Dom Błękitnych Mango
Księga pierwsza ###CHEVATHAR **1**
WIOSNA 1899. Gdy codzienna gwałtowność świtu ogarnia niższe Wybrzeże Koromandelskie, z mroku wyłania się duża, rozciągnięta w dolinie wioska. Poza pokrytym burzowymi chmurami niebem wszystko dookoła pogrążone jest w całkowitym spokoju. Daleko na zachód w morze wcina się potężny, porośnięty kokosowymi palmami półwysep, częściowo osłaniający pustą plażę, na której bezgłośnie rozbijają się długie, przejrzyste i gładkie jak szkło fale. Dalej w wodach zatoki odbija się rozszalałe kolorami niebo.
Właśnie tutaj uchodzi do morza Chevathar, płynąca najdalej na południe rzeka, od której wioska bierze nazwę.
Na skarpie nad półwyspem, prawie zupełnie ukrytej za pióropuszami palm, stoi mały kościółek. Stąd wioska rozciąga się w głąb lądu na odległość blisko trzech kilometrów. jej terytorium zamyka most łączący ją z położonym na przeciwległym brzegu miastem Meenakshikoil.
Przez wieś biegnie wąska, smołowana droga, odcinająca się od czerwonej gleby niczym świeża blizna. Droga łączy wszystkie najważniejsze punkty Chevatharu: posiadłości Vedharów w północnej części, ruiny osiemnastowiecznego fortu, dwupiętrowy dom Vakeela Perumala, o murach białych jak kość, Świątynie Wamany oraz Muruhana i wreszcie położony na lekkim wzniesieniu dom thalaivara, Salomona Dorai, ledwo widoczny zza zasłony liści kazuary n i palm.
Wokól Dużego Domu, jak nazywają siedzibę thalaivara miejscowi, rośnie kilka rzadkich w tej okolicy drzew - wysokie drzewo deszczowe o koronie podobnej do parasola, drzewo chlebowe, obsypane liśćmi w kształcie gwiazd, a także parę drzew bochenkowych, obwieszonych ciężkimi owocami. To, że się tu znalazły, jest zasługą Charity Dorai, która nie pochodzi z tych stron.
Pragnąc ukoić tęsknotę za domem, zaczęła sadzić drzewa z okolicy, drzewa, które po dwudziestu latach zmieniły krajobraz Chevatharu. Nisko nad rzekę schodzą gaje rzadko spotykanych, typowych dla krajobrazu południa drzew mango. Zaskakują one swym pięknem i błękitem owoców, połyskujących między ciemnozielonymi liśćmi. Miejscowi utrzymują, iż owoce tych mangowców, odmiany zwanej Chevathar Neelam, które rozsławiły ród Dorai w całej okolicy, są tak słodkie, że po zjedzeniu jednego nie da się zjeść nic słodkiego co najmniej przez trzy dni.
Pozostałą część wioski łatwo opisać. Mnóstwo palm kokosowych, w południowo-zachodniej części paracheri, kilka sklepików obok mostu spinającego brzegi rzeki Chevathar, chaty rolników dzierżawiących ziemię od rodziny Andavar i jakieś dwanaście studzien oraz zbiorników na wodę, w których ściankach odbija się poranne słońce.
Wieśniacy wstają wcześnie, ale ponieważ nie nadszedł jeszcze czas przygotowywania gleby pod rozsady ryżu, mężczyźni na razie nie kręcą się w obejściach. Większość kobiet zrywa się przed świtem i rozpoczyna wyścig z czasem, pragnąc jak najszybciej ukończyć domowe zajęcia. Dziś miejscowi obchodzą święto Pangunni Uthiram i wszyscy mają nadzieję choć trochę czasu spędzić wśród barwnych jarmarcznych straganów, które kupcy już rozstawiają pod murami świątyni Muruhana.
Ruch na wylanej smołą drodze. Dwie dziewczyny, jedna trzynastoletnia, wkrótce mająca poślubić wybranego przez rodziców narzeczonego, i druga, o rok młodsza, idą na jarmark. Ubrane są w swoje najlepsze stroje, starsza w fioletowe półsari, z kwiatami jaśminu wplecionymi w zwilżone olejkiem, starannie zaplecione włosy, jej młodsza kuzynka w jaskraworóżową spódnicę. Czoła mają namaszczone pastą z drzewa sandałowego oraz z vibuthu i kumkumam ze świątyni Wamany, w której modliły się poprzedniego wieczoru.
