Biały kamień
Nie znałam mojego pradziadka.
Urodziłam się czternaście lat po jego śmierci.
Kiedy miałam pięć lat, znalazłam się pewnego dnia w domu, gdzie skrzypiała podłoga z jasnych sosnowych desek, a w sieni stały wiklinowe kosze pełne zielonego agrestu. Ktoś mnie zawołał. Otworzyłam drzwi i weszłam do przestronnej kuchni. Na łóżku siedział stary człowiek i uśmiechał się. Wyciągnął do mnie rękę.
- Jestem twoim pradziadkiem - powiedział.
Nic więcej nie pamiętam.
Trzydzieści lat później mój ojciec mówił: - Nasz dziadek był pięknym mężczyzną. Przeżył dobre życie. O wnukach mawiał: "moje gienierały".
W ciszy, która nas otacza, można czasem usłyszeć dalekie głosy. Wydaje się, jak gdyby mówiło jednocześnie wielu ludzi stojących pod wielką ścianą. Jeden z nich odchodzi na bok, zbliża się. Teraz słyszysz wyraźniej, słowa nabierają sensu. Jego głos cię przyzywa. W chodzisz do jasnej kuchni. Na łóżku siedzi ktoś, kogo widzisz pierwszy raz w życiu. To najbliższy ci człowiek na ziemi. Patrzycie na siebie.
Czujesz, że to początek świata. Twojego świata.
– Anisja, gdzie są moje buty? – Pradziadek stał pośrodku kuchni i rozglądał się bezradnie.
– Buty, buty, myślałby kto, że buty są najważniejsze – powiedziała Anisja i odwróciła się.
– A tak, bo jak umrę, to nikt nie pomyśli o mnie, tylko o moich butach. Buty mnie przeżyją.
Synowa podała mu czarne sztyblety.
– Są – powiedziała i uśmiechnęła się.
– A gdzie jest moja „Pomalina”? Znów ktoś brał, a ja muszę wyjść. To jak? Wyjdę w zabłoconych butach? – siedział teraz na ławce z jednym butem wsuniętym na stopę, drugą, starannie owiniętą w onucę, trzymając tuż nad podłogą. – Długo tak będę się męczył? – stęknął.
– Ojciec i zabłocone buty – zaśmiała się synowa. – Kto jak kto, ale ojciec ma zawsze buty wyczyszczone na glanc, a poza tym tyle razy mówiłam, że nie „Pomalina”, bo to było przed wojną, tylko „Dobrolin”. Teraz ojciec używa pasty „Dobrolin”.
– Dobrolin nie dobrolin, takiej pasty jak przedwojenna już teraz nie ma. Trzeba było tylko dobrze popluć i błyszczało się jak… i buty też nie takie – powiedział Pradziadek. – Jakie ja miałem dawniej buty… Sam je szyłem. Najważniejsza w życiu rzecz to umieć wszystko zrobić samemu. Nikogo nie musiałem prosić, wyszykowałem buty, z cholewami, z juchtowej skóry… W zimie ciepłe, w lecie noga się nie pociła. Mówię ci, Gienierał, jak w raju. A może ty wiesz, gdzie jest ta moja… ten „Dobrolin”? – spojrzał na wnuka.
– Wiem – powiedział chłopiec i zeskoczył z krzesła.
– No – stęknął Pradziadek, biorąc pudełko z napisem F. A. i G. PAL. – Te moje buty nie tylko mnie służyły.
Takie były dobre, że mnie niejeden prosił – sprzedaj, ale nie sprzedałem, tylko dałem stryjowi Wiktorowi, wiesz, Anisja? Całą wojnę w nich przechodziłem, ale jak przyszedł dwudziesty rok, to mu te buty dałem. On był dużo ode mnie młodszy, ale wzrostem byliśmy równi i stopę też mieliśmy taką samą. Trochę narzekał na początku, że but zbyt do mojej nogi przyzwyczajony, ale już po tygodniu tańcował i tak tańcujący poszedł wojować. W moich butach stryjo pogonił bolszewika i wygrał wojnę.
