Chronolity

Obraz
Źródło zdjęć: © Inne

Miałem być świadkiem końca wieku, mojego i świata, na zaproszenie Hitcha Paleya, który pchał swój zdezelowany motocykl po ubitym piasku plaży za pawilonem Haat Thai Dance. Lecz nie winię go za to. Nic nie zdarza się przypadkiem. Teraz to wiem.
Zbliżał się z uśmiechem, a u Hitcha to prawie zawsze zły znak. Miał na sobie mundur Amerykanina w Tajlandii z tamtego ostatniego dobrego lata: wojskowe szorty i sandały jak święty Jan Chrzciciel, zbyt dużą koszulkę khaki, a na głowie elastyczną opaskę w kwiaty. Był wielki - były marine, który naturalizował się - z brodą i potężniejącym brzuchem. Pomimo tego ubrania wyglądał zadziwiająco i, co gorsza, złowrogo.
Brałem za pewnik, że Hitch spędził noc w namiocie socjalnym, zajadając ciasteczka przyprawione haszyszem, które dostał od funkcjonariusza niemieckiego korpusu dyplomatycznego, i tymi samymi karmił ją, aż w kulminacyjnym punkcie wyszła z nim, aby podziwiać księżyc odbijający się w falach. O tej porze powinien wciąż spać i nie być taki radosny. Ja też powinienem spać.
Po kilku godzinach spędzonych przy ognisku poszedłem do domu, do Janice, ale nie spaliśmy. Kaitlin zeszła, skarżąc się na przeziębienie, i Janice spędziła wieczór na pocieszaniu naszej córki oraz zwalczaniu plagi karaluchów wielkości kciuka, które skolonizowały ciepłe i tłuste przestrzenie kuchenki gazowej. Zważywszy na to, gorącą noc i już istniejące między nami napięcie, kłótnia przed świtem była nie do uniknięcia.
Zatem ani ja, ani Hitch nie byliśmy świeży i chyba nawet jasno nie myśleliśmy, chociaż poranne słońce łagodną perswazją wydobywało ze mnie fałszywą trzeźwość, przekonanie, że świat tak jasno oświetlony musi być także bezpieczny i trwały. Słońce kładło blask na ciężkie wody zatoki, odnajdywało łodzie rybackie niczym punkciki na radarze, obiecywało kolejne bezchmurne popołudnie. Plaża była szeroka i płaska jak autostrada, droga ku jakiemuś bezimiennemu i doskonałemu celowi.
- Ten dźwięk wczoraj w nocy - powiedział Hitch, jak zwykle zaczynając rozmowę bez jakiegokolwiek wstępu, jakbyśmy rozstali się ledwie na chwilę - jak odrzutowiec marynarki, słyszałeś go?
Słyszałem. Usłyszałem to około czwartej nad ranem, wkrótce po tym, jak Janice poczłapała do łóżka. Kaitlin w końcu zasnęła, a ja siedziałem sam przy kuchennym stole przykrytym powypalaną ceratą, z kubkiem kwaśnej kawy. Radio, ściszone do przyzwoitego szmeru, było nastawione na amerykańską stację jazzową.
Na jakieś trzydzieści sekund sygnał osłabł i zrobił się dziwny. Rozległ się trzask pioruna i jego echo się przeciągnęło („odrzutowiec marynarki" według Hitcha), a chwilę potem zaskakująco chłodny powiew zatrząsł doniczkami bugenwilli Janice na parapecie. Rolety w oknach uniosły się i opadły w delikatnym salucie. Drzwi do sypialni Kaitlin otworzyły się same, a ona odwróciła się w plecionym łóżeczku i powiedziała coś niezadowolona przez sen, ale nie obudziła się.
Chyba to nie odrzutowiec marynarki - to mógł być letni grom, nowo narodzona albo starzejąca się burza mamrocząca do siebie nad Zatoką Bengalską. Nic nadzwyczajnego o tej porze roku.
- Grupa zaopatrzeniowców wstąpiła rano do Duca i wykupiła cały nasz lód - powiedział Hitch. - Kierowali się do daczy jakiegoś bogacza. Mówili, że przy drodze na górę coś się dzieje, jakieś fajerwerki czy artyleria. Rozwalili kępę drzew. Chcesz zobaczyć, Scotty?
