Był dom...
Wtorek, 1 sierpnia. Dostawszy rozkaz, pośpieszyłam w stronę Koszykowej zaalarmować Teresę, po czym wróciłam na Radną, porwałam moją torbę i plecak, pożegna-łam się z Babcią i z Mamą i wybiegłam do powstania!...
Godzina 16.00, pierwszy szok: pędząc na zbiórkę, zderzam się gwałtownie na rogu Krakowskiego Przedmieścia i ulicy Traugutta z „Marią”, jedną ze znanych mi łączni-czek. Nasze guzy na czole puchną w mgnieniu oka, rozcieramy je ze śmiechem, życząc sobie wzajemnie powodzenia i każda biegnie w swoją stronę. Blisko Teatru Wielkiego, na ulicy Alberta 2, w mieszkaniu Ewy i jej mamy zastaję patrol gotowy do czynu, ale bez Heli i Tereski — może jeszcze dotrą przed godziną „W”... Brat Ewy właśnie opuszcza dom i szybko zmierza do swego oddziału.
Lecz już o 16.30 słyszymy pierwsze strzały gdzieś w okolicy i Ewa postanawia wyruszyć niezwłocznie na punkt zborny kompanii „Harcerskiej” na Starym Mieście. Niestety, nie możemy nawet wyjść z kamienicy: niemieckie czołgi i samochody pancerne stoją tuż obok, na rogu ulicy! Teraz strzelanina rozpętuje się na dobre: trzask karabinów maszynowych, wybuchy granatów, pojedyncze strzały...
Zaczyna padać ulewny deszcz. Nadchodzi wieczór i w zmroku, ponad dachami, ukazują się pierwsze pożary... Jesteśmy zniecierpliwione i złe na los: „Tam nasi walczą bez nas! To niesprawiedliwie!”
Mama Ewy przygotowuje garnek zupy, wyciągamy nasze zapasy i na zmianę obserwujemy ulicę, leżąc na brzuchu przed oknem, sięgającym aż do podłogi. Noc — śpimy na czym się da.
Rano sytuacja bez zmian, czołgi na rogu, patrol niemiecki w bramie domu. Wściekłość nas ogarnia — siedzimy tu w pułapce, a tam, tam gdzieś nasi nas potrzebują...!
Czwartek, 3 sierpnia. Nareszcie! Niemcy znikli i powstańcy stoją na rogu ulicy! Korzystamy z tej zmiany, by wybiec jak najprędzej. Miasto jest nie do poznania: ludzie szaleją z radości, ściskają się ze łzami radosnego podniecenia i wzruszenia. Wszędzie chorągwie biało--czerwone, duże, małe, wyciągnięte ze schowków, gdzie czekały na te wymarzone dni wolności. Dzieci, dorośli, starzy, wszyscy chcą pomóc w budowaniu barykad. Niosą, co popadnie: bruk, płyty chodnikowe, beczki, drągi, ciężkie meble, wózki dziecinne, deski, kamienie i worki z piaskiem... Wzdłuż barykady kopią rów, który pozwoli względnie bezpiecznie przebiegać przez ulicę.
Z czasem przebito przejścia z piwnicy jednego domu do sąsiedniego oraz wyjście z piwnicy wprost do rowu przy barykadzie. Można więc było przechodzić z domu do domu podziemnym szlakiem, nie wychodząc wcale na ostrzeliwaną ulicę. Napisy i strzałki, kredą, węglem lub farbą na ścianach przejść wskazywały drogę i numer kamienicy, pod którą się idzie.
W tym trzecim dniu powstania docieramy na Stare Miasto przez podwórka, ogródki, przeskakując murki i ogrodzenia, aby nie wyjść wprost na ulicę, gdzie kule bzyczą nam koło uszu. Wpół drogi, w „Galerii Luksemburskiej”, dwie dziewczyny podchodzą do nas i błagają Ewę, by je wzięła do naszego patrolu. Zostały odcięte od swojej dzielnicy, ale chcą koniecznie być pożyteczne i wziąć udział w walce. Przedstawiają się:
— Jesteśmy siostry, Irka i Halina — a po chwili wahania: — Czy mamy podać prawdziwe nazwisko?