Któregoś razu, jesienią, a wojna już się kończyła i wojsko wracało do domu, jego oddział zatrzymał się na kartoflisku pod lasem. Na skraju sobie siedli i ćwiczyli „uwerturki”. Gienierał, ty nie wiesz, że stryjo pięknie grał na kornecie w orkiestrze wojskowej. Grają tak, już trzecią uwerturkę przećwiczyli, a tu z lasu wychodzi włóczęga. Wtedy wielu było takich, chodzili po kraju, nie wiedzieć z czego żyli, ale jakoś żyli. I właśnie taki chłopina wyszedł na to pole. Usiadł i słucha. „Może byście i mnie dali pograć”, zagaduje. „A wy, dziadku, znacie te krzyżyki i bemole?”, pytają go. „Nie znam – mówi – ale wam grania nie zepsuję”. Rozchyla płaszcz, widać, że nie ma spodni tylko jakieś obdarte gatki i łapcie na nogach, a na szyi kołnierzyk bez koszuli. Wyjmuje spod płaszcza trąbkę i zaczyna grać. I tak gra, że wszystkim dech zaparło.
Stryjo Wiktor trzęsionki dostał. Ty wiesz, Anisja, że stryjo kochał muzykę i jak słyszał coś pięknego, to albo płakał jak małe dziecko, albo nim rzucało.
Skończył grać ten włóczęga i chce iść, ale go Wiktor zatrzymuje. „Dziadku – mówi – butów nie macie. Przymierzcie”. Przymierzył, trochę były za duże, ale dobre. Zamienili się. Wiktor wziął jego łapcie, a jemu dał moje buty. I z wojny bez butów wrócił.
– Tak ojciec o wojnie opowiada, jakby tam ludzie nie walczyli, nie ginęli, tylko jakieś gatki, trąbki, buty… – odezwała się synowa.
– A co, Anisja, czemu to wojna ma być ważniejsza niż piękne granie czy dobre buty albo to, że ktoś idzie polną drogą i widzi, jak wiatr łany żyta przygina do ziemi? Ty myślisz, że jak żołnierz idzie na wojnę, to on wierzy, że świat zmieni? Może on ogląda rosę na liściach, słyszy, że mu burczy w brzuchu, bo głodny, że mu się chce spać, że mu guzik wisi na ostatniej nitce.
Tak, Anisja, o tym on myśli, a nie o śmierci, bo jakby o śmierci myślał, to by zaraz wziął nogi za pas, i już by go nie było. Myślisz, że trąbka nieważna, a wiesz, że ten stryja kornet to mu życie uratował? Pięknie grał, to go przydzielili do orkiestry dętej, a jego przyjaciela do artylerii. I co? Tamtego rozerwało na strzępy, że nawet z kawałków nie dało się złożyć, a stryjo wędrował ze swoją orkiestrą, aż szczęśliwie przywędrował do domu. Tak to jest, Anisja, a nie tak, jak ty sobie wyobrażasz.
Umilkł i zaczął czyścić buty.
– Coś mi ten „Dobrolin” nie za dobry. Patrzcie, jakie bez połysku – powiedział i zaczął popluwać na czubek bucika. – Już ja go wyczyszczę własnym sposobem.
Po chwili wyszedł przed dom i usiadł na wąskiej, rozchwianej ławeczce, która stała tu, zanim zamieszkał w tym domu z synem i młodą synową.
Nic się nie działo. Siedząc nieruchomo, zasnął na krótko płytkim snem starca. Drzemał, leciutko poświstując przez nos. Był nieogolony. Krótkie siwiejące włosy pokrywały całą jego twarz. Nogi w błyszczących trzewikach wysunął daleko przed siebie. Młode koguty o małych główkach z jasnoczerwonymi grzebieniami podchodziły do niego i przyglądały mu się. Nagle otworzył oczy i sięg-nął do kieszonki. Wyciągnął płaski zegarek. Długo sprawdzał czas, jakby nie mógł uwierzyć, że jest za siedem dwunasta.