- Tak samo jedno, jak i drugie - odparłem.
- Co?
- To znaczy, że tak.
Była to decyzja, która nieodwracalnie zmieniła moje życie, ale taką miałem zachciankę. Winię za to Franka Edwardsa. Frank Edwards to radiowiec z Pittsburgha z poprzedniego stulecia, który skompilował tom wiedzy o najprawdziwszych cudach (Dziwniejsze od nauki,1959), opisujący takie niezniszczalne opowieści ludowe, jak zagadka Kaspara Hausera albo ta o „statku kosmicznym", który eksplodował nad Tunguską na Syberii w 1910. Książka ta i jej dalsze części stanowiły ważną część naszego dobytku, kiedy jeszcze byłem na tyle naiwny, aby brać takie sprawy poważnie. Ojciec podarował mi Dziwniejsze od nauki w podniszczonym wydaniu wycofanym z biblioteki, a ja skończyłem ją - mając lat dziesięć -w trzech nocnych sesjach. Przypuszczam, że ojciec uważał to za swego rodzaju materiał stymulujący chłopięcą wyobraźnię. Jeśli to prawda, to się nie mylił. Tunguska to świat daleki od osiedla za zamkniętą bramą w Baltimore, gdzie Charles Carter Warden osiadł z żoną i jedynym dzieckiem.
Wyrosłem z nawyku wierzenia w takie rzeczy, ale słowo „dziwny" stało się osobistym talizmanem. Dziwny był kształt mojego życia. Dziwna była decyzja pozostania w Tajlandii po wygaśnięciu kontraktu. Dziwne były te długie dni i zaćpane noce na plażach Chumphon, Ko Samui, Phuket; dziwne jak spiralna geometria starożytnych świątyń.
Może Hitch miał rację. Może w okolicy stał się jakiś posępny cud. Bardziej prawdopodobne, że doszło do pożaru lasu albo strzelaniny o narkotyki, ale Hitch mówił, że według zaopatrzeniowców, było to „coś z kosmosu"... więc z kim miałem się kłócić? Byłem niespokojny, mając w perspektywie wysłuchiwanie skarg Janice, co mi się wcale nie uśmiechało. Wskoczyłem zatem na tylne siodełko daimlera, pieprzyć konsekwencje, i pojechaliśmy w głąb lądu w chmurce niebieskich spalin. Nie zatrzymałem się, aby powiedzieć Janice, dokąd jadę. Wątpiłem, by ją to zainteresowało, zresztą wrócę przed zmierzchem.
W tych czasach wielu Amerykanów znikało w Chumphon i Satun. Porywano ich dla okupu, mordowano dla drobnych lub werbowano do przemytu heroiny. Byłem na tyle młody, że nic mnie to nie obchodziło.

Minęliśmy Phat Duc, barak, w którym Hitch teoretycznie sprzedawał sprzęt rybacki, ale w rzeczywistości z powodzeniem zaopatrywał bywalców w miejscową marihuanę, i skręciliśmy na nową drogę wzdłuż brzegu. Ruch nie był duży, najwyżej parę osiemnastokołowek z rybnych gospodarstw c-pro, busów i songthaewów, udekorowanych niczym karnawałowe wozy autokarów turystycznych. Hitch prowadził z werwą i odwagą tubylca, co zamieniało podróż w ćwiczenie kontrolowania pęcherza. Jednak pęd wilgotnego powietrza niósł ochłodę, szczególnie gdy skręciliśmy w boczną drogę w głąb lądu, a dzień był młody i nabrzmiewał cudami.
Im dalej od wybrzeża, tym bardziej Chumphon staje się górzyste. Kiedy skręciliśmy w głąb lądu, mieliśmy drogę prawie wyłącznie dla siebie, aż falanga służby granicznej wyprzedziła nas z rykiem, wzbijając grad żużlu. Na pewno więc coś się działo. Zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej hawng nam, aby Hitch mógł sobie ulżyć, a ja włączyłem moje przenośne radio na anglojęzyczną stację nadającą z Bangkoku. Sporo brytyjskiego i amerykańskieg_ top forty_, ani słowa o Marsjanach. Ale gdy Hitch wracał, kulejąc, minął nas z rykiem oddział tajskiej królewskiej armii, trzy transportery piechoty i parę rozsypujących się wozów bojowych, kierując się w tę samą stronę co miejscowa policja. Hitch spojrzał na mnie, ja na niego.
