Cudowni chłopcy

Obraz
Źródło zdjęć: © Inne

Pierwszym prawdziwym pisarzem, którego poznałem, był człowiek, który wszystkie swoje rzeczy stworzył pod nazwiskiem August Van Zorn. Mieszkał w hotelu McClelland, który był własnością mojej babki, w pokoju znajdującym się na najwyższym poziomie wieńczącej go wieżyczki, i uczył literatury angielskiej w Coxley, małym college'u po drugiej stronie rozdzielającej nasze miasto na dwie połowy pomniejszej pensylwańskiej rzeczki.

Naprawdę nazywał się Albert Vetch, a specjalizował się, jak mi się wydaje, w twórczości Blake'a; pamiętam, że miał oprawioną w ramki rycinę Bóg stwarzający Wszechświat, przyklejoną do wyblakłej tapety z wypukłym wzorem, nad zgarbionym drewnianym wieszakiem, który należał kiedyś do mojego ojca.

Żona pana Vetcha od czasu śmierci ich nastoletnich synów wskutek wybuchu na podwórku, do którego doszło kilka lat wcześniej, przebywała w sanatorium nad jeziorem Erie i zawsze miałem wrażenie, że pisze on częściowo po to, by mieć pieniądze na opłacenie jej pobytu w tym zakładzie. Pisywał, całymi setkami, opowieści grozy, z których wiele zostało w końcu opublikowanych, w ówczesnych periodykach dla miłośników tego gatunku - "Weird Tales", "Strange Stories", "Black Tower" i im podobnych.

Utrzymane były w gotyckim nastroju, w stylu Lovecrafta, a ich akcja osadzona była w cichych pensylwańskich miasteczkach, które miały tego pecha, że zbudowano je w zapomnianych miejscach odwiedzin krwiożerczych obcych bóstw i irokeskich kultów tortur, ale napisane były ironicznym, czasami niemal żartobliwym językiem, którego echo miałem później odnaleźć w prozie Johna Colliera. Pracował nocami, używając wiecznego pióra i siedząc na giętym fotelu na biegunach, z nogami okrytymi kocem Hudson Bay i butelką bourbona na stole przed sobą.

Kiedy praca szła mu dobrze, słychać go było w każdym zakątku uśpionego hotelu, kołyszącego się i kołyszącego zapamiętale, gdy poddawał swych bohaterów makabrycznym konsekwencjom ich namiętności do rzeczy nienazwanych.

Jednak kiedy w latach po II wojnie światowej skurczył się rynek na tandetne powieści i opowiadania grozy, nie pojawiały się już tak regularnie na stojącej na pianinie mojej babki tacy do herbaty białe koperty w kolorowe ciapki z fantastycznymi nowojorskimi adresami zwrotnymi, a wkrótce znikły z niej zupełnie. Wiedziałem, że August Van Zorn próbował się przystosować do nowych gustów. Przeniósł miejsce akcji swoich opowiadań na przedmieścia, położył większy nacisk na humor i starał się, bez powodzenia, sprzedać te grzeczne i żartobliwe kawałki "Collier's" i "Saturday Evening Post".

Potem, pewnego poniedziałkowego ranka, kiedy miałem czternaście lat, a więc byłem wreszcie w odpowiednim wieku, by zacząć doceniać dzieła tego anonimowego, uprzejmego, gardzącego sobą człowieka, który przez ostatnie dwanaście lat żył pod tym samym dachem z moją babką i ze mną, Honoria Vetch rzuciła się do uroczej rzeczki przepływającej obok sanatorium, przez nasze miasteczko, i wpadającej dalej do żółtej Allegheny. Jej ciała nie odnaleziono. W następną niedzielę, po naszym powrocie z kościoła, babka posłała mnie na górę, abym zaniósł panu Vetchowi obiad.

Zwykle nosiła mu obiad sama - zawsze mówiła, że nie można ufać ani panu Vetchowi, ani mnie, iż nie będziemy sobie nawzajem zawracać głowy i tracić niepotrzebnie czasu, który mogliśmy przeznaczyć na coś pożytecznego - ale była na niego zła, że ze wszystkich pustych niedziel swojego życia w tę właśnie odmówił pójścia do kościoła. Odkroiła więc skórkę z dwóch kanapek z kurczakiem i położyła je na tacy razem z solniczką, białą brzoskwinią i Biblią króla Jakuba, po czym wspiąłem się po schodkach do jego pokoju, gdzie znalazłem go z małą, czarno obramowaną dziurką w lewej skroni, wciąż jeszcze kołyszącego się powoli na fotelu na biegunach.

Mimo zamiłowania do opisów krwawych jatek, oraz w odróżnieniu od mojego ojca, który, jak wywnioskowałem z niejasnych napomknięć, narobił niezłego bigosu, Albert Vetch odszedł z tego świata schludnie, z minimalną ilością rozbryzganej krwi.

