Baszta Czarownic
Gość siedział w kącie baru, na ostatnim w rzędzie wysokim stołku. Miał na sobie wytarte niebieskie dżinsy i flanelową koszulę koloru dojrzałej wiśni. Skórzaną kurtkę przewiesił przez oparcie fotela.
Co pewien czas zerkał na zastygłą w posąg kobietę za kontuarem, wpatrzoną niewidzącymi oczami gdzieś w dal; zerkał na nią i wtedy na jego przystojnej, choć niemłodej już twarzy pojawiał się ślad uśmiechu. Trwało to tylko moment, bo zaraz mężczyzna powracał spojrzeniem do szklanki, do której z wielkiego kielicha dolewał porcję wina, a potem z butelki taką samą ilość pomarańczowego płynu. Powolnym haustem, bez oddechu, wypijał powstałą mieszankę, by po jakimś czasie powtórzyć całą ceremonię od początku. Wino było wytrawne, czerwone. Na butelce z gazowanym napojem żółcił się napis „Mirinda”.
Nie licząc tych dwojga, w lokalu było pusto, ale nie wyglądało na to, żeby brak klientów odpowiedzialny był za melancholię stojącej za barem kobiety, wciąż nieruchomej i smutnej.
Z kantorka szefa, dzierżawcy lokalu, dobiegała muzyka Wagnera. Szef nie cierpiał Wagnera. Dlatego puszczał go zawsze, ilekroć siadał do deklaracji rozliczeniowych z Urzędem Skarbowym.
- Dlaczego jest pani smutna? – zapytał mężczyzna.
- Proszę? – Kobieta zwróciła ku niemu piękną twarz, pozostawiając resztę ciała w pomnikowym trwaniu. Była bardzo młoda, zapewne niewiele po dwudziestce. Czarne włosy, spięte z tyłu w kok, lśniły w blasku palących się świeczek, wskutek czego wyglądały, jakby były mokre.
- Pytam, dlaczego jest pani smutna?
- Nie jestem smutna, proszę pana. Ja tylko tak wyglądam. Zawsze tak wyglądam.
- Tak poważnie?
- Właśnie.
- Doskonale – skwitował mężczyzna, nie precyzując czy wyraża tym słowem zadowolenie co do samopoczucia swej rozmówczyni, czy też może raczej pochwala fakt jej dostojnego wyglądu.
Trzasnęły drzwi i do herbaciarni weszło dwóch młodzieńców, głośnych, wyraźnie czymś rozbawionych. Zamilkli na chwilę, rozglądając się po niewielkim pomieszczeniu.
- Dwa żywce! – zawołał jeden z nich. Usiedli przy stoliku.
- Piwa nie prowadzimy. To jest herbaciarnia – rzekła barmanka.
- A ten? Co pije? – Młodzieniec bezceremonialnie wskazał na mężczyznę we flanelowej koszuli.
- Podajemy wino – dopowiedziała grzecznie dziewczyna. – Wyłącznie w kieliszkach – zaznaczyła.
- Może być. Trzy razy.
Ożywione nagle ciało barmanki wykonało rutynowy taniec wokół butelek i kieliszków, i za moment szła już ku przybyszom, z trzema lampkami wina na srebrnej tacy.
- Jedna dla ciebie – rzekł do niej młodzian w trykotowej koszulce, opinającej umięśniony tors.
- Dziękuję. Nie piję wina.
Dziewczyna odsunęła się, zabierając pustą tacę. Zdążyła wrócić na swoje miejsce za barem, nim chłopak, przygniatany drwiącym spojrzeniem swego towarzysza, zdołał zdobyć się na odpowiedź:
- Szkoda! – krzyknął. – Łatwiej byłoby cię przelecieć! Oparł plecy o krzesło, wyraźnie z siebie zadowolony. Jego kolega zaśmiał się z demonstracyjną aprobatą. Obaj chwycili za kieliszki. Pili, jakby rzeczywiście było w nich piwo. Obserwowali się przy tym wzajemnie, może wyczekując, który wytrzyma dłużej.