— Nie trzeba.
Irka, drobna, poważna, ma bladą cerę i czarne kręcone włosy, splecione w dwa grube, niedługie warkocze. Halina ma wesołą twarz, skorą do śmiechu, i jasne krótkie włosy. Nie są do siebie podobne. Oczywiście, przyjmujemy je chętnie i od tego dnia „Ewa Maria” liczy siedem członków.
W centrali sanitarnej Starówki otrzymujemy tylko informację, że nasza kompania została wysłana na pomoc obrońcom Woli, gdzie toczą się zacięte walki. Gdy stoimy, zastanawiając się, co ze sobą zrobić, podchodzi do nas niska, energiczna, żywa komendantka oddziałów kobiecych kompanii „104”, „Ryszarda”. Widząc nasze za-kłopotanie (jesteśmy bez przydziału, bez zajęcia i bez noclegu), zabiera nas do swojej kwatery. Lecz na razie jesteśmy potrzebne do transportu zdobycznych materia-łów. Idziemy więc razem z innymi patrolami na ulicę Stawki do świeżo opanowanych niemieckich składów. Znajduje się tam olbrzymia ilość wojskowej odzieży, sprzętu i drobnych żołnierskich przedmiotów. Wracamy nieprawdopodobnie obładowane i już zamierzamy iść na Wolę śladami „Harcerskiej”, ale dostajemy rozkaz przebrania się w niemieckie mundury! Wściekłe, protestujemy — bezskutecznie. Rozkaz to rozkaz. Grzebiemy w stosach odzieży i wreszcie, znalazłszy tu spodnie, tam watowaną kurtkę o niezbyt groteskowych rozmiarach, nakładamy
biało-czerwoną opaskę na rękaw i stajemy przed „Ryszardą” do przeglądu.
_ Już po kilku dniach zrozumiałyśmy, że ten niemiły strój jest naprawdę przydatny: letnia odzież nie pasowała bynajmniej do okoliczności, które nas czekały._
Naszą pierwszą powstańczą noc spędzamy na stołach w fabryce firanek na Świętojerskiej. Przez wybite szyby wieje dokuczliwy, północny wiatr. Marzniemy do kości. Ponadto trzeba parę razy wstawać i „oddać” stoły, by schodzący z pozycji chłopcy mieli na czym się pożywić.
4 sierpnia. Po naradzie z „Ryszardą” „Iza” i Irka wy-ruszają na poszukiwanie „Harcerskiej” i szczęśliwie odnajdują naszą kompanię na Ogrodowej! Ale zanim tam dotrzemy, dołączamy się, na prośbę „Ryszardy”, do drugiej wyprawy na Stawki do składów żywności. Tym razem to już nie żarty, bo ze wszystkich stron dochodzi strzelanina i pokazują się samoloty. Część magazynów się pali, trzeba więc szybko wynieść, ile kto może udźwignąć. Wkładamy wypełnione plecaki, zarzucamy sobie ciężkie worki na ramiona, chwytamy torby — a wszystko pełne zboża, cukru, mąki i konserw. Uginamy się pod ładunkiem, przechodzącym nasze siły. Powrót jest męczarnią. Ramiona i ręce bolą nieznośnie, nogi potykają się o byle co, oczy wychodzą z orbit... Przygniecione ciężarem, ociekające potem, ledwo dyszymy, półprzytomne z wysiłku. Nie śmiemy się zatrzymać z obawy, że nie ruszymy potem z miejsca... a te piekielne samoloty nas wy-patrzyły! Jakiś sierżant woła:
— Szybko, szybko! Skryjcie się za tym murem!...
Akurat...
Ale jakoś przeżyłyśmy ten pierwszy „trening” i pod wieczór, dziękując „Ryszardzie” za pomoc i opiekę, ruszamy nareszcie w kierunku Woli do „Harcerskiej”.
