Bombel
Lada chwila przyjdzie Pietrek i muszę zacząć szybciej mówić, żeby zdążyć się sobą nacieszyć. Bo coś bym jeszcze poopowiadał, mój głos przyjemnie brzmi, odbija się od ścian przystanku i wcale nie wylatuje dalej, tylko dudni o drewno, jest suchy i stłumiony, poważniejszy, niż kiedy mówię normalnie. Jest teraz głęboki, z podwójnym dnem, jak ksiądz, który odprawia liturgię, odwrócony, majestatyczny, ogromny, i częściowo niezrozumiały. Bo czasami to, co wypowiem, mi umyka. Chlapnę coś i jestem zdziwiony. Ale o tym już wspominałem. Ten głos krzyżuje się ze sobą i rozchodzi się jak światło. To zauważyłem już dawno. W szparach między ścianami, gdy świeci słońce albo gdy w szopie taki pojedynczy snop wpada przez dziurę po sęku i odkrywa cały kurz zawieszony w powietrzu, wszystkie drobiny drewna, bo ten kurz jest drewniany i drobniejszy od wszystkiego, tak drobny jak powietrze. I dzięki tej dziurze po sęku, dzięki tym szparom wiem, że światło rozchodzi się po liniach prostych. Tak samo, jak teraz mój głos. Tylko jak
się opiję, to wszystko się zagina, nie przerywa, no może czasami, ale najogólniej się zagina, jak guma albo linoleum.
Co jest? Pietrek powinien już być, a ja chyba się pocę i robi mi się słabo, jak myślę o tym, że może nie przyjść, bo jakby się tak zastanowić, to skąd we mnie wzięła się taka właśnie myśl, że on ma przyjść tak rano? Sam sobie wmówiłem, żeby tu dalej siedzieć, marznąć i mieć nadzieję. Bo niby dlaczego miał przyjść? Wszystko mi się pomieszało.
Najlepiej byłoby, gdyby przyszedł przed ósmą, jeszcze przed przyjazdem autobusu. A potem, gdybyśmy mieli szczęście, może jakiś mój anioł stróż mógłby pomyśleć akurat: biedny ten Bombel, miał straszne życie, matka go nie kochała, ojciec bił, a żona okazała się kurwą, całe jego życie to pech, zrobię dla niego coś dobrego, bo tak naprawdę ten biedny Bombel był mi zawsze obojętny, załatwię mu ten jeden raz dobrego kierowcę, który ze względów chrześcijańskich przymknie oko na jego brak biletu. I wszystko stałoby się zupełnie jasne. Wchodzimy do autobusu, ja i Pietrek, skromni, ale dumni, dzień dobry, dzień dobry, ładny dzisiaj dzień, no ładny, ale trochę jakby za dużo chmur, potem siadamy, a przed nami jakieś dwie schludne kobiety, którym mówię, że mają ładnie dobrany bukiet zapachowy dezodorantu z szamponem, a one na to dziękują i pytają, czy mogą usiąść mi na kolanach, bo jestem taki uprzejmy. A kierowca puszcza sobie spokojnie muzykę, wszyscy dookoła się uśmiechają, jest pięknie i nikomu nie przeszkadza, że
nie mamy biletów. Mogłoby tak być. Gorzej, jak cham poczuje, że od niego coś zależy, przypomni sobie wtedy, że w domu czeka na niego gruba żona z ogromnymi półdupkami, a każdy jeden taki bochen jest jakby osobną dupą, i że z nią odpadają już na wstępie wszelkie sprawy o delikatnym zabarwieniu seksualnym, a wszystko to za sprawą tłuszczu, który chroni lepiej niż żelazne majtki na klucz. I może wszystko byłoby w porządku, gdyby na każdym kroku nie widziało się kobiet zesłanych prosto z nieba. Bo one są już wszędzie: na obrazkach, w gazetach, telewizorach, kalendarzach. I takiemu w sumie biednemu kierowcy wtedy się wydaje, że największy grubas na świecie należy do niego, a on jest tym ostatnim i musi tańczyć z wilkami, i kiedy przypomni sobie to wszystko, wielki, kurwa mać, kierowca autobusu PKS, pan i władca, pan życia i śmierci, przeznaczenie z wąsami, to wtedy pyta: „A gdzie bilecik? Miesięczny czy sprzedać?”, a pajac widzi, że nie ma do czynienia z milionerami. Ale gdyby wszystko ułożyło się po mojej myśli,
moglibyśmy podjechać pod granicę i kupić tani alkohol, tanią wódeczkę, bo Pietrek miał przynieść trochę grosza, a jak nie wódkę, to chociaż wino, bo tańsze, lepsze i większe.
