Baudolino
10. Baudolino odnajduje królów magów i kanonizuje Karola Wielkiego
Spytał księdza, czy może ich zobaczyć. Starzec poprosił, by mu pomógł, trzeba było bowiem przetoczyć wieko sarkofagu na tyle, ażeby odsłonić relikwiarz, w którym złożono trzy ciała.
Był to nie lada trud, ale warto było go podjąć. Jakiż cudowny widok! Trzej królowie wyglądali jak żywi, choć skóra wyschła i upodobniła się do pergaminu. Dwaj zachowali oblicza barwy prawie mlecznej, jeden miał długą białą brodę, która opadała mu na piersi — nienaruszona, choć zesztywniała i przypominająca trochę watę z cukru; drugi nie miał brody. Trzeci miał skórę hebanową — nie z powodu upływu czasu, lecz dlatego, że taka była i za życia: wyglądał niczym posąg z drewna i przez lewy policzek biegła nawet jakby rysa. Miał krótką brodę i mięsiste wargi, które rozchyliły się nieco, ukazując dwa jedyne zęby — zwierzęce i śnieżnobiałe. Wszyscy trzej wytrzeszczali wielkie zdziwione oczy o źrenicach lśniących jak szkło. Wszyscy byli otuleni w płaszcze, jeden był biały, drugi zielony, trzeci zaś purpurowy, a spod płaszczy wystawały wedle barbarzyńskiej mody trzy pary spodni, lecz z czystego adamaszku haftowanego sznurami pereł.
Baudolino pobiegł czym prędzej do cesarskiego obozu i udał się do Reginalda. Kanclerz od razu zrozumiał, jaką wartość ma odkrycie dokonane przez Baudolina, i powiedział:
— Trzeba działać w tajemnicy i szybko. Nie da się wynieść całego relikwiarza, zbytnio rzucałby się w oczy. Jeśli ktoś tutaj domyśli się, co znalazłeś, bez wahania spróbuje nam to wydrzeć, by zawieźć do swojego miasta. Każę przygotować troje mar i wyniesiemy ich nocą poza mury, rozpowiadając, że to ciała trzech walecznych przyjaciół, którzy polegli podczas oblężenia. Sprawą zajmiesz się ty, Poeta i mój famulus. Potem zostawimy ich w spokoju, żadnego pośpiechu. Zanim zawiozę ich do Kolonii, trzeba przygotować jakieś godne wiary świadectwa dotyczące pochodzenia relikwii i samych magów. Wyruszysz jutro do Paryża, gdzie przecież znasz uczone osoby, i odnajdziesz wszystko, co ma związek z historią magów.
W nocy trzej królowie zostali przeniesieni do krypty w kościele Świętego Jerzego za Murami. Reginald chciał ich zobaczyć, lecz na widok relikwii wyrzucił z siebie stek złorzeczeń zaiste niegodnych arcybiskupa.
— Portki? I to nakrycie głowy, które wygląda jak czapka wędrownego kuglarza! — Panie Reginaldzie, widać tak ubierali się ówcześnie mędrcy ze Wschodu. Przed laty oglądałem w Rawennie mozaikę, na której trzej magowie są przedstawieni na sukni cesarzowej Teodory w ten mniej więcej sposób. — No właśnie, to coś, co może przekonać jakichś graeculus z Bizancjum. Ale wyobrażasz sobie, że mogę pokazać w Kolonii magów ubranych jak linoskoczki? Przebierzemy ich.
27. Baudolino w mrokach Abkazji
Innym razem natknęli się na prawdziwego bazyliszka, który był właśnie taki, jakim przedstawiały go od dawna liczne bez wątpienia godne wiary opowieści. Wyszedł z głazu, rozsadzając skałę — zgodnie z tym, co podawał już Pliniusz. Łeb i pazury miał jak kogut, ale zamiast grzebienia — czerwoną narośl, ślepia żółte i wyłupiaste jak u ropuchy i ciało węża. Był szmaragdowo zielony ze srebrzystymi refleksami i na pierwszy rzut oka wydawał się piękny, ale wiadomo przecież, że jego oddech może zatruć zwierzę czy ludzką istotę, a poza tym nawet ze znacznej odległości dolatywał odrażający fetor.
— Nie zbliżać się! — krzyknął Solomon. — I za nic na świecie nie patrzeć mu w ślepia, gdyż także z nich promieniuje jadowita moc!