- Nie powinniście panowie w ten sposób zwracać się do kobiety – odezwał się nieoczekiwanie siedzący przy barze mężczyzna.
Młodzieńcy odstawili opróżnione do połowy kieliszki. Patrzyli sobie w oczy.
- Maciek, mówiłeś coś? – zapytał ten o wyglądzie kulturysty.
- Nie, nic, Areczku. To, zdaje się, ty mówiłeś...
- Ja? Nic podobnego. Milczałem jak grób.
- No to kto...? – Obaj, jak na komendę, skierowali spojrzenia w stronę baru.
- A może ty coś mówiłeś, dziadek?
- Zgadza się – potwierdził mężczyzna, akceptując widać fakt pokoleniowego przekwalifikowania, choć wyglądał najwyżej na czterdzieści lat. – Zwracałem panom uwagę na nieuprzejme słowa. Jak sądzę, wypowiedziane zostały przez pomyłkę, zapewne wskutek niefortunnego przejęzyczenia. Tak to już bywa, że człowiek czasami się gubi, plecie jakieś bzdury, a gdy potem nagle uzmysłowi sobie w jak grubiański sposób się zachował lub, co gorsza, jakiego zrobił z siebie idiotę, wtedy jest mu przykro, pragnie przeprosić, ale jest za późno. Zatem zdecydowałem się na interwencję, aby zaoszczędzić panom wstydu i wyrzutów sumienia. Możecie przeprosić już teraz.
Młodzieńcy wyglądali, jakby nie bardzo wierzyli, że to co słyszą dzieje się naprawdę.
- Wiesz co, dziadek? – odezwał się w końcu kulturysta Arek. – Zmieniłem zdanie co do tej panienki. Dzisiaj przelecę ciebie.
Wstali z miejsc równocześnie, jak na komendę niewidzialnego dowódcy, i skierowali kroki w stronę baru.
Mężczyzna uniósł czujnie brwi, odstawił szklankę na blat.
- Gdzie!? – zawołał Maciek do barmanki, przesuwającej się w stronę kantorka, z którego wagnerowski ton wciąż sączył się niestrudzenie. – Rusz się tylko, a wytłuczemy tu wszystko – wskazał na półki, zastawione po brzegi słoiczkami z gatunkowymi herbatami i różnego rodzaju zabytkowymi drobiazgami. – A on i tak dostanie co jego!
- Zgoda – rzekł mężczyzna, nie ruszając się z barowego stołka, chociaż Arek wisiał już nad nim, prezentując mięsień dwugłowy prawego ramienia. – Niech każdy dostanie co mu się należy. To dla was! – Wyciągnął rękę, podsuwając ją pod twarz chłopaka.
Dłoń była pusta.
Arek odsunął się odruchowo, zaraz jednak odepchnął rękę energicznym uderzeniem. Drwina spełzła z młodzieńczej twarzy, ustępując miejsca wściekłości.
Barmanka cofnęła się, wyraźnie przestraszona.
- Zostawcie go! Zosta... – nie dokończyła. Napastnik nie uderzył po raz drugi. Wciąż stał w tym samym miejscu, twarzą w twarz z nieznajomym, ale ręka, którą wzniósł do ciosu, powoli opadała w dół, z dala od celu w jaki mierzyła.
- Aaasss.. – zasyczał kulturysta Arek. – Skur...czybyk... chyba ma sygnet... – Marszczył twarz w wyraźnych skurczach bólu.
- Co jest?! – przyskoczył Maciek. – Coś mu zrobił, palancie je... – Urwał.
Nieznajomy pokazał dłoń.
- Nie mam sygnetu – oznajmił. – Przypatrz się, nie mam.
Młodzian zatrzymał się wpół kroku.