Ostatnio coraz częściej patrzył na zegar. W domu miał kilka, wisiały na ścianach, stały na etażerce i w różnych dziwnych miejscach. Do szuflad chował zepsute, z wybebeszonymi wnętrzami. Sypały się z nich maleńkie śrubki, które Gienierał wydłubywał długą szpilką ze szczelin w podłodze.
Każdy z zegarów tykał w innym rytmie, a ich głosy zlewały się w jeden monotonny dźwięk, który towarzyszył Pradziadkowi od rana do wieczora. Nocą budził się i nasłuchiwał w ciszy. Wciskał głowę w poduszkę, ale dochodziło spod niej głuche tykanie. Sięgał ręką i patrzył, szeroko otwierając oczy w ciemnościach. Była za siedem dwunasta, ale zupełnie nie mógł w to uwierzyć.
Teraz siedział przed domem. Dzień był pogodny i zdawało się, że tak będzie zawsze. Głęboko wciągnął powietrze. Z pobliskich pól doleciał go zapach kończącego się lata. Wiedział, że wysokie niebo ma w sobie przejrzystą czystość. W powietrzu unosił się zapach ostatnich letnich kwiatów o nasyconej barwie, lekko więdnących liści, suchego ziarna i dojrzewających jabłek.
Tego dnia obudził się o dwa lata starszy i poczuł, że jest już starcem. Rozprostował kości, które zgrzytnęły nieprzyjemnie. Bolały go wszystkie stawy, w głowie mu szumiało i wiedział, że tak będzie do końca, że ten uporczywy ból już go nie opuści. Zrozumiał, że czas stał się w jego rękach zetlałą materią, której nie warto cerować. Minęła pora naiwnych pytań, nagłych olśnień, małych przyjemności.
Zawsze lubił chwilę przebudzenia. Było ciepło, wygodnie, pod powiekami drżało migotliwe światło, odgłosy budzącego się domu dobiegały łagodnie, nie naruszając sennych obrazów. Ale nie tego ranka.
O świcie ze snu wyrwał go własny jęk. Leżał w łóżku, bezradny, słaby, i czuł swoje ciało jak przeszkodę, jak ciężar ponad siły. Otworzył szeroko oczy. Na ścianach wisiały zegary. Ich uporczywe tykanie wypełniało całe wnętrze. Każdy pokazywał inny czas. Sięgnął pod poduszkę i mocno zacisnął dłoń.
Kiedy rano Anisja weszła do kuchni, zdziwiła się, widząc, że jeszcze leży. Podeszła bliżej. Spał, lekko pochrapując. Dotknęła go. Obrócił się na bok, z dłoni wysunął mu się zegarek.
– Tato, niech tata się obudzi – powiedziała.
– Która godzina? – podniósł się gwałtownie. – Która godzina?
– Ósma. I czego ojciec krzyczy?
Spojrzał na nią zdziwiony. Zwykle była dobra i łagodna, więc może dziś zobaczyła w nim coś nowego, co ją przestraszyło. Jest starym człowiekiem. Może jego drżące ciało przypomniało jej, że i ona kiedyś umrze?
A jednak Pradziadek nie myślał tego ranka o umieraniu. Życie wciąż jeszcze zdawało mu się silniejsze od śmierci. Promienie słońca wpadały przez okno. Listki rozmarynu drżały delikatnie, z sufitu zbiegał w dół po niewidzialnej nitce mały pająk.
– Dlaczego czas zawsze tylko się kurczy? – spytał, ale nie było nikogo, kto mógłby mu odpowiedzieć.
Ten dzień, jak tyle poprzednich, minął niepostrzeżenie. Jak zwykle o zmierzchu, Pradziadek leżał na łóżku w kuchni, czytając „Mały Dziennik”. Gienierał przysiadł na stołeczku pod piecem, zagapiony w ogień.
– Mówię ci, żebyś nie gryzł pazurów – odezwał się Pradziadek. – Szpony ci w końcu wyrosną jak diabłu. Ja mogłem robić w dzieciństwie dwie rzeczy: obgryzać paznokcie albo dłubać w nosie. Wybrałem dłubanie, bo to trzeba robić w samotności. I dobrze na tym wyszedłem.
