylił się nad nią i wyciągnął po nią rękę, a ręka ta była tak blisko, że Kamila dostrzegła czarne włoski, którymi była porośnięta aż do średnich członów palców... Ocknęła się z przerażeniem i nawet wspomnienie o tym znowu ścisnęło jej gardło.
Od tej chwili słyszała bicie każdej godziny na steglitzkim kościele i na wszystkich zegarach w domu: z holu dochodziło bicie szafkowego zegara, a z biblioteki zegara nakręcanego raz do roku, który miał specjalnie wysoki, daleko rozchodzący się ton. Z najodleglejszych kątków wielkiego domu przenikały do niej przeróżne odgłosy. Wydawało się, że grube ściany z cegły nagle stały się akustyczne. Rury od kaloryferów i kanalizacji oraz przewody kominowe przekazywały również swoje sygnały.
Krótko przed dwunastą jakiś powóz zajechał przed główny podjazd. To pewnie doktor, którego matka kazała znów sprowadzić. O trzeciej w nocy ojciec wrócił do domu. J uż ta późna pora zdradzała, że spędził noc na grze w karty. Jak zawsze, kiedy było tak późno, korzystał z tylnego wjazdu do stajni i jak zawsze nie kładł się od razu do łóżka, ale pozostawał jeszcze kilka chwil w swoim gabinecie, aby nową talią kart odtworzyć najciekawsze partie, zwłaszcza kiedy przegrał.
Kamila zastanawiała się, czy nie powinna była pośrodku nocy pójść do niego i oznajmić, że odwołuje swoje przyrzeczenie niezależnie od tego, jakie mogłoby to mieć konsekwencje. Lecz te konsekwencje, zwłaszcza możliwość utraty domu, nie były jej obojętne. A w końcu czy w ogóle mogłaby ojcu, rozmawiając z nim w cztery oczy, czegoś odmówić, kiedy nie była w stanie nawet mu tego napisać...
Jasność zaczęła stopniowo rozpraszać mrok i pierwszą rzeczą, której zarysy się ukazały, była suknia wisząca naprzeciwko jej łóżka na zewnątrz szafy. Dwie pokojówki przyniosły ją tu na górę z prasowalni, aby delikatny jedwab się nie pomiął. Wieczorem na sylwestrowym przyjęciu Kamila ma wystąpić w tej sukni przed całą rodziną i gośćmi. Ale w jaki sposób przetrwać te długie godziny aż do północy, kiedy ojciec zastuka w swój kieliszek, aby wznieść toast na cześć Nowego Roku i bezpośrednio potem oznajmić o zaręczynach swojej najmłodszej córki z Aleksandrem Rothe? Czyż naprawdę, jak twierdził ojciec, nikt się tego nie spodziewał? Nawet Keith? Mogła mieć tylko nadzieję, że w owej chwili będzie on już w parku, aby dokonać ostatnich przygotowań do zapalenia sztucznych ogni.
Jakżeż cudowny mógłby stać się ten dzień 31 grudnia roku 1900! Jakże szczęśliwie mógłby się zakończyć stary rok i jak szczęśliwie się zacząć ten nowy! Jeszcze kiedy kupowała materiał na tę balową suknię, jakże radosną i beztroską czuła się wtedy; dziewięć metrów jedwabnego zefiru, dziewięć metrów jakby utkanych ze złocistych promieni słońca, ale teraz, w półmroku, kolor sukni zmienił się w wyblakłą, upiorną szarzyznę.
Kamila wyszukała ten materiał razem z ojcem w Paryżu, była to nagroda za współpracę podczas Wystawy Światowej, na której również firma Hofmann miała swoje stoisko w pawilonie niemieckich zakładów perfumeryjnych. Teraz pytała sama siebie, czy ojciec już wtedy nie łączył z tym jakiejś ukrytej myśli. Ostatecznie nie mogło się to stać z dnia na dzień, że nie było już pieniędzy i sytuacja zrobiła się tak krytyczna, iż ojciec - właśnie on - nie widział już innego wyjścia, jak oddanie jej za żonę Aleksandrowi Rothe w zamian za zastrzyk świeżego kapitału do firmy.
