Bogumiła Wander o zakazanej miłości do kapitana

"Spowiedź Kapitana" to opowieść Krzysztofa Branowskiego, żeglarza i legendarnego kapitana o życiu na morzu i wielkiej miłości do Bogumiły Wander. Publikujemy fragment książki współautorki, Beaty Biały, poświęcony rozmowie z Wander o romansie z Baranowskim.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Bogumiła Wander
Bogumiła Wander (PAP)

O miłości chciałam z panią porozmawiać…
Do Krzysia, tak?

Tak. Jesteście razem 40 lat, a on wciąż, patrząc na panią, ma błysk w oczach.
Nie zwracam na to uwagi. Nie znam się na tym, czy jest błysk, czy go nie ma. Jesteśmy sobie bardzo oddani i kochamy się, wspieramy, wszystko sobie mówimy – to się liczy najbardziej.

Kiedy się poznaliście?
Przyjechał z samotnego rejsu i był bal u architektów.

Słyszała pani o nim wcześniej?
Oczywiście, dudniło ze środków przekazu. Jego samotny rejs to było wydarzenie. Na balu byłam z koleżankami. Potem Krzyś powiedział, że już wtedy mnie wypatrzył. Ja też go widziałam, wszyscy zresztą zwrócili na niego uwagę – był bohaterem. Ale my takie „hi,hi,hi”, „ha,ha,ha”, jak to młode kobiety. Żadna jednak nie myślała o bliższej znajomości z kapitanem. Zresztą wiadomo było, że jest żonaty. Ożenił się z wdową z maleńkim synkiem. Jego mama z tego powodu bardzo cierpiała. Miał wspaniałą matkę, była lekarzem. Ojca już nie pamiętam, wiem, że po wojnie wyemigrował do Stanów, a mama dostała przydział do Kędzierzyna-Koźla i przyjmowała tam w szpitalu. W domu też przyjmowała. Wiem, bo tam byłam. Krzysztof woził mnie do mamy. Pokochała mnie miłością wielką. Była szczęśliwa, że Krzyś jest ze mną. Nie wiem, dlaczego nie odpowiadała jej poprzednia synowa. Wspierała mnie. Ja znowu też nie byłam taką dobrą partnerką, bo...

...bo miała pani męża i dziecko.
Tak. Marek był zawsze dla mnie bardzo ważny. Długo nie mogłam odejść od męża, bo bałam się, że skrzywdzę w ten sposób mojego syna. Pamiętam, jak przyjechaliśmy do niej, do Kędzierzyna-Koźla. Krzyś nienawidzi dymu, ja paliłam, ona paliła, więc siedziałyśmy w kuchni. Krzyś, jak przyjeżdżaliśmy do mamy, zakładał taką śmieszną piżamę w paski, zawsze na niego czekała, i szedł spać, a my w tej kuchni gadu-gadu, gadu-gadu prawie do rana. Miałam więc bardzo dobrą relację z matką i ona liczyła na to, że jak najszybciej się pobierzemy.

Krzysztof Baranowski i Bogumiła Wander ONS.pl
Podziel się

Ale to trudna decyzja, gdy ma się dziecko?
Tak jej nawet powiedziałam, że przecież mam dziecko. A ona na to: „Jeśli go kochasz, to powinnaś te sprawy uregulować”. I tak się stało – pogoniła mnie. Kiedyś zadzwoniła do mnie i powiedziała: „Tak się nie robi. Wybieraj: albo tak, albo siak”. Ale w gruncie rzeczy bardzo była dobra. Potem kochałyśmy się bardzo. Życzyła sobie, żeby po śmierci rozsypać jej prochy na morzu. Ale Krzysio długo nie wypływał w rejs, więc przez parę miesięcy urna z jej prochami stała u nas. Gadałam z nią, kurz zdejmowałam z urny. A w końcu wypłynął i spełnił życzenie mamy.