Gazeta zsunęła się Pradziadkowi na brzuch, a on sam zapatrzył się w sufit. Wnuczek przerwał swoją mozolną pracę i spojrzał na niego ukosem. Jego pociemniała twarz była nieruchoma, tylko wokół ust dało się zauważyć delikatne drganie.
Naftowa lampa stojąca na stole filowała coraz bardziej.
– O, znowu – burknął Pradziadek i chłopiec nie wiedział, czy to „znowu” odnosi się do dalekiej przeszłości, w której znów coś się wydarzyło, czy do filującej lampy. A może chodziło o Julcię Słowik, która właśnie teraz, jak zwykle o tej porze, przesuwała na górze krzesło, żeby usiąść do fortepianu.
Gienierał znał każdy jej ruch, każdy gest. Teraz prosi siostrę o akompaniament. Ona się wzbrania, bo wie, że sąsiedzi wszystko słyszą. I to, że nie mieści się w tempie, i to, że czasami gubi dźwięki, a wtedy Julcia przerywa śpiew i tylko patrzy na nią w milczeniu. Nic nie mówi, żeby nie nadwerężać głosu, tylko patrzy, i ta cisza się przedłuża.
– O, znowu – powiedział Pradziadek i chłopiec spojrzał w górę.
Lampa przestała filować, z sufitu leciał czarny śnieg, powoli osiadając na meblach. I tak było zawsze, ale chłopiec nigdy nie mógł zrozumieć, w jaki sposób z lampy może się wydobyć tyle sadzy.
Na górze Julcia nadal namawiała siostrę do grania. Trwało to już dłuższą chwilę, aż wreszcie rozległy się pierwsze dźwięki. Głos Julci zabrzmiał jeszcze nieśmiało, a potem coraz dźwięczniej i było tak, jakby rozsypały się korale i ktoś je szybko zbierał, ale one wciąż wypadały z rąk i podskakiwały na śliskiej podłodze.
Julcia długo szukała swojego dźwięku. Tak właśnie określiła to pewnego dnia, stojąc na schodach pod drzwiami.
– Znalazłam swój dźwięk – powiedziała wtedy i Gienierał przypomniał sobie te uciekające po podłodze koraliki.
– O, znowu – stęknął Pradziadek i przytrzymał gazetę na brzuchu.
Teraz Gienierał wiedział już na pewno, że chodzi o Julcię i że zaraz będzie śpiewała pieśń o fiołku. To było jak rozmowa: Julcia opowiadała ją śpiewem. Dużo smutku i słońca, i słaby, delikatny głos fiołka zdeptanego stopą płochej pasterki.
Od roku Julcia Słowik chodziła do pana Apfelbauma na lekcje niemieckiego, a on nie chciał od niej pieniędzy, bo był wielbicielem Mozarta i wpadał w zachwyt, słysząc, jak pięknie Julcia śpiewa i mówi po niemiecku.
– Mutter, ja się urodziłam, żeby śpiewać Mozarta. Kocham tę muzykę i niemiecki język, on jest taki melodisch, taki… liedlich. Ja to muszę śpiewać – mówiła do matki, wywołując na jej twarzy błogi uśmiech.
Do kuchni weszła Anisja, wnosząc ze sobą zapach świeżo wypranej i wykrochmalonej bielizny.
– A wy znowu próżnujecie. Czas nie czeka – powiedziała. – Wie ojciec – zwróciła się do Pradziadka – że ta Słowik to się tleni. Taka Żydóweczka, a chce być podobna do jakiejś Gretchen… Co się tu dzieje? – jęknęła, widząc wyszorowaną tego dnia podłogę całą pokrytą płatkami sadzy.
– No znowu – powiedział Pradziadek.
Julcia skończyła śpiewać i Gienierał wybiegł z kuchni. Cicho wszedł po schodach na górę. Po chwili trzasnęły drzwi. Dziewczyna wychodziła z domu. Wychylił się i patrzył, nie zauważony, jak szybko zbiega w dół, a jej długie włosy, związane brązową wstążką, jaśnieją w mroku. Z kieszonki spodni wyjął scyzoryk i na drewnianej poręczy wyciął pierwszą literę słowa „utleniona”.