- Boisz się? – Mężczyzna popatrzył drwiąco. - Boisz się dotknąć mojej ręki? Przecież prócz tego, co ci się słusznie należy, nic tam nie ma. Nie ma, prawda?
Maciek zawahał się. Popatrzył w bok, na kolegę - nadal stękającego, przykurczonego, przyciskającego do klatki piersiowej kontuzjowaną kończynę – potem w drugą stronę, na oniemiałą dziewczynę za barem, obserwującą okrągłymi oczami nieoczekiwany obrót wydarzeń.
- Boisz się? – powtórzył nieznajomy ściszonym głosem. Było oczywiste, że drażni się z przeciwnikiem, testuje go, a nawet podpuszcza, jak małe dziecko.
I jak dziecko Maciek dał się sprowokować. Zamachnął się, ale mężczyzna okazał się szybszy. Wykonał błyskawiczny ruch, ledwie muskając splot słoneczny przeciwnika i już siedział wyprostowany, trzymając kieliszek z winem. Nalał porcję do szklanki, sięgnął po mirindę i uzupełnił taką samą ilością. Łapczywie przełknął zawartość. Wyglądał na nieco zdyszanego, choć przecież w zasadzie nie ruszał się z miejsca.
Sytuacja obu młodzieńców nie przedstawiała się najlepiej. Arek przestał wreszcie stękać, ale grymas bólu nie opuszczał jego twarzy, a prawa ręka wciąż drżała, jakby dotknęły jej starcze drgawki. Maciek leżał na podłodze, w pozycji embriona i trzymał się za brzuch. Już raz w życiu czuł taki ból i podobnie nań reagował; było to trzy lata temu i nazywało się ostry atak wyrostka robaczkowego. Ale ten wyrostek został wtedy rutynowo wycięty przez chirurga miejscowego szpitala, więc z pewnością nie był dziś przyczyną cierpienia.
- Wezwać policję? – zdezorientowana barmanka rozglądała się niezdecydowanie.
- Chyba nie będzie to potrzebne – odpowiedział człowiek przy barze. – Oni przeproszą...
- Nie. Nie trzeba. Niech idą. Niech znikają i nie pokazują się więcej. Mężczyzna wydawał się zaskoczony.
- Mają odejść? Mamy ich tak zostawić? Przepraszam, ale to... nieludzkie. Nie zachowali się najgrzeczniej, to prawda, ale żeby zaraz odbierać im szansę... Przecież ci młodzi ludzie cierpią. Jestem pewien, że chętnie przeproszą. Cień, który pojawił się na twarzy dziewczyny, w jednej chwili zmył z niej ślady sympatii.
- Oh! – wykrzyknęła, mocno wzburzona. – Jest pan taki sam jak oni. Co ja tu robię?! – rzuciła niewidzialnym przedmiotem. – Co robię w tym cholernym bajzlu?
Mężczyzna poderwał się ze stołka. Zamrugał nerwowo powiekami. Wyglądał na szczerze zakłopotanego.
- Przepraszam – rzekł, wyraźnie akcentując każdą sylabę. – Źle mnie pani zrozumiała. Zapewniam, że źle. Proszę poczekać. Nie denerwować się i poczekać...
Pochylił się nad leżącym Maćkiem i pomógł mu wstać.
- Przeproś chłopie – szepnął mu do ucha. – Przeproś to przestanie boleć. Słowo honoru, przestanie boleć.
- Spadaj palancie! - Maciek odepchnął go brutalnie. Rzucił jakieś niewybredne przekleństwo i pociągając za sobą Arka potoczył się ku wyjściu.
- Nie wiem czy będę tu jutro! – zawołał za nimi nieznajomy. – Co tam ja! Jutro może tu nie być tej pani. Jeśli nie przeprosicie dzisiaj, okazja może nie trafić się do końca życia. Hej! Czy wy mnie w ogóle słyszycie?!