Mówię, że Albert Vetch był pierwszym prawdziwym pisarzem, jakiego poznałem, nie dlatego bynajmniej że, przez pewien czas, udawało mu się sprzedawać swoje teksty czasopismom, ale dlatego że był pierwszym, który cierpiał na chorobę nocną, miał fotel bujany i wierną flaszkę bourbona oraz szeroko otwarte oczy, rozświetlone ogniem bezsenności nawet podczas dnia. W każdym razie teraz, kiedy się nad tym zastanawiam, dochodzę do wniosku, że był pierwszym pisarzem, prawdziwym czy nie, który pojawił się na drodze mojego życia, trochę za bardzo zatłoczonej przez przedstawicieli tej zgorzkniałej i zwariowanej rasy. Stał się pewnego rodzaju przykładem, zgodnie z którym staram się, jako pisarz, żyć od tamtej pory. Mam tylko nadzieję, że go nie wymyśliłem.

Myślałem o historii - i historiach - Augusta Van Zorna owego piątku, kiedy jechałem na lotnisko, by odebrać Crabtreego. Każde spotkanie z Terrym Crabtreem przypominało mi o tych niesamowitych opowieściach, ponieważ nasza długa przyjaźń opierała się, rzec można, na osunięciu się Van Zorna w literacki niebyt, na żałosnej klęsce, która złamała ducha człowiekowi porównywanemu przez moją babkę do skrzywionego parasola.

Sama nasza przyjaźń zaczęła po dwudziestu latach przypominać jedno z miasteczek z opowiadań Van Zorna, budowlę wzniesioną zupełnie nieświadomie na bardzo cienkiej skorupce rzeczywistości, pod którą drzemało ogromne Coś, z jednym żółtym okiem na wpół już otwartym i wpatrującym się prosto w nas. Trzy miesiące wcześniej ogłoszono, że Crabtree został wybrany na członka jury tegorocznego Turnieju Słowa - załatwiłem mu to - i przez cały czas, który minął od tamtej pory, mimo że zostawił dla mnie wiele wiadomości, rozmawiałem z nim tylko raz, przez pięć minut, pewnego lutowego wieczoru, kiedy wróciłem, lekko nawalony, z przyjęcia u rektora, by włożyć krawat i dołączyć do żony na innym przyjęciu, które jej szef wydawał w Shadyside.

Kiedy rozmawiałem z Crabtreem, paliłem skręta i trzymałem się słuchawki telefonu, jakby była uchwytem w odkrytym pojeździe mknącym przez szeroki, długi i świszczący tunel wiatru, który rozwiewał mi włosy i trzepotał krawatem za moimi plecami. Chociaż miałem niejasne wrażenie, że mój najstarszy przyjaciel mówi do mnie z odcieniem złości i wyrzutu w głosie, jego słowa przelatywały koło mnie jak wirujące strzępki waty i opakowania po rybach, i machałem do nich, kiedy mnie mijały.

W ów piątek, jak kilka zaledwie razy w całych dziejach naszej przyjaźni, nie cieszyłem się na spotkanie z nim; lękałem się go. Pamiętam, że tego popołudnia puściłem wcześniej moją starszą grupę do domu, mówiąc im, że robię to z powodu Turnieju Słowa; ale wszyscy, wychodząc z sali ćwiczeń, oglądali się na biednego Jamesa Leera. Kiedy skończyłem zbierać wszystkie ocenione kopie i napisane na maszynie analizy krytyczne jego ostatniego dziwnego opowiadania, upchnąłem je w teczce, włożyłem płaszcz, a następnie odwróciłem się, żeby wyjść z sali, zobaczyłem, że chłopak nadal siedzi na jej końcu, otoczony kręgiem pustych krzeseł.

Wiedziałem, że powinienem coś powiedzieć, by go pocieszyć - nieźle dostało mu się na tych zajęciach i wydawało się, że chce usłyszeć mój głos - ale spieszyłem się na lotnisko i byłem zły na niego, że przez cały czas zachowywał się jak jakiś cholerny duch, powiedziałem więc tylko: - Do widzenia - i ruszyłem w stronę drzwi. - Proszę wyłączyć światło - powiedział tym swoim zduszonym, łamiącym się głosem. Wiedziałem, że nie powinienem tego robić, ale mimo to zrobiłem; to stwierdzenie doskonale nadaje się na moje epitafium, a raczej jedno z nich, ponieważ na moim grobie trzeba będzie wystawić pomnik z wykutymi małymi literami smutnymi maksymami na czterech bokach.