A Wola płonie i wzdłuż naszej trasy lecą bomby...! Ludzie wzywają nas na pomoc do ratowania zasypanych. Więc trzeba zorganizować działanie, uspokoić panikę mieszkańców (nawet i histerię...), ustawić ogonek do wiader z wodą, wysłać kogoś po narzędzia, namówić niechętnych do udziału we wspólnej akcji. Zdecydowany głos Ewy powstrzymuje „wymigiwaczy”... Kilku silnych mężczyzn przychodzi z pomocą i możemy nareszcie iść dalej. Mijamy jakieś podwórko i natykamy się na pierwsze trupy, które tam złożono: mężczyźni, kobiety, starcy, dzieci... Niektórzy ubrani, inni prawie nadzy, przykryci gazetami. Po euforii i entuzjazmie tej doby jest to dla nas wstrząs i przygnębienie. Ale (pozorny?) spokój Ewy działa na nas kojąco. Noc już zapadła i szukanie kompanii w ciemności, w nieznanym terenie, jest zbyt ryzykowne. Na dodatek jesteśmy półżywe ze zmęczenia i głodu, więc Ewa zarządza nocleg: po krótkiej wspólnej modlitwie dzielimy się resztkami kanapek i zasypiamy na ławach w sali sądów na Lesznie.
Sobota, 5 sierpnia. Już rano, ku wzajemnej radości, odnajdujemy naszą „Harcerską”. Wiadomości z miasta i ze świata są dobre: centrum Warszawy jest w rękach powstańców, z wyjątkiem głównych arterii Północ–Południe i Wschód–Zachód; walka trwa w dzielnicach peryferii; armia radziecka jest już blisko i lada dzień wkroczy na Pragę; alianci troszczą się o nasz los...
Nie tracąc czasu, wysyłają nas do pracy przy produkcji improwizowanych granatów. Zadanie nie jest trudne: za pomocą drewnianego tłuczka ubija się w starej puszce od konserw drobne kawałki żelastwa zmieszane z materiałem wybuchowym. Specjaliści wmontowują w nią detonator. Te prymitywne „filipinki” będą często ratowały sytuację powstańców wobec dramatycznego braku lepszej broni.
Na Woli ogień szaleje; rozchodzi się wieść o masowych egzekucjach ludności cywilnej. Niesie ją przerażony tłum uciekający do Śródmieścia. Niemcy i ich ukraińscy wspólnicy masakrują bez różnicy cywilów i powstańców, z rannymi i z personelem zajętych szpitali włącznie.
Pierwszego sierpnia Adolf Hitler i Heinrich Himmler ogłosili wspólny rozkaz dla oddziałów usiłujących stłumić powstanie: „Każdy mieszkaniec musi być zgładzony, nie wolno brać jeńców. Warszawa ma być zrównana z ziemią. W ten sposób stanie się odstraszającym przykładem dla całej Europy!...” Na Woli zginęło około 40 000 ludności cywilnej.
Wracamy na noc do sądów na Lesznie, ale około pół-nocy alarm podrywa nas na nogi: — Natychmiast na Okopową!
Prowadzi nas łączniczka „Parasola”. Wokoło wszystko się pali, jest jasno jak w dzień. Księżyc świeci i jego zimna, srebrna poświata zlewa się z gorącym, płomiennym blaskiem pożarów w dziwnie błękitnawy, migotliwy pył. Idziemy przez wertepy, dziury w murach, chybotliwe deski nad rowami, zwisające druty, przez ruiny, podwórka — prawie po omacku. Nigdy nie potrafiłybyśmy wrócić stamtąd same, bez łączniczki. Dostajemy polecenie przygotować punkt sanitarny na czwartym piętrze domu na rogu Okopowej i Żytniej. Z okna mamy rozległy, przejmujący widok na płonącą dzielnicę, na ludzi, którzy, jak duchy, w pośpiechu i w głuchej ciszy budują barykadę pod tym właśnie domem. Strzelanina, wybuchy pocisków czołgowych, odgłosy walki i ogień, ogień... Czekamy. O świcie odwołano nas z powrotem do sądów, do ewakuacji znajdującego się tam szpitala.