Już możemy przekraczać granice państwa, wszystko już załatwione, prawo pozwala, paszporty są, wszystko jest. Minął rok od daty zero, kurwa, ale wtedy się działo, aż na samą myśl chce mi się trochę śmiać, a trochę płakać, z odrobiną strachu i do jednego, i do drugiego. Korci mnie coś, żeby zaraz o tym sobie opowiedzieć, usłyszeć wszystko, od początku, poprzez środek, aż do końca. Ale to było już dawno, rok to dawno, pół roku jeszcze nie, ale całe dwanaście miesięcy, tyle pór roku pomiędzy, tyle czasu, aż sam się dziwię, że człowiek potrafi pamiętać coś tak długo. Ale jak dni się nie różnią, jak w tym ciągu zmienia się tylko wystrój zewnętrza, temperatura i wszystkie inne amplitudy, trudno jest pamiętać cokolwiek, bo wszystko się zlewa. Jak piliśmy jeden dzień, drugi, trzeci i wszystkie następne, to po jakimś czasie cały komplet pamięta się jak jeden dzień.
Ale tamtą wyprawę z Pietrkiem będę pamiętał zawsze, komplet czy nie komplet, zlewa się albo i nie. Do teraz jak widzę kogoś czarniejszego, o brązowszej skórze dokładniej i mianowiciej, trochę mam w porach i zaczynam się rozglądać, czy nie ma ich więcej, czy za jakimś krzakiem nie kryje się jakaś tajna broń Hitlera, jakieś wspomożenie artyleryjskie, jakiś pięciu cygańskich obdartusów z nożami, pałkami i chuj wie jaką jeszcze bronią białą domowego wyrobu i użytku. Bo z czarnymi nigdy nic nie wiadomo. Mądrą miałem matkę, że w kołysce straszyła mnie Cyganami, bo do teraz została mi jakaś taka ostrożność, taki zmysł obserwacji czarnych, że jak się jakiś pojawia w kącie oka, od razu zapala mi się czerwona lampka na alarm generalny, biją dzwony i mam się na baczności. Czasami przyjadą do wsi sprzedawać dywan, który, kurwa, założę się o obcięcie ręki albo winko, wcześniej zajebali w jakiejś innej wsi, gdzieś daleko od nas, żeby się nie rozniosło. Ale i tak się roznosi, bo to są czarni, Cyganie, ktoś ich tak nazwał,
nie? Tylko kobitki mają gorące, taką Cyganeczkę z czarnymi węglowymi włosami to ja bym używał prawidłowo i zgodnie z przeznaczeniem, zero by mi w kuchni robiła, ja nawet mógłbym gotować, prać i sprzątać. Przywiązałbym ją do łóżka, tylko nie za ręce, bo te by się jej przydawały. No, ale powracając do tego, o czym mówię, przychodzą z tym dywanem do nas, do naszej wsi, szukają niby kupca, niby tego tamtego, ładny i tani, normalnie, pani, okazja, człowiek się zastanawia, przy okazji jeszcze do tego dywanu dorzucą gratisowo pierścionek z nierdzewnego złota, człowiek się zastanawia, mówi wreszcie, że nie, bo nie, i już, Cyganom się nie będzie przecież tłumaczył, a oni, że niby już idą, niby się ociągają i pani, pani, kup pani dywan, bo okazja się nie powtórzy... kurwa, pewnie, że się nie powtórzy, bo ludzie już drugi raz sobie nie dadzą dywanu ukraść, no i wychodzą, dom był pełen ludzi, dzieci, mąż, synowa, szwagier, wnuki, sąsiadka na kawie, a tu się okazuje, że nie ma złotych łańcuszków, co to dzieciaki dostały
na pierwszą komunię świętą połączoną z pierwszą spowiedzią, tak samo świętą albo nawet i bardziej, bo bez niej nie byłoby tego pierwszego, a te łańcuszki były schowane w kredensie. Nie ma czasami telewizora, akurat jak nikt nie oglądał, to wynosili, nie ma mężowej skórzanej kurtki i innych wartościowych dupereli.
Przed wojną też tu byli, kilku na stałe, nie wiem na pewno, bo nie pamiętam, byłem za młody, powiedziałem, ile mam lat, wcześniej, a z tego wynika, że sam tego nie mogłem widzieć i nie wiem, jak to wszystko wyglądało przed wielką wojną. Ktoś mi o nich opowiadał, Kapitan kiedy się opił być może płakał nad ich losem, bo może to i czarni, może i ich nienawidzę i skopałbym od razu takiego, jakby mi bez pytania wszedł na podwórko, ale grunt to nie popadać w przesadę, a to, co się stało z nimi, to tylko płacz i zgrzytanie zębów. Czasami jak się opiję, to rośnie we mnie jak drożdżowe ciasto żałość na nich wszystkich, płacz, co bez pytania mi wyciska wodę przez oczy, i wtedy najlepiej przytulić się do przyjaciela i wypłakać mu się w ramię, mając przed oczami wszystkich czarnych, wszystkich ludzi, którzy kiedyś byli a teraz ich nie ma.