A pamięta pani, jak się poznaliście?
Zobaczyłam go w telewizji. Wszystkie dziewczyny go zauważyły. Bo Krzyś dostał od naszego ówczesnego dyrygenta (jak go nazywałyśmy) – pana Szczepańskiego – propozycję, żeby budować żaglowiec. Szczepański to była postać bardzo nieciekawa – dobierał się do dziewczyn. I on właśnie chciał, żeby Krzysztof wybudował żaglowiec, żeby telewizyjne Bractwo Żelaznej Szekli miało swój własny. Dostał też pracę w telewizji. No i dziewczyny piszczały: Baranowski, Baranowski... Na mnie to nie robiło wrażenia.

Kiedy to się zmieniło?
Pamiętam, jak któregoś dnia zamówiłam taksówkę na Woronicza, bo w tamtych czasach można było zamówić taksówkę na dziedziniec. Stałam i czekałam, aż przyjedzie. Niespodziewanie podszedł do mnie. „Czy mogę panią podwieźć?” – zapytał. „Zamówiłam taksówkę”, „To niech pani odwoła, odwiozę panią”, „Ale nie będzie panu po drodze”, „Wydaje mi się, że będzie”. Taka gra. No i rzeczywiście zrobiłam tak, jak mnie prosił. I odwiózł mnie na Saską Kępę, na Dąbrowiecką, a on mieszkał w Wesołej. Pożegnałam się i wysiadłam. Następnego dnia powiedziałam koleżankom i śmiały się ze mnie, że coś się zaczyna. A potem napisał do mnie list. Był na jakimś festiwalu morskim, już nie pamiętam tej miejscowości. I to przyszło na adres domowy. „Do tej pory wystarczało mi, że mieszkamy w jednym mieście, ale już mi nie wystarcza”. Ładnie to napisał, prawda?

Nic, tylko się zakochać.
No i się zakochałam. Ale wyjeżdżałam z byłym mężem za granicę. Miał w Brukseli prowadzić firmę ekonomiczną – już nie pamiętam, jak to było. W każdym razie mieszkałam tam przez parę lat. Ale cały czas przysyłał listy – na poste restante. Ciągle biegałam na pocztę. Pamiętam, że w futrze odprułam podszewkę i tam chowałam listy od niego, przekonana, że nikt tam nie zajrzy. I tak było.

Pierwszego męża poznała pani...
Na festiwalu w Sopocie. Był tam też mój brat, Włodzimierz Wander, który grał w Niebiesko-Czarnych na saksofonie, i jego żona Dana Lerska, która zdobyła pierwsze miejsce. Z pierwszym mężem mieszkaliśmy najpierw na Starówce. Był typowym bon-vivantem, ale znał wiele języków.

Rozstała się z nim pani jednak i ponownie wyszła za mąż. Dlaczego?
Bo ten drugi bardzo się o to starał. Poznałam go przez Janka Suzina. Był jego przyjacielem, razem polowali. Janek z żoną też mieszkali na Saskiej Kępie. Był handlowcem, który dużo jeździł po świecie, na wysokim stanowisku. Bardzo szybko zmusił mnie do ślubu. Ale małżeństwo właściwie nie istniało. On widział, że tego uczucia w stosunku do niego nie ma. I wiedział też, że poznałam Krzysztofa. Zaproponował mi, żebym mu się zwierzała, że nie zrobi mi krzywdy. I tak było. Wyjeżdżał na przykład z domu, z Dąbrowieckiej, a ja miałam zgodę na to, żeby zaprosić Krzysztofa.

Naprawdę o tym wiedział?
Wszystko wiedział. To był jego warunek. Wiedział, że go nie kocham, ale chciał, żebym była z nim. Pozwalał mi na te spotkania, nie miał pretensji. Kiedyś mnie nawet zawiózł na takie spotkanie, gdy mieszkaliśmy w Brukseli. Krzyś napisał w liście, że w Amsterdamie będzie miał regaty. Mój mąż zawiózł mnie do Amsterdamu, żebym mogła się z nim zobaczyć. Weszłam na pokład „Pogorii”, a Krzyś był oblegany przez ludzi, którzy chcieli z nim porozmawiać. Skoncentrowany był na regatach, a nie na mnie, wyczułam to. Strasznie mi było przykro. Kiedy wracałam samochodem z moim mężem, zrobiło mi się niedobrze. „Zatrzymaj się, źle się czuję” – poprosiłam. I wtedy coś w nim drgnęło. Pomyślał, że może mi przejdzie. Ale nie przeszło. No i tyle lat jesteśmy razem. Ale on nie żyje od dawna, więc nie chcę za dużo o nim opowiadać.