Idą szybkim krokiem, chociaż jest jeszcze wcześnie, ich stopy lekko dotykają cudownie chłodnej drogi. Śpieszą się na targowisko. Starsza dziewczyna dostała od matki cztery anny na zakupy. Jest to niewielka suma, lecz Valli i tak nie miała takiej nigdy w ręku, więc nie posiadała się z podniecenia i radości na myśl, co za nią kupi. Bransoletki? Kolczyki? jedwab na bluzkę, jeżeli uda jej się wybrać niedrogi?
Parwati z trudem dotrzymywała kuzynce kroku.
Dziewczęta minęły szary złom granitu, wypolerowany przez deszcz i wiatry, wymodelowany w owalny kształt, podobny do lekko pofałdowanego czoła olbrzymiego słonia. Głaz nosi nazwę Anaikal i jest jednym z ulubionych miejsc zabaw dzieci, które często robią sobie kryjówki w jego załamaniach. Valli i Parwati także nieraz bawiły się tu w chowanego, lecz teraz, w pośpiechu, prawie go nie zauważają. Wkraczają w cień banianów, za którymi biegnie ścieżka prowadząca prosto na jarmark.
I wtedy młodsza dziewczyna wreszcie ich dostrzega.
- Akka! - mówi z niepokojem.
Jest to zbędna uwaga, ponieważ Valli także zobaczyła już czterech młodych mężczyzn, rozciągniętych pod wielkim tamaryszkiem, rzucającym cień na dom Vakeela Perumala.
Czujny wzrok obu dziewczyn, jak wszystkie Hinduski od dziecka uczonych, aby zwracać szczególną uwagę na mężczyzn, koncentruje się na młodzieńcach. Czasami młode kobiety spojrzeniem nawiązują i prowadzą flirt, lecz najczęściej wzrok służy im do wypatrywania niebezpiecznych sytuacji. Żadna młoda czy choćby dojrzała kobieta nie jest całkowicie wolna od groźby kontaktu z wyciągniętym męskim ramieniem i dłonią, która dotyka i obmacuje, od obraźliwych uwag, od lubieżnych spojrzeń, dlatego Hinduski wcześnie uczą się unikać sytuacji, które szybko mogą stać się bardzo nieprzyjemne.
Dziewczęta pośpiesznie oceniają położenie. Mężczyźni znajdują się w odległości mniej więcej pięćdziesięciu metrów i nie sprawiają wrażenia niebezpiecznych. Mimo to Valli i Parwati czują lęk, ponieważ są same na drodze. Instynkt podpowiada im, aby natychmiast zawrócić do bezpiecznego domu, lecz pokusa zdobycia nowych błyskotek okazuje się zbyt silna. jeszcze tylko parę metrów i pójdą ścieżką, która zaprowadzi je na targ.
Leżący dotąd pod tamaryszkiem mężczyźni podnoszą się i ruszają w ich kierunku. Dziewczęta ogarnia strach. Zawracają, ale jest już za późno. Za plecami słyszą szybkie kroki, więc same też zaczynają biec. Przerażenie wyostrza ich zmysły, toteż postrzegają wszystko wyjątkowo dokładnie i wyraźnie.
Widzą ogniste kwiaty szałwii pod bielonymi murami domu, zielone, jakby woskowane liście kotewki rosnącej przy drodze, pomarańczowego motyla, który na sekundę przysiadł na kamyku, potem zaś wszystko zamazuje się w ich oczach i pamięci.
Młodsza dziewczyna zachowuje przytomność umysłu, a może po prostu podejmuje właściwą decyzję. Nie zbacza z drogi i co sił w nogach pędzi w kierunku chat dzierżawców, stojących zaledwie sto metrów dalej. Valli biegnie ku rzece przez akacjowy las, porastający nieużytki w pobliżu świątyni Muruhana.
Stwardniałe podeszwy jej bosych stóp bez trudu pokonują kolejne przeszkody, ale dziewczyna nie jest tak szybka jak jej prześladowcy. Mężczyźni ją doganiają. Valli czuje, jak ich dłonie szarpią jej szatę, słyszy obraźliwe słowa, które szepczą jej do ucha, wreszcie potyka się i upada...