Ciemne lustra
Hochfeld przybył do Paryża samolotem z Berlina o piętnastej dwadzieścia. Widok Paryża przypomniał mu czasy sprzed czterech lat, kiedy jedna z radykalnych frakcji Ruchu potrzebowała usług ludzi takich jak on i Jorrick.
Do dwudziestej trzeciej dzielnicy podjechał metrem. Zapadł już zmierzch. Z Jorrickiem miał spotkać się na Placu Europy. Wyszedł ze stacji metra i ruszył ponuro wyglądającą ulicą. Większość lamp na Placu Europy była zniszczona. Dalej na południe dwudziesta trzecia dzielnica była ciągle morzem ruin. Przed wojną domową zasiedlona prawie wyłącznie przez muzułmanów, stanowiła niemal wydzielone terytorium, na które nie miała wstępu policja. Teraz stała się ulubionym miejscem ćwiczeń i patroli bojówek Fablona, przeczesujących teren w nadziei na znalezienie kogoś, kogo można by zlinczować.
Hochfeld stanął przy nieczynnej fontannie. Plac był zupełnie pusty. Jorrick chyba do reszty zwariował, pomyślał Hochfeld. To miejsce bardzo mu się nie podobało.
Nie spodobało mu się jeszcze bardziej, kiedy zobaczył zbliżającą się do niego grupę pięciu klonów. Właściwie nie byli bardzo do siebie podobni i pogardliwa nazwa, jaką ich obdarzano, niezbyt do nich pasowała. Może wstąpili do Oddziałów Pomocniczych milicji niedawno i nie zdążono ich dostatecznie przerobić? Trzej najstarsi chłopcy mieli na sobie mundury bojówki Ruchu. Mundury były jednak podniszczone i brudne, a oni sami nie przypominali zdyscyplinowanych milicjantów.
Najmłodszy roześmiał się głupkowato. Był wyraźnie upośledzony i Hochfeld zdążył się zdziwić, że jego kumple jeszcze go nie zabili.
– Czy ten człowiek wygląda na Araba, bracia? – zapytał radośnie jeden z trzech ubranych w mundury. Stali może cztery metry od niego.
– Wygląda! – wrzasnął najmłodszy klon.
Hochfeld odwrócił się do nich wolno lewym bokiem. Miał przy sobie tylko nóż.
– Co, nie chcesz z nami rozmawiać? – Inny z umundurowanych wyciągnął pistolet. – Masz jakieś dokumenty?
Pytający powiedział to z tak ogromną obojętnością, że Hochfeld zrozumiał, iż nie spodziewa się otrzymania jakiejkolwiek odpowiedzi.
To koniec.
Strzał był zadziwiająco cichy. Klon z pistoletem w dłoni runął na ziemię. Hochfeld spojrzał w kierunku, skąd strzelono.
Było dość ciemno, ale Jorrick miał doskonały, koci wzrok i był świetnym strzelcem. Pociągnął za spust jeszcze cztery razy, a potem podszedł wolno do ciał. Jeden z leżących podniósł się z ziemi i zaczął uciekać. Jorrick trafił go w plecy.
– Masz tu wóz?
– Tak, zaraz za rogiem.
Ten spokojny, cichy głos Jorricka...
– Spływajmy stąd. To parszywe miejsce.
– Dlaczego? – Jorrick spojrzał na niego ze zdziwieniem.
Hochfeld zaklął pod nosem.
– Dobrze, chodźmy do samochodu.
Jorrick wyciągnął z bagażnika małą skórzaną walizkę.
– Poczekaj jeszcze chwilę na mnie.
Zabrał walizkę ze sobą. Hochfeld czekał. Po trzech minutach usłyszał przeraźliwy krzyk. Wzdrygnął się. Najwidoczniej któryś z klonów jeszcze żył.
– Gdzie cię podrzucić? – zapytał Jorrick, kiedy jechali już do centrum miasta. – Gdzie się chcesz zatrzymać?
Hochfeld wzruszył ramionami.
– Jest tak jak zawsze, Pierre. Wystarczy, że wiem, pod jakim numerem telefonu cię złapać, prawda?
– Jasne, jasne! – Jorrick roześmiał się. – Myślę, że dopadniemy tego drania, co? Nie da nam rady, co?
Chłopiec, który cieszy się na myśl o czekającej go przygodzie.
Hochfeld nie mógł przestać myśleć o zawartości walizki, która spoczywała w bagażniku samochodu Jorricka.