Ale próbował jeszcze walczyć o pani uczucia?
Walczył. Wywoził mnie za granicę, zabierał w dalekie podróże, na przykład samolotową podróż dookoła świata. Żeby być jak najdalej, nie na miejscu. Myślał, że to minie, bo wiedział, że Krzyś ma rodzinę. Nie chciał się zgodzić na rozstanie. „Słuchaj, ja nie mogę tego zrozumieć, co on wyprawia z tobą, dlaczego nie daje ci wolności?” – zapytał mnie kiedyś Krzyś. Bo chciałam się z nim rozwieść i wszystko uregulować. No ale słabego zdrowia był, szybko odszedł z tego świata.

A co stało się z listami?
Nie wiem, może wzięłam, może nie wzięłam. Miałam poważniejsze sprawy, ponieważ do Brukseli przyjechali moi rodzice. Pewnego dnia ojciec źle się poczuł i powiedział, że będzie wracał do Polski. Musiałam wracać z nim. Właściwie ojciec sam pojechał, potem dostałam wiadomość, że źle się czuje. Jak to było, że wróciłam i miałam w Bristolu pokój? Pamiętam, że bardzo chciałam spotkać się z Krzysztofem. Myślałam, że się ucieszy, że się zobaczymy, a on wpadł na chwilę w granatowej kapitańskiej kurtce, przywitał się i zniknął. Bardzo zależało mi na tym, żeby z nim przez chwilę pobyć, ale jego to nie interesowało, był tak zajęty swoimi sprawami. Bardzo było mi przykro. Może ciążyła mu ta znajomość, tak przypuszczam. Bo jednak wymagałoby to rozstania z żoną.

I co pani wtedy pomyślała?
Że nie jestem dla niego najważniejsza. Przyjechałam wtedy, ponieważ mój ojciec bardzo źle się czuł i wkrótce umarł. Musiałam załatwić wszystkie formalności, pojechać do Łodzi, zorganizować pogrzeb...

Potrzebowała pani, żeby ktoś panią przytulił. Krzysztof był tym mężczyzną, który dał pani wsparcie w tym trudnym czasie?
Tego nie było. Faceci lubią być egoistami. Albo nie odczuł tego tak, tylko myślał o swoich sprawach. To mnie bolało.

Ale jednak w końcu zdecydowała się pani z nim zamieszkać.
Tak. Ale najpierw spotykaliśmy się po cichu, nikt nic nie wiedział – ani moje przyjaciółki, ani rodzina. Tylko mój mąż. W handlu zagranicznym pracował, miał dom na Saskiej Kępie. Przedwczoraj tam byłam, co ci ludzie zrobili z tej pięknej dzielnicy, koszmar! Nie chciałabym wrócić na Dąbrowiecką.

Łatwo było zostawić bezpieczny port – dom na Saskiej Kępie, bogatego męża?
Ale Krzyś też chorował. Muszę to powiedzieć. On miał problemy – przez tę wodę – z kręgosłupem, no i był w Otwocku w szpitalu, wisiał na specjalnym wyciągu. Odwiedziłam go. Ale życie pod jednym dachem – to była daleka droga.