Zostawiłem tam Jamesa siedzącego samotnie w ciemności i przyjechałem na lotnisko pół godziny przed przylotem samolotu Crabtreego, co stworzyło mi okazję do pozostania w samochodzie na podziemnym parkingu, wypalenia skręta i posłuchania Ahmada Jamala. Nie będę udawał, że nie myślałem o tej idyllicznej półgodzinie od chwili, gdy skróciłem zajęcia. W ciągu lat pozbyłem się wielu nałogów, między innymi pociągu do whisky, papierosów i różnych niekonwencjonalnych narkotyków, ale marihuana pozostała moją wierną towarzyszką. Miałem wonną uncję z Humboldt County w Kalifornii, w plastikowej torebce ukrytej w schowku na rękawiczki.

Crabtree wyszedł z samolotu z małą sportową płócienną torbą w ręku, torbą na ubranie zawieszoną na pasku na ramieniu i wysoką, atrakcyjną osobą u boku. Osoba ta miała długie czarne loki, fantazyjny czerwony płaszcz, spod którego wyzierała czarna suknia, oraz czarne pięciocalowe szpilki i śmiała się ze szczerym rozbawieniem z czegoś, co Crabtree szeptał jej do ucha. Nie wydawało mi się jednak, żeby osoba ta była kobietą, chociaż nie byłem tego całkowicie pewien.

- Tripp - przemówił Crabtree, podchodząc do mnie z wyciągniętą wolną ręką. Potem wziął mnie w ramiona, a ja przywarłem do niego na sekundę czy dwie, starając się określić na podstawie wytrzymałości jego żeber, czy nadal darzy mnie przyjaźnią. - Miło cię widzieć. Jak się masz?

Puściłem go i odstąpiłem krok do tyłu. Twarz przyoblekł w swą zwykłą, szyderczą minę, a wzrok miał twardy, ale nie sprawiał wrażenia, że jest na mnie zły. Od kiedy przybyło mu lat, nosił długie włosy, nie po to, by - jak to bywa z wieloma modnymi czterdziestoparoletnimi mężczyznami - zrekompensować pojawiającą się łysinę, ale z czystszej i bardziej niepodważalnej próżności: bo włosy ma piękne, gęste, kasztanowe, opadające nieskazitelną kurtyną na ramiona.

Miał na sobie dobrze skrojony płaszcz koloru khaki, zarzucony na szykowny garnitur - włoski wyrób z jedwabiu o metalicznym połysku, zielony jak rewers dolarowego banknotu - plecione skórzane mokasyny, włożone na gołe stopy, i okrągłe chłopięce okulary, których nigdy wcześniej nie widziałem.

Wybrane dla Ciebie
Po "Harrym Potterze" zaczęła pisać kryminały. Nie chciała, żeby ktoś się dowiedział
Po "Harrym Potterze" zaczęła pisać kryminały. Nie chciała, żeby ktoś się dowiedział
Wspomnienia sekretarki Hitlera. "Do końca będę czuła się współwinna"
Wspomnienia sekretarki Hitlera. "Do końca będę czuła się współwinna"
Kożuchowska czyta arcydzieło. "Wymagało to ode mnie pokory"
Kożuchowska czyta arcydzieło. "Wymagało to ode mnie pokory"
Stała się hitem 40 lat po premierze. Wśród jej fanów jest Tom Hanks
Stała się hitem 40 lat po premierze. Wśród jej fanów jest Tom Hanks
PRL, Wojsko i Jarocin. Fani kryminałów będą zachwyceni
PRL, Wojsko i Jarocin. Fani kryminałów będą zachwyceni
Zmarł w samotności. Opisuje, co działo się przed śmiercią aktora
Zmarł w samotności. Opisuje, co działo się przed śmiercią aktora
Jeden z hitowych audioseriali powraca. Drugi sezon "Symbiozy" już dostępny w Audiotece
Jeden z hitowych audioseriali powraca. Drugi sezon "Symbiozy" już dostępny w Audiotece
Rozkochał, zabił i okradł trzy kobiety. Napisała o nim książkę
Rozkochał, zabił i okradł trzy kobiety. Napisała o nim książkę
Wydawnictwo oficjalnie przeprasza synów Kory za jej biografię
Wydawnictwo oficjalnie przeprasza synów Kory za jej biografię
Planował zamach na cara, skazano go na 15 lat katorgi. Wrócił do Polski bez syna i ciężarnej żony
Planował zamach na cara, skazano go na 15 lat katorgi. Wrócił do Polski bez syna i ciężarnej żony
Rząd Tuska ignoruje apel. Chce przyjąć prawo niekorzystne dla Polski
Rząd Tuska ignoruje apel. Chce przyjąć prawo niekorzystne dla Polski
"Czarolina – 6. Tajemnice wyspy": Niebezpieczne eksperymenty [RECENZJA]
"Czarolina – 6. Tajemnice wyspy": Niebezpieczne eksperymenty [RECENZJA]
ZACZEKAJ! ZOBACZ, CO TERAZ JEST NA TOPIE 🔥