Dom Natalii
Czerwień dachówki na tym dachu musiała być widoczna z kosmosu. Tym bardziej w to wierzę, że dom swoją kopertową czapkę wystawiał lekko ponad zieleń młodnika, który roztaczał się wokoło. I kiedy nie mogłem spotkać się z Natalią patrzyłem na jej dom jakby z nieba, a gdy nie widziałem jej dłużej niż kilka dni moje spojrzenie oddalało się, oddalało aż było niczym z satelity nad czerwonym szczytem z krótkim białym ogonkiem komina.
Dom ten był odsunięty od najbliższych osiedli. Lekko samotny na niewielkim wzniesieniu i od dwóch lat należał do Natalii, przyjaciółki mojej, w której coraz mocniej byłem zakochany. Lekka samotność wyrażała się w tym, że był to jedyny dom nie ogrodzony płotem, jedyny przed drzwiami którego można było stanąć prosto z drogi. Na wszystkie strony od ścian i tarasu spadały ze wzniesienia dywany trawy, ścieżka piaszczysta była wymierzona kilkoma dużymi kamieniami wybulonymi nagle i nieodpowiedzialnie - jak mówiliśmy patrząc na nie z każdorazowym zdziwieniem podczas wspólnych spacerów.
Stałem teraz pod tym domem. Natalia wyjechała poniesiona nienasyconą ciekawością miejsc nowych. I było lipcowe przedpołudnie, gorące tak, że nasze kamienie schowały się ze ścieżki w przetrąconą słońcem zieloność trawy. Siedziałem przed tarasem, liczyłem okna, drzwi, fotele białe, stół i przedziwnych kształtów korzenie wydobyte z pobliskiej puszczy. Smok, żyrafa i wąż.
Zwierzęta jeszcze surowe, jeszcze nie wydobyte z guzowatych zwojów, zwierzęta w zapowiedzi dopiero, na chwilę przed nowym życiem, które miała im nadać Natalia. Tam z drugiej strony domu, gdzie trawy najłagodniej spadały w młodnik liściasty, przechadzały się korzenne sarny. Pod jedynym najeżonym świerkiem siedział krostowaty dzik. Nad zwierzętami czuwał kościsty wędrowiec, którego znaleźliśmy na jesieni zeszłego roku.
Był to spacer milczący, po prostu szliśmy razem od siebie na wyciągnięcie ramion, komunikując się trzaskiem gałęzi, spłoszonym ptakiem lub krótkim spojrzeniem. Szukaliśmy. Wędrowiec korzenny ukazał nam się na brzegu śródleśnego dołu. Wśród zwalonych drzew, hub i zapajęczonej jamy. Wystawił ponad ziemię całe ramię z zaciśniętą pięścią, jakby pomiędzy groźbą a żalem. Odgarnęliśmy go z liści, ziemi i drobnych korzeni. Trwało to długo, ale ukazała nam się tak przepiękna i od razu gotowa postać, że nasz zachwyt był równy dziecięcemu szczęściu. Potrzebny był tylko leszczynowy kij, aby wędrowca oprzeć, aby jego pięść groźby i żalu znalazła oparcie w pionowej pozycji, do której narodził się w ziemi.
Teraz na tarasie leżały splątane między sobą nowe zwierzęta, choć Natalia mogła ze smoka, jak go nazwałem, zrobić osiołka, z żyrafy kobietę dla wędrowca, a z węża drogowskaz przed jego leszczynowym kijem. Lecz jeszcze wolne od jej zamiarów wysychały w słońcu, zmieniały kształty. Wolno, bardzo wolno z cichym niekiedy trzaskiem coraz mocniej zaplatał się wąż w szyję żyrafy, a smok łapczywie naprężał chude skrzydła na wątłe powiewy.
Niebo ani wiatrem, ani chmurami deszczowymi nie chciało odpowiedzieć schnącym zwierzętom. Czerwona koperta dachu z suchym ogonem ścieżki wydawała się jak porzucony latawiec, naokoło którego trwało cierpliwe wyczekiwanie fantastycznych zwierząt.
Kiedy gościła mnie u siebie, gościna rozpoczynała się od filiżanki herbaty, w którą wkładała plasterek cytryny tak krojony, że żółta skórka była obwodem naczynia. Po kilku łykach plasterek zawisał w połowie filiżanki kryjąc pod sobą najsmakowitszą część. Mówiłem wtedy, że taka właśnie jest moja przyjaciółka. Dostępna i ukryta. Z najlepszym pod plasterkiem cytryny. I kiedy zaczynał padać drobny deszcz, a potem większy deszcz zapraszała mnie do kuchni i prosiła bym uważnie patrzył na jej zwierzęta leśne, na naszego wędrowca, bym patrzył jak w deszczu lekko podnosi głowę, próbuje dźwignąć się z miejsca i odejść.
Jak ramiona w wodzie z nieba pęcznieją, jak zwierzęta czekają na znak. Dotykaliśmy w tym patrzeniu nosami do szyby. Nasze oddechy zaparowywały szkło i oboje widzieliśmy ruch korzeni, ich ożywienie, ich wskrzeszenie deszczowe.
A teraz w piekącym słońcu czekałem na Natalię. Czekałem na kolejny deszcz, który zapewne przywiezie ze sobą. Czekałem na przeddeszczowe podmuchy powietrza w konstrukcję czerwonego latawca z piaszczystym, uwięzionym w kamieniach, ogonem.