Bestiariusz codzienny
###PONIEDZIAŁEK
Dobro! Ileż dobra! Dokądkolwiek skierujesz spojrzenie, dobro, dobro i samo dobro zieleni się wokół, pączkuje, bujnie rozrasta, kwitnie, krzewi, rozgałęzia, owocuje i dojrzewa, bliźni czci ojca swego i matkę, nie zabija, nie cudzołoży, nie kradnie, nie mówi fałszywego świadectwa, nie pożąda domu ani żadnej rzeczy, bliźni bliźniemu bratem się staje, na jego ustach uśmiech, w oku łagodność, w myślach zaś żadnej niechęci, dobro unosi się w powietrzu, płynie z bystrym ruczajem i cicho mruczy w płomieniach kominka, a na mnie - w związku z tym - cierpienie wielkie!
A bierze się ono z namysłu nad opisanym przez profesora Antonio R. Damasio, kierownika katedry neurologii w University of lowa (Tajemnice świadomości, przełożył Maciej Karpiński), przypadkiem pacjentki S., sumiennej matki i pracownicy, miłej, zawsze uśmiechniętej, łagodnej, przyjaznej dla znajomych i obcych, inteligentnej, utalentowanej i elokwentnej. Ujmując rzecz najkrócej: "Pani S. podchodziła do ludzi i sytuacji z dominująco pozytywnym nastawieniem (...)
Była nie tylko miła i radosna. Zdawała się pragnąć interakcji z niemal każdym, kto wdał się z nią w rozmowę (...) brakowało jej zwykłej w takich sytuacjach rezerwy i oszczędności w słowach (...) Jej zachowanie społeczne wykazywało pewne konsekwentne skrzywienie pod wpływem dominującego tonu emocji. Było to tak, jak gdyby negatywne emocje -lęk czy złość - zostały usunięte z afektywnego słownika, pozwalając pozytywnym emocjom zdominować jej życie, przynajmniej przez częstość pojawiania się, jeśli nie przez większe natężenie".
Z tych właśnie powodów panią S. poddano skomplikowanym długoletnim badaniom neurologicznym, w wyniku których zostało ustalone, że przyczyną jej postawy wobec świata i bliźnich jest zniszczenie ciał migdałowatych w mózgu za sprawą choroby Urbacha-Wiethe'a.
Wiem, rzecz jasna, że choroba Urbacha-Wiethe'a występuje bardzo rzadko, przypadek zaś pani S. jest tylko przypadkiem, skrajnym i statystycznie nieistotnym. Ale nauczony doświadczeniem, wiem też, że to zawsze tak samo się zaczyna i tak samo kończy: najpierw jest przypadek, potem seria przypadków, potem prawidłowość, która - na koniec- przekształca się w społeczną normę. Stąd moje cierpienie i lęk, gdy patrzę, jak wkoło dobro się pleni, krzewi, rozrasta, pączkuje i olśniewa barwnym kwieciem.
###WTOREK
Miałem cztery lata, byłem zakochany i postanowiłem zostać marynarzem. Postanowiłem zostać marynarzem, ponieważ właśnie marynarz był obiektem mego uczucia. Nosił granatową bluzę z wykładanym kołnierzem, czapkę z nazwą szkoły marynarki wojennej na otoku, szerokie spodnie z grubego sukna, mocne buty podkute gwoździami i zachwycający pas z kotwicą na klamrze.
Przyjechał na urlop do rodziny i z nudów zapewne, a też przez wzgląd na bliskie stosunki łączące wtedy naszych ojców, a więc z uprzejmości, chadzał ze mną na spacery, nie domyślając się ogarniającej mnie burzy uczuć. Niewątpliwie kochałem go, nie pamiętam jednak, ani jak wyglądał, ani co mówił. Wiem z całą pewnością, że był marynarzem - wszakże ogólna idea marynarza nie wystarczy, by wytłumaczyć rozpacz, która ogarnęła mnie po jego wyjeździe.
Jego twarz? Oczy? Usta? Uśmiech? Nie pamiętam, jak wyglądał - ale odczuwam przypływ rozczulenia, przypominając sobie kotwicę na klamrze. Byłem mały. Sięgałem mu zaledwie do pasa. I tyle mi zostało w pamięci, ilem mógł zobaczyć - do pasa z klamrą - ale przecież wciąż czuję więcej, niż widziałem. E. twierdzi, że wszystko zaczyna się w mózgu, bardzo być może, ale jeśli sny biorą się z serca, to wiem, dlaczego co jakiś czas śni mi się mężczyzna w podkutych butach z grubej skóry i w sukiennych spodniach z pasem i złotą klamrą, a wyżej nic nie widzę, choć bardzo bym chciał, wtedy przychodzi ból; i tak to już będzie do końca.
###ŚRODA
Ponieważ od urodzenia jestem tchórzem, zawsze przygotowanym do obrony mojego marnego żywota, mam od niedawna we zwyczaju lokowanie broni na noc nie pod poduszką, jak to czynią odważni, lecz niezbyt mądrzy, a pod kolanami, jak to mają w zwyczaju bandyci i prawdziwi tchórze. Bo gdy padnie chamski rozkaz "ręce do góry" , jest mało prawdopodobne, żeby cham pozwolił na sięganie drżącymi rękami pod poduszkę. Gdy natomiast rewolwer czy pistolet z nabojem w lufie leży pod kolanami, jakże marny jest los faceta, do którego ma się pierwszy i decydujący strzał" - wypisuję te słowa z Pamiętników
Karola Wędziagolskiego (Polska Fundacja Kulturalna, Londyn 1972) dla nauki, z której wynika, że głupota połączona z odwagą przynosi skutki niekorzystne oraz że posiadanie broni winno wiązać się z odważnym przewidywaniem okoliczności jej użycia.
Karol Wędziagolski, w 1917 roku członek komitetu rewolucyjnego 8 Armii, a z tego tytułu członek Piotrogradzkiej Rady Delegatów, bliski Borysowi Sawinkowowi, przez chwilę przy generale Korniłowie, który chciał Radę Delegatów wystrzelać do nogi, w 1918 roku działał w okupowanym przez Niemców Kijowie w trzech konspiracjach. "...pierwszą wyznaczała mi moja misja z ramienia kontrrewolucyjnej Ochotniczej Armii.
Drugą robiłem z moimi dawnymi towarzyszami z rewolucyjnego komitetu, stowarzyszając się we wspólnej antyniemieckiej akcji nawet z bolszewikami. Wreszcie przyszła kolej i na POW. Do każdej z nich należałem nie tylko z przekonań, ale łączyła mnie wielka przyjaźń i szacunek, często podziw dla ludzi, z którymi wypadło mi wspólnie pracować".
Wędziagolski, uznany przez grono warszawskich kretynów rządowych za rosyjskiego agenta, był przenikliwym analitykiem rosyjskiej sceny polityczno-wojskowej (co umiał docenić Józef Piłsudski). Rozumiał, że u źródeł zwycięstwa przewrotu bolszewickiego leży słabość rosyjskiej demokracji, jej niezdolność do stanowczego kierowania nawą państwową, lęk przed użyciem arkanów władzy.
Przewidywał klęskę Armii Ochotniczej, która prócz haseł o jedinoj i niedielimoj, a tak naprawdę prócz szubienicy, nagana i nahaja, nie miała niczego do zaoferowania zrewoltowanym masom: "wszystko ginęło w bezrozumnych czystych rękach ortodoksyjnych reakcjonistów, którzy w rewolucji nie dostrzegli wielkiej historii, a tylko bunt czerni".