- Jezu! – zawył Arek, zahaczywszy bolącą ręką o framugę drzwi.
Maciek skulił się, wydawało się, że zwymiotuje, ale zaraz podniósł się, szarpnięty przez kolegę. Zniknęli za drzwiami.
W herbaciarni zapadła cisza.
- Mam nadzieję, że pan również wyjdzie – powiedziała zimno dziewczyna.
- Mogę wypić do końca wino?
- A pij pan! – odwróciła się na pięcie. Przez pewien czas stała odwrócona tyłem, choć gdyby wiedziała (pamiętała), jak wygląda z tej perspektywy, w swej czarnej, ciasno opiętej na udach sukience, zapewne wybrałaby inną pozycję.
Mężczyzna sączył wino, systematycznie mieszając je z mirindą w równo odmierzanych proporcjach.
- Czy coś się stało? – Drzwi kantorka uchyliły się i przez szczelinę zajrzała głowa szefa. Symfoniczne dźwięki wagnerowskiej tuby odbiły się od muru z czerwonej cegły, stanowiącej znaczną część wystroju lokalu.
- Stało się! – odparła barmanka. – Pewnie, że się stało.
- No bo... – głos szefa brzmiał niepewnie. – Taka tu cisza.
- Ty nie zaglądaj tu, jak jest cisza. Zaglądaj jak jest hałas!
Właściciel herbaciarni wzruszył ramionami, po raz nie wiadomo który żałując po cichu, że brata się z personelem, i schował się w kantorku. Barmanka poprawiała stojące w krystalicznym szyku szklanice, doskonale ustawione już wcześniej; najwyraźniej musiała się czymś zająć. Ani razu nie spojrzała na speszonego mężczyznę przy barze, a i on nie patrzył na nią.
Ktoś wszedł do lokalu.
Odwrócili się równocześnie, z ulgą, że wreszcie czas ruszył z miejsca. W drzwiach stał Maciek. Twarz miał koloru kości słoniowej, oczy podkrążone. Obie ręce trzymał splecione na brzuchu; kiwał się, niczym japoński bushi przed swym panem.
- Ja... – Wykrzywił cierpiętniczo twarz. Stęknął z bólu. – Co pan mi...? W dziwacznych podskokach dotarł do najbliższego stolika, oparł się o blat.
- Wiesz, co trzeba zrobić – powiedział mężczyzna. – Po to wróciłeś, prawda?
- Ale przecież to nie ja... To Arek...
- Nie rozumiem dlaczego to dla was takie trudne – skomentował ze smutkiem mężczyzna. – Przecież to żaden wstyd przepraszać. Osobiście wolałbym sto razy przeprosić, niż odezwać się w sposób niechlubny. Zaraz, jak to było...?
- Przepraszam! – wszedł mu w słowo Maciek.
- Idioto, przecież nie mnie!
- Przepraszam panią... Tak naprawdę, to my wcale... – Niespodziewanie chłopak zamilkł. Wyprostował się i z niedowierzaniem rozejrzał po herbaciarni, jakby nagle znalazł się tu po raz pierwszy w życiu.
– O jasna cholera! – sapnął. Ostrożnie dotknął palcami brzucha. Nacisnął, otwierając buzię w mimowolnym uśmiechu. Zarechotał w głos, niczym przedszkolak, do którego mutacja zawitała ładnych kilka lat za wcześnie.
- Nic nie czuję – wykrztusił z triumfem.
- Oczywiście – odparł mężczyzna z baru. – Ból nie tkwił w brzuchu. Tkwił tutaj – wskazującym palcem postukał się w skroń.
- To kawał, prawda? – odezwała się barmanka. Prawą dłonią poprawiła swe nieskazitelnie czarne włosy. – Robicie mnie w konia! Zmówiliście się, tak?
Milczeli.