Dlaczego pani tak długo się nie decydowała?
Mój Maruś. Pani wejdzie do internetu, zobaczy Marusia. Marek Żołędziowski. Spełniony. Znający języki. Kiedyś zapowiadałyśmy z Krysią Loską koncert w Operze Leśnej. I tam Magda Mołek powiedziała do mnie: „Oj, pani Bogusiu, jak się pani syn Marek żenił, to wszystkie dziewczyny w Warszawie płakały”. Jak jej nie lubić? Bardzo ją lubię. Maruś jest przystojny, ma bardzo dobre serce, jest dojrzałym mężczyzną, ma dwójkę dzieci. Dopiero był u mnie z dziećmi, powiedział: „Mama, idź do dobrego fryzjera, zrób sobie pedikiur i manikiur, błagam”, i rzuca mi kupę pieniędzy. Mówię: „Przecież ja mam pieniądze, o co ci chodzi, po co te pedikiury?”. Bo samej to jakoś trudno jest. „Ale, mamo, ja ci daję”.
Ile Marek miał lat, kiedy powiedziała mu pani o Krzysztofie?
Nie był całkiem dorosły. Ale był już dojrzały. Może wyczuwał coś, może nie. Nie będę za niego odpowiadać, musiałabym go zapytać. Ale nie wracamy do tego ani myślą, ani rozmową, to w ogóle nie ma znaczenia. Jak do mnie dzwoni – przecież stary chłop – to pierwsze słowa to jest: „Mamcia?”. I bardzo szanuje Krzysia. Lubi go. Jak się spotykamy rodzinnie, to sobie z Krzysztofem normalnie gadają. Przecież ludzie zmieniają czasem życie.

Był moment, kiedy zamieszkaliście już razem, a później pani jednak wróciła na Saską Kępę.
Do Marka. Nie mogłam tego przeżyć, to było zbyt trudne, żebym zostawiła dziecko, a zamieszkała z mężczyzną, którego kocham. Wynajmowaliśmy wtedy w Radości taką komóreczkę. Byłam tam stosunkowo krótko.

Pani Bogusiu, dlaczego ślub wzięliście niedawno, bo dopiero 12 lat temu?
Dawno.

Ale biorąc pod uwagę wasz staż, to po wielu, wielu latach.
No długo to trwało.

A dlaczego zrobiliście to w tajemnicy?
Nie chcieliśmy rozgłosu.

Ale ten ślub był ważny, prawda?
Niech pani Krzysia zapyta.

A jak pani znosi długie podróże męża, jak choćby tę drugą dookoła świata? Trwała rok.
Pewnego dnia powiedział, że ma plany, żeby znowu opłynąć samotnie świat. Patrzył na mnie, na to, jak zareaguję. „No jak chcesz, to płyń” – powiedziałam. I ja go odwiedzałam na trasie. Płynął dookoła świata, a ja dolatywałam, raz nawet na Seszele z moim Marusiem. Maruś wziął kolegę i mamy z tej podróży bardzo miłe wspomnienia. Jeszcze dwa czy trzy lata temu pływałam z nim na „Pogorii”.

Naprawdę lubi pani takie żeglarskie życie? Jest pani kobietą luksusową, w domu ma pani przestrzeń, wygodę, a na statku...
To było fantastyczne! Siedziałam sobie na ławeczce, kiwało nas trochę, a to któreś z młodzieży podeszło pogadać, a to jakiś gość tam płynął, przyszedł, posiedział, pogadał. Poza tym to nie były takie długie odcinki, na dwa dni, dwie noce, i już jest nowy port, znów coś ciekawego, wychodzi się na ląd.

Przeżyła pani jakiś sztorm? Jakieś niebezpieczne sytuacje?
Tak, były takie sytuacje. Ale ja mam swojego kapitana.

A jak znosi pani czas, kiedy on wypływa sam, bo takie też są przecież?
Już teraz nie. Ale wtedy – już mówiłam – to było na przykład w drugim rejsie dookoła świata, dolatywałam do różnych portów. Rejs trwał długo, ale on miał satysfakcję. A ja w tym czasie budowałam dom. Teraz Krzysztof mi uświadamia, że jesteśmy już na emeryturze i utrzymanie naszego domu pochłania ogromne ilości pieniędzy. Przyzwyczaić się trzeba do tego, że musimy na dwa pokoje czy trzy z kuchnią zamienić, a to sprzedać. A to nie jest tak łatwo sprzedać. Ale teraz jedziemy do Grecji. Mój Maruś właśnie nam umówił wyjazd do Grecji, w bardzo ekskluzywnym hotelu. Powiedział: „Powinniście leżeć przy basenie i winko pociągać...”. Mój Maruś właściwie wychował się w Grecji, bo ja go zabierałam, kiedy był malutki. Kocham Grecję, często tam jeździliśmy. I teraz on na Dzień Matki kupił nam takie wczasy. Udał mi się ten mój Maruś.

Materiały prasowe
Podziel się
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.