WP

Chciał poznać świat piratów. W ich niewoli spędził 977 dni

W styczniu 2012 r., po ukończeniu cyklu reportaży z hamburskiego procesu piratów somalijskich, Michael Scott Moore udał się do Rogu Afryki, by zebrać materiał do książki o piractwie i możliwościach jego ukrócenia. Chciał dowiedzieć się, dlaczego piraci istnieją. Nie sądził, że wkrótce stanie się ich zakładnikiem.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Piraci wciąż są powszechnym zjawiskiem w Afryce
Piraci wciąż są powszechnym zjawiskiem w Afryce (East News)
WP

Porwany w Somalii tuż przed wyjazdem, poznał od podszewki i podłoże piractwa, i jego okrutną codzienność. W warunkach zdolnych złamać najtwardszy charakter przetrwał 977 dni, nim zebrano okup, jakiego zażądali piraci.

Dzięki uprzejmości wydawnictwa Rebis publikujemy fragmenty książki "Pustynia i morze. 977 dni w niewoli na somalijskim wybrzeżu piratów", autorstwa Michaela Scotta Moore'a. Książka będzie miała polską premierę 2 kwietnia 2019 r.

Przed nami na tle nieba sterczała para minaretów. Zygzakowaliśmy przez niskie zarośla piaszczystym traktem, który Gerlach nazywał "Drogą Piracką”, w stronę Hobyo. Chwilami widać było morze. – Łączy Harardhere z Eyl – wyjaśnił. – Hobyo leży między nimi. Ruchem głowy wskazałem podskakujący przed nami w obłokach pyłu technik. Lufa działka kiwała się na wszystkie strony. – Myślisz, że drony nas obserwują? – spytałem. – Chyba tak! – Gerlach się zaśmiał. Przemknęliśmy obok prostej szarej bryły dużego meczetu. Na dachu między minaretami spostrzegłem dwóch wartowników. Głowy mieli okręcone chustami jak bojownicy dżihadu. W rękach trzymali pistolety maszynowe z podwieszonymi miotaczami granatów. Mowliid powiedział coś do Gerlacha.

WP
Domyślny opis zdjęcia na stronę główną East News
Podziel się

– Mówi się, że trzymają tam zakładników – przetłumaczył przewodnik.
– W meczecie? – zdziwiłem się, wyglądając przez okno.
– Albo gdzieś blisko.
– Wyglądają jak Asz-Szabab. Sądziłem, że ta grupa terrorystyczna nie operuje w Hobyo.
– To muszą być piraci – odparł. – Jeśli więżą zakładników w meczecie, to jest profanacja – dodał oburzony.

– Oni nie są prawdziwymi muzułmanami. Dojechaliśmy do Hobyo. Najpierw zobaczyłem tylko kilka niskich budynków rozrzuconych na piasku, wkrótce jednak minęliśmy większą posiadłość otoczoną tynkowanym murem. Bramę wieńczyła ostentacyjna dekoracja: gipsowy, pastelowo malowany model samochodu terenowego z napisem "LAND CRUISER”. Wszyscy wiedzieli, że młodzi Somalijczycy, którzy się sprawdzą w roli piratów, dostają drogie auta. To było jak szyld: "Tu dostaniesz terenówkę”. Zwróciłem na to uwagę Gerlachowi.

– Tak, to dom słynnego pirata – potwierdził mój domysł.
– Którego?
– Nie wiem.

WP

Przejechaliśmy przez miasto i znaleźliśmy się na szerokiej plaży. Spoczywały tam wyciągnięte na brzeg wielkie białe skify z podwójnymi silnikami przyczepnymi, omywane przez miarowo szumiące fale przyboju. Byliśmy w porcie. Nasz konwój zatrzymał się nieopodal naturalnego pirsu – czarnej skalistej ostrogi. Nasi ochroniarze zajęli stanowiska w poprzek plaży. Hamid zaczął mówić o optymistycznych planach Sa’ad, by zbudować tu port z prawdziwego zdarzenia. Skalny cypel miałby stać się pierwszym funkcjonującym nabrzeżem w Galmudugu.