Niedziela, 6 sierpnia. Od rana nosimy rannych, lekarstwa, sprzęt i materiały sanitarne z Woli do szpitala maltańskiego, bliżej Śródmieścia. Wtedy właśnie dolatuje do nas daleki pomruk silników samolotowych... To nie sztukasy... czyżby?... Od pierwszego dnia spodziewaliśmy się pomocy aliantów i oto lecą! Maleńkie sylwetki, wysoko, bardzo wysoko nad dymami.
— To nasi, nasi! — woła ulica. Ludzie się ściskają, wydają entuzjastyczne okrzyki:
— Nareszcie! Zobaczyli nas i wrócą! Już nie jesteśmy sami!
Niemieckie działa przeciwlotnicze strzelają na wszystkie strony bez rezultatu: halifaksy znikają gdzieś w przestrzeni. Za to nagle tuż nad ulicą pojawiają się sztukasy i rzucają bomby na sąsiednie domy!... Znowu robota dla nas...
W drodze do szpitala maltańskiego dogania nas tłum ludzi przerażonych do obłędu, niezdolnych wypowiedzieć czegokolwiek; zakrwawiona odzież w strzępach. Biegną prosto przed siebie, gdziekolwiek, byle szybciej, byle dalej. Dowiadujemy się w końcu, że zostali brutalnie wyciągnięci z domów na Królewskiej i na Krakowskim Przedmieściu i pognani przed czołgami, które atakowały nasze pozycje: ludzka tarcza, której niedobitki uciekają na oślep...
Płonące ulice, duszący dym, lament i panika, ranni coraz ciężsi do niesienia, trupy na każdym kroku — oto obraz naszych pierwszych dwóch dni akcji. Nie tegośmy się spodziewały.
Tymczasem, podczas gdy my dźwigamy i dźwigamy — to rannych, to sprzęt — nasza kompania dostała rozkaz wycofać się z Woli do Starego Miasta. Mobilizujemy resztki sił i energii, by dojść na Kilińskiego 1/3, do kwater batalionu „Gustaw”, a więc i „Harcerskiej”. Dostajemy pokój i kolację (skromną, ale jakże pożądaną!) i nareszcie lokujemy się na noc na materacach. Jesteśmy tak zmęczone, że ten względny komfort wydaje się luksusem.
Kwatery na Kilińskiego 1/3 mieszczą się w czteropiętrowym budynku, w kształcie podkowy, wokół niewielkiego podwórza. Szeroka brama zamyka je od strony ulicy, a w głębi rośnie kilka drzewek na małym zieleńcu. Parter domu i piwnice zajmują szpital oraz kuchnia i magazyny. Na piętrach kwaterują kompanie batalionu, „Anna”, „Aniela”, „Harcerska”, „Gertruda” i dowództwo „Gustawa”. Wszystkie patrole sanitarne są zgrupowane na trzecim piętrze lewego skrzydła budynku — w sumie trzydzieści dwie dziewczyny. Każda kompania ma dwa patrole sanitarne i swoich łączników.
Nastrój w naszej grupie jest doskonały; zżyłyśmy się przez te dwa dni tak, że często pytają nas, czy „Ewa Maria” pochodzi z tej samej szkoły i czy znamy się od lat. A tymczasem poznałyśmy się krótko przed pierwszym sierpnia, nie mówiąc już o Irce i Halinie, które tylko co do nas dołączyły. Zgoda i serdeczna przyjaźń nadają naszemu patrolowi siłę i skuteczność. Wszystkie pochodzimy z kół harcerskich, mamy te same przekonania i ten sam ideał. Irka i Halina dopasowały się do nas całkiem naturalnie, choć właściwie prawie nic o nich nie wiemy.