Bazyliszek zaczął skradać się w ich stronę, fetor był coraz trudniejszy do zniesienia, ale Baudolino przypomniał sobie w ostatniej chwili, że jest sposób pozwalający zabić potwora.
— Zwierciadło, zwierciadło! — wrzasnął w stronę Abdula.
Abdul podał mu metalowe zwierciadło, które dostał od gimnosofistów. Baudolino wziął zwierciadło w prawicę i wysunął przed siebie jak tarczę zwróconą w stronę bazyliszka, lewicą zaś zasłonił sobie oczy, by uniknąć jego spojrzenia, i szedł, mierząc kroki wedle tego, co widział na ziemi. Nadal zasłonięty zwierciadłem, zatrzymał się przed bestią. Przyciągnięty blaskiem metalu, bazyliszek uniósł łeb i spojrzenie swych ropuszych oczu wbił w błyszczącą powierzchnię, tchnąc jednocześnie swym cuchnącym oddechem. Ale zaraz zadrżał, zamrugał fioletowymi powiekami, wydał z siebie szkaradny krzyk i runął martwy. A wtedy wszyscy przypomnieli już sobie, że zwierciadło odbija w stronę bazyliszka zarówno moc jego własnego spojrzenia, jak i jego dech, i dlatego pada ofiarą własnej cudownej broni.
— Znaleźliśmy się już na ziemi potworów — oznajmił z wielkim ukontentowaniem Poeta. — Królestwo jest coraz bliżej.
32. Baudolino spotyka damę z jednorożcem
Słabym punktem wojskowego planu Poety byli ponci, jak bowiem wysłać na bój ludzi z penisem na piersi, którzy przy pierwszym zwarciu oberwą po jajcach i padną na ziemię, zwijając się z bólu i wzywając matkę? Można ich jednak użyć jako czujki, gdyż dowiedziano się, że penis był dla nich niby owadzie czułki, które przy najmniejszej zmianie wiatru lub ciepłoty powietrza sztywnieją i zaczynają wibrować. Mogli więc z powodzeniem pełnić obowiązki zwiadowców wysłanych w straży przedniej, a jeśli nawet wszyscy polegną jako pierwsi — rzekł Poeta — trudno, na wojnie jak na wojnie, nie ma miejsca na chrześcijańskie zmiłowanie.
Bezjęzycznych najpierw zamierzano pozostawić sobie samym, ponieważ byli niezdyscyplinowani i mogli przysporzyć dowódcy więcej kłopotów niż nieprzyjaciel. Potem uznano jednak, że jeśli użyje się bicza, można zagonić ich do pracy na tyłach, by pomagali najmłodszym eunuchom, którzy pod okiem Solomona będą zajmować się rannymi i utrzymywać spokój wśród kobiet i dzieci wszystkich ras, bacząc, by żadne nie wystawiało głowy ze swej kryjówki.
Gavagai, kiedy spotkali się po raz pierwszy, wymienił między innymi satyrów-niewidków i Poeta uznał, że ci mogliby atakować rogami, skacząc niby kozy na swoich rozdwojonych kopytach, ale na wszystkie pytania o ten lud uzyskiwał odpowiedzi wymijające. Mieszkają w górach, po drugiej stronie jeziora (którego?), no i rzecz jasna nikt ich nigdy nie widział. Choć urzędowo rzecz biorąc, byli poddanymi księdza, żyli w istocie własnym życiem, nijak nie obcowali z innymi, wszystko toczyło się więc tak, jakby ich nie było. Zaraz, zaraz — powtarzał Poeta — przede wszystkim mają zapewne rogi wygięte, zakrzywione do środka albo na zewnątrz, żeby więc uderzyć, musieliby ułożyć się brzuchem do góry lub stanąć na czterech nogach, bądźmy poważni, nie prowadzi się na wojnę koziego wojska.
— Owszem, prowadzi — odparował Ardzrouni.
Opowiedział o pewnym wielkim wodzu, który przywiązał kozom do rogów pochodnie i tysiące ich popędził nocą na równinę, którą nadciągali nieprzyjaciele, by pomyśleli, że obrońcy mają ogromną armię. Gdyby miało się pod ręką sześciorogie kozy, skutek byłby zaiste piorunujący.
— Owszem, pod warunkiem jednak, że nieprzyjaciel nadciąga nocą — rzucił sceptycznym tonem Poeta.