Pomysł wydał mi się niepraktyczny właśnie z uwagi na skały. Fale rozbijały się o nie fontannami spienionej wody; wiatr rosił nam twarze słonymi kroplami. Okolica wydawała się opuszczona. Ochroniarze byli wyraźnie spięci.

– Widzisz ten statek? – Hamid wskazał duży, przechylony na burtę wrak.
– To chiński trawler. Piraci porwali go w 2010. Wyrzuciło go na brzeg kilka miesięcy temu.
– A załoga?
– Gdzieś w Hobyo. Może w tym meczecie, który mijaliśmy. A więc zakładnicy żyli wokół nas, jakby w świecie równoległym.
– Jeden się zabił – mówił dalej Hamid. – Chińczyk.
– Od dawna ich tu trzymają?
– Jakieś piętnaście miesięcy.

PAP
Podziel się
WP

Wiedziałem, że piraci długo przetrzymują porwanych, fantazjując o bajecznych okupach, lecz na wielu statkach marynarze to zapomniana podklasa. Ashwin cmoknął współczująco.

– Chińczycy nie próbują ratować swoich ani nie płacą okupu – mruknął.
– Zwyczajnie pozwalają im tu gnić. Digsi zwinnie – mimo długiej szaty – wdrapał się na głazy i wygłosił krótką perorę, zataczając ręką łuk w stronę morza. Hamid przetłumaczył, że ocean jest bardziej pusty niż kiedyś.
– Mówi, że porwane statki stały tu rzędem aż po horyzont. Dzisiaj nie ma nic. Niemiecki reporter, który przyjechał tu z Gerlachem w 2011 roku, sfilmował jednostki zakotwiczone pod innym miastem w Galmudugu. W komentarzu porównał widok do portu amsterdamskiego. Digsi chciał się pochwalić, że dzisiaj w jego regionie piraci nie mają takich sukcesów.
– Tylko ten jeden wrak na rafie? – spytałem.
– No właśnie. Ochrona podniosła alarm. Chcieli, żebyśmy wrócili do wozów.
– Piraci nas obserwują – obwieścił Hamid.

Od strony miasta nadjechały dwa samochody i zatrzymały się na piaszczystym wzgórku nad plażą. Zagrzechotała krótka seria z kaemu. Rzuciłem się ku najbliższej kępie krzaków, ale ktoś machnął na mnie, bym wsiadł do wozu. Od huku wystrzałów ścisnęło mnie w żołądku. Wszyscy czterej wgramoliliśmy się do land rovera.

– Michael, oni nie do nas strzelali – uspokajał mnie Ashwin. – Można poznać po odgłosie. Nasłuchałem się w życiu strzelaniny. Walili w niebo.
– Mówisz?
– Brzmiało to jak fajerwerki. To znaczy, że nie w ciebie celują. To tylko strzały ostrzegawcze.
– Okej. – Odchrząknąłem. – A przed czym nas ostrzegają?
– Myślą, że przyjechaliśmy uwolnić zakładników – powiedział Gerlach. – Że jesteśmy z „Atalanty”.– Taki był kryptonim operacji marynarki wojennej Unii Europejskiej.
– Wytłumaczyliśmy im, że jesteśmy dziennikarzami i chcemy pokojowego rozwiązania. Ale w razie potrzeby nasza ochrona jest gotowa do walki.
– Okej – powtórzyłem.

WP

Ochroniarze snuli się po plaży z bronią w rękach. Nie mogłem się zorientować, kto konkretnie „chce pokojowego rozwiązania” – nie widziałem, żeby ktokolwiek rozmawiał przez komórkę – ale po paru minutach chłopaki się rozluźnili i kolejno powsiadali do samochodów.

– Pozwolili nam odjechać z plaży – oznajmił Gerlach. Nasz minikonwój ruszył przedmieściem Hobyo, między niskimi wydmami i sterczącymi z piasku kołkami po starym płocie. Przejechaliśmy dość blisko wyrzuconego na brzeg wraku. Widać było jego bladoniebieską stępkę i rdzawe zacieki na burcie. Ashwin filmował; potem na zbliżeniu dało się nawet rozróżnić nazwę wymalowaną pismem chińskim i alfabetem łacińskim: Shiuh Fu

Znaleźliśmy się przed rzędem domów na skraju miasta. Tęgi czarnoskóry mężczyzna w sarongu i krzykliwym turbanie czekał, aż zaparkujemy. Digsi wysiadł i podał mu rękę.
– To bandyta – powiedział Gerlach, nie spuszczając z nich oka.
– Kto to taki? – spytałem.
– Nasz gospodarz. Z innego rodu Sa’ad.