Temu Aleksandrowi Rothe! Gdyby przynajmniej wiedziała, jak to się stało, że Rothe właśnie nią się zainteresował. Próbowała sobie przypomnieć nieliczne z nim spotkania: kilka zdawkowych uwag o premierze najnowszej sztuki Wildenbrucha w foyer teatru, nic nie znacząca rozmowa na dobroczynnym kiermaszu w hotelu Kaiserhof, gdzie Kamila pomagała jako sprzedawczyni w tak zwanej "aptece na schorzenia duszy", w jednym z cieszących się największym powodzeniem stoisk, które osiągnęło fenomenalny sukces w sprzedaży "leczącego miłość serum" i "antyzazdrostiny", oraz jeden jedyny taniec na karnawałowym balu.
Nigdy nie padło pomiędzy nią i Rothem jakieś bardziej osobiste słowo. Nie napisał do niej ani razu i nie przedsięwziął ani jednej próby, aby się z nią umówić. Ona też nie zmarnowała ani jednej myśli na jego temat, może chyba tylko tyle, że już podczas tych krótkich spotkań jego osobliwa woda do włosów ją brzydziła, a jeszcze bardziej jego sposób zbyt głośnego oddychania przez na wpół otwarte usta. I to również jej się przypomniało dopiero wtedy, kiedy ojciec wyjawił, że Aleksander Rothe prosił go o jej rękę.
W pierwszej chwili uznała to tylko za komiczne, żeby ojciec występował jako pośrednik matrymonialny, a więc w roli, która z natury rzeczy należała się matce, ale na pewno nie jemu. Stopniowo jednak ojciec wyjawił jej całą prawdę, oczywiście nie wprost, gdyż to nie było w jego stylu. Można było sądzić, że to nie on znalazł się w trudnej sytuacji finansowej, lecz ktoś inny, a on jakby śledził tylko narastającą katastrofę z obojętnym zaciekawieniem kogoś, kto nie potrafi nawet ukryć swej złośliwej radości z cudzego nieszczęścia. W końcu wyszło na jaw, że tonie w długach po uszy i tylko jej małżeństwo z Aleksandrem Rothe mogłoby go jeszcze ocalić...
Wówczas, trzy tygodnie temu, kiedy odbyła się owa rozmowa, wszystko wydawało się jeszcze bardzo odległe; ponadto Kamila wychowywała się wraz z trzema siostrami, z których każda wyszła za mąż za człowieka, jakiego jej wyszukali rodzice. W ciągu ostatnich siedmiu lat stale wisiało coś w powietrzu; a kiedy córki dorosły do wieku odpowiedniego do małżeństwa, matka uznała za cel swego życia znalezienie im mężów. Wszędzie badała możliwości, wszędzie wysuwała swoje macki, niezmordowanie, z węchem prawdziwego sędziego śledczego.
I córki uznawały w pełni autorytet matki w tych zabiegach; jej sprzeciw wystarczał, aby zabić w zarodku każde rodzące się uczucie, a kiedy w końcu matka dokonywała wyboru, cała reszta była już tylko czczą formalnością. Co do Kamili, najmłodszej córki, dziwnym trafem nie wykazywała żadnej aktywności w tym kierunku, z czego Kamila zresztą dopiero poniewczasie mogła wywnioskować, że również matka przewidywała od dawna grożące bankructwo i z góry wiedziała, że nie będzie miała już do dyspozycji dla Kamili owego stutysięcznego posagu, jaki jej zdaniem był niezbędny dla zawarcia małżeństwa w jej guście.
Ileż było komedii, zanim Maxi, Alicja i Lu zostały wydane za mąż! Kamilę bawiło nawet z początku to, że przy zawieraniu małżeństwa wcale nie chodziło o miłość, ale o nazwisko, rangę i majątek epuzera, jako o sprawy o wiele ważniejsze. Małżeństwo bez miłości było może czymś całkiem normalnym i nie było w tym nic strasznego, w każdym razie nic tak strasznego, jak Kamila sobie wyobrażała...