- Wyciągnij aparat z torby - polecił, tym razem bez uśmiechu. Wytarł dłoń w szorty.
Przed nami, powyżej, spośród rumowiska wzgórz, wznosiła się jasna kolumna dymu lub mgły.

Nie wiedziałem, że moja pięcioletnia córka Kaitlin przebudziła się z porannej drzemki z rosnącą gorączką i że Janice zmarnowała dobre dwadzieścia minut, próbując mnie zlokalizować, nim poddała się i zabrała Kaitlin do kliniki charytatywnej. Lekarz był Kanadyjczykiem i pracował w Chumphon od 2002. Dzięki funduszom podarowanym przez jakiś oddział Światowej Organizacji Zdrowia założył całkiem nowoczesny gabinet. Doktor Dexter, tak go nazywali ludzie z plaży. Człowiek, do którego chodzi się z syfilisem albo z pasożytami jelit. Zanim zbadał Kaitlin, miała blisko czterdzieści stopni i tylko momentami była przytomna. Janice oczywiście szalała. Musiała obawiać się najgorszego: japońskiego zapalenia mózgu, o którym wszyscy czytaliśmy w tym roku w gazetach, albo dengi, która zabiła tylu ludzi w Myanmar. Doktor Dexter zdiagnozował zwykłą grypę (krążyła wśród ludności Phuket i Ko Samui od marca) i naszprycował małą środkami antywirusowymi.

Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem słup przez zasłonę lasu, uznałem, że to chedi odległego watu, jednej z buddyjskich świątyń porozrzucanych po całej południowo--wschodniej Azji. W dowolnej encyklopedii można na przykład znaleźć zdjęcie Angkor Wat. Każdy by ją rozpoznał, gdyby zobaczył w naturze: kamienne wieże relikwiarzowe, które wyglądają dziwnie organicznie, jakby jakiś olbrzymi troll zostawił swoje kości, by użyźniły dżunglę.
Jednak to chedi - a widziałem go coraz więcej, kiedy jechaliśmy serpentyną po długim grzbiecie wzgórza - miało nieprawidłowy kształt, nieprawidłowy kolor.
Wspięliśmy się na szczyt wprost na blokadę Królewskiej Tajskiej Policji, wozów patrolowych straży granicznej i uzbrojonych po zęby ludzi w poznaczonych cętkami rdzy samochodach terenowych. Zawracali wszystkie pojazdy. Czterech żołnierzy skierowało broń na starego hyundaia songthaew pełnego rozgdakanych kur. Straż graniczna wyglądała bardzo młodo i bardzo groźnie. Ubrani w khaki i lotnicze okulary, trzymali karabiny pod nerwowym kątem. Nie chciałem im się sprzeciwiać i powiedziałem o tym Hitchowi. Nie wiem, czy mnie usłyszał. Skupiał uwagę na monumencie - tymczasem będę używał tego słowa - w oddali.
Teraz widzieliśmy go wyraźniej. Siedział okrakiem na wyższym tarasie wzgórza, częściowo zasłonięty pierścieniem mgiełki. Bez konkretnego odniesienia trudno było ocenić jego wielkość, ale domyślałem się, że musi mieć przynajmniej sto metrów.
W swej niewiedzy mogliśmy wziąć go za statek kosmiczny albo broń, ale prawda jest taka, że uznałem, iż to monument, gdy tylko zobaczyłem go wyraźniej. Wyobraźcie sobie ścięty pomnik Waszyngtona wykonany z błękitnego szkła i delikatnie zaokrąglony na wszystkich rogach. Nie miałem pojęcia, kto go zrobił ani jak się tu znalazł - najwyraźniej w ciągu jednej nocy - ale pomijając całą jego obcość, wyglądał na dzieło człowieka, a ludzie robią takie rzeczy tylko w jednym celu: aby obwieścić przybycie, zadeklarować swoją obecność i pokazać swą siłę. Zaskakujące, że zrobili to akurat tutaj, ale nie sposób było przeoczyć jego solidności... waga, rozmiar, powalająca niedorzeczność.