Zaprosili nas na obiad. Weszliśmy do dusznej izby. Ktoś ją przygotował na przyjęcie gości. Pod ścianami stały sofy obite tkaniną ze złotymi nitkami. Na podręcznym stoliku ustawiono butelki wody i taniego soku z mango. Na siedziskach w równych odstępach leżały kartonowe flagi somalijskie. Z trudem zwalczyłem nagłe poczucie, że wpadłem w pułapkę, znalazłem się bezbronny w kraju, gdzie nikt nie zdoła mnie uratować, jeśli zdarzy się coś złego. W rozpalonym morskim powietrzu natrętnie brzęczały muchy. Nasz barwny gospodarz przedstawił się imieniem Abduelle i oświadczył, że jest merem Hobyo.

WP

Rozejrzałem się za Mohamudem Avale – jego rywalem do tego tytułu – ale gdzieś zniknął. Nowy mer matowym głosem wygłosił przemowę, akcentowaną żywą gestykulacją, którą Gerlach tłumaczył na niemiecki:

– Pragniemy powitać naszych braci klanowych oraz gości z dalekich stron. Zwracamy się z apelem do zagranicznych mocarstw o pilne wsparcie. Potrzebujemy broni i zaopatrzenia do walki z tutejszymi piratami. Wszystkiego, co pomogłoby nam w ich zwalczaniu. Chcemy też współpracy z Atalantą. Wielu Somalijczyków wątpi w to, że Atalanta może być skuteczna.

Było to uprzejme wyrażenie powszechnego w Somalii przekonania, że koalicyjna flotylla międzynarodowa osłania nielegalnie poławiające jednostki rybackie. Sam pisałem o tym kontrowersyjnym problemie; poprosiłem nawet prezydenta Alina o mocniejsze dowody w postaci stosownych dokumentów i zdjęć. O konkrety jednak w tym kraju niełatwo i nic od niego nie dostałem.

Materiały prasowe
Podziel się

– Czy on wie, że nie jesteśmy z Atalanty? – spytałem Gerlacha.
– Już mu to wyjaśniłem.
– Pomoc jest potrzebna jak najszybciej, zarówno wojskowa, jak i gospodarcza – ciągnął Abduelle.
– Tsunami z 2004 roku zrujnowało nam życie. Kataklizm ten zniszczył ogromną liczbę domostw i łodzi rybackich na wybrzeżu. Tysiące ludzi straciło dach nad głową i środki utrzymania. Fale wyrzuciły też na brzeg beczki z toksycznymi odpadami, które w dużych ilościach zatapiały na wodach somalijskich statki zarządzane przez włoską mafię.
– Przekażemy tę wiadomość – obiecałem.

Zapytałem też przewodnika, jak to jest z tym merostwem Hobyo, skoro prawa do tego tytułu rości sobie co najmniej dwóch ludzi.
– On nie jest oficjalnym merem. Nie ma rządowej nominacji. Ale cieszy się poważaniem i poparciem tutejszych klanów. Przede wszystkim zaś wspierają go piraci. Skinąłem głową.
– A gdzie nasz mer, Awale?
– Objeżdża miasto. Dla niego to ważne, żeby go tu widziano. Dołączy do nas przy obiedzie.

Wkrótce też się zjawił. W porównaniu z żywiołowym Abduellem wydał mi się ciapowaty i niepewny. Podano obiad – całe kopce spaghetti, gorącą słodką herbatę, smażone makrele i połcie wielbłądziego mięsa. Muchy, podekscytowane jedzeniem, obijały się nam o wargi, nim zdążyliśmy przeżuć kolejny kęs. Odpędzaliśmy je zatłuszczonymi palcami lub flagami z kartonu, ale był to trud Syzyfa. Pamiętam, co wtedy pomyślałem: w Hobyo muchy są tak samo wygłodzone jak ludzie.

Polub WP Książki
WP
WP
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.
WP