Wtedy podniosła się mgła i zasłoniła nam widok. Podeszło do nas dwóch mundurowych, wyluzowanych i pewnych siebie.
- Wygląda na to - powiedział Hitch, a jego południowo-zachodni akcent był, zważywszy na sytuację, nazbyt leniwy - że niedługo zjawi się tu cała banda dupków ze Stanów i z ONZ-etu, a na dodatek jeszcze więcej tych pierdzielonych BPP-owców.
Nie oznakowany, ale niewątpliwie wojskowy helikopter już kręcił się nad szczytem, wzbijając mgłę.
- To wracamy - powiedziałem.
Hitch pstryknął zdjęcie i schował aparat.
- Nie musimy. Za wzgórzem jest szlak przemytników. Po jakimś kilometrze schodzi z drogi. Niewielu o nim wie. - Znowu skrzywił się w uśmiechu.
Ja chyba też się uśmiechnąłem. W myślach szybko i wyraźnie pojawiały się ostrzeżenia, ale znałem Hitcha i wiedziałem, że nie da się od tego odciągnąć. Wiedziałem także, że nie chcę zostać na tym punkcie kontrolnym bez pojazdu. Hitch zatoczył koło i opuściliśmy
Była druga, może trzecia po południu, pora, kiedy z lewego ucha Kaitlin zaczęła wypływać krwista ropa.

Wybrane dla Ciebie
Po "Harrym Potterze" zaczęła pisać kryminały. Nie chciała, żeby ktoś się dowiedział
Po "Harrym Potterze" zaczęła pisać kryminały. Nie chciała, żeby ktoś się dowiedział
Wspomnienia sekretarki Hitlera. "Do końca będę czuła się współwinna"
Wspomnienia sekretarki Hitlera. "Do końca będę czuła się współwinna"
Kożuchowska czyta arcydzieło. "Wymagało to ode mnie pokory"
Kożuchowska czyta arcydzieło. "Wymagało to ode mnie pokory"
Stała się hitem 40 lat po premierze. Wśród jej fanów jest Tom Hanks
Stała się hitem 40 lat po premierze. Wśród jej fanów jest Tom Hanks
PRL, Wojsko i Jarocin. Fani kryminałów będą zachwyceni
PRL, Wojsko i Jarocin. Fani kryminałów będą zachwyceni
Zmarł w samotności. Opisuje, co działo się przed śmiercią aktora
Zmarł w samotności. Opisuje, co działo się przed śmiercią aktora
Jeden z hitowych audioseriali powraca. Drugi sezon "Symbiozy" już dostępny w Audiotece
Jeden z hitowych audioseriali powraca. Drugi sezon "Symbiozy" już dostępny w Audiotece
Rozkochał, zabił i okradł trzy kobiety. Napisała o nim książkę
Rozkochał, zabił i okradł trzy kobiety. Napisała o nim książkę
Wydawnictwo oficjalnie przeprasza synów Kory za jej biografię
Wydawnictwo oficjalnie przeprasza synów Kory za jej biografię
Planował zamach na cara, skazano go na 15 lat katorgi. Wrócił do Polski bez syna i ciężarnej żony
Planował zamach na cara, skazano go na 15 lat katorgi. Wrócił do Polski bez syna i ciężarnej żony
Rząd Tuska ignoruje apel. Chce przyjąć prawo niekorzystne dla Polski
Rząd Tuska ignoruje apel. Chce przyjąć prawo niekorzystne dla Polski
"Czarolina – 6. Tajemnice wyspy": Niebezpieczne eksperymenty [RECENZJA]
"Czarolina – 6. Tajemnice wyspy": Niebezpieczne eksperymenty [RECENZJA]
ZATRZYMAJ SIĘ NA CHWILĘ… TE ARTYKUŁY WARTO PRZECZYTAĆ 👀