- Czekam na cholerne wyjaśnienie! – nalegała dziewczyna.
- Dlaczego cholerne? - zapytał Maciek, wciąż błogo się uśmiechając. Żółta bladość powoli znikała z jego twarzy.
Barmanka wzruszyła niecierpliwie ramionami. Otworzyła usta, chcąc coś powiedzieć, ale ubiegł ją nieznajomy:
- A ten drugi?
Pytanie było skierowane do Maćka. Młodzieńcze oczy skakały po ścianach, uśmiech znacznie przygasł.
- Nie wiem... Szycha... to znaczy, Arek... On bywa zawzięty.
- Lepiej, żeby przyszedł. Istnieje pewne prawdopodobieństwo, że dzisiejszy dzień jest ostatnim dniem pracy tej pani jako barmanki.
- Hola! – zaprotestowała zdecydowanie dziewczyna. – Chyba ja sama lepiej... – przerwała, by podjąć z westchnieniem. - Jakaś nowa sztuczka? Znowu pan zaczyna?
- Czy jeśli... – Maciek nie zwrócił uwagi na jej słowa. Wyczekująco wpatrywał się w twarz mężczyzny przy barze. – To nie minie samo, prawda?
- Nie minie.
- W takim razie chyba po niego pójdę. – Maciek skinął kilkakrotnie głową, przytakując sam sobie. Pociągnął nosem. – Jak zobaczy, że ze mną okej... – uśmiechnął się szerzej.
- Idź. Dobrze by było, gdyby zdążył wrócić.
Maciek westchnął. Zamrugał oczami, otworzył usta, jak gdyby chciał coś powiedzieć, ale ostatecznie zmienił zdanie. Jednak będąc już przy drzwiach odwrócił się.
- Jak pan to zrobił?
- Nie powiem ci – odparł mężczyzna.
Maciek westchnął raz jeszcze, uśmiechnął się przepraszająco i wyszedł. Przez dłuższy czas posągowa barmanka przypatrywała się w milczeniu samotnemu klientowi herbaciarni, popijającemu wino z gazowanym napojem. On najpewniej czuł na sobie jej pilny wzrok, lecz ani przez chwilę nie dawał tego po sobie poznać. Swój napój sączył z aktorską obojętnością.
- Więc jak pan to zrobił? – spytała.
- Już nie myśli pani, że byliśmy w zmowie?
- Sama nie wiem.
- Jak to zrobiłem? – powtórzył mężczyzna ze zdziwioną cokolwiek miną. - Mógłbym wyjaśnić to i owo, ale wytłumaczyć... Nie. Tego się chyba nie da wytłumaczyć. Przynajmniej dopóki nie poznamy się lepiej.
Odwróciła się na pięcie. Wyprostowała, wygładzając rysy sfinksowej twarzy.
- Nie jest pan dla mnie za stary? – powiedziała, wypatrując czegoś za oknem, za którym uśpiona sygnalizacja świetlna mrugała pomarańczowym światłem. Wcale nie oburzył się, wręcz przeciwnie, znów wyglądał na zakłopotanego.
Odstawił szklankę, aż stuknęło.
– Jest pani w błędzie – zaprotestował – Ale to moja wina, jak najbardziej moja, powinienem przewidzieć, że mogę zostać opacznie zrozumiany. Wszystko przez to, że wciąż nie mogę opanować waszego sposobu myślenia...
- Waszego? – podchwyciła słowo.
- Dzisiejszych młodych ludzi.
- Ach! – Powróciła ku niemu wzrokiem. – Aż tak stary to znowu chyba pan nie jest. – Przymrużyła powieki, w piwnych oczach zamigotały iskierki. – Tak przed czterdziestką... Nie ma pan jeszcze czterdziestki, czyż nie?
- Czterdzieści? – zastanowił się. – Prawie pani trafiła.
Zaśmiała się.
- To takie śmieszne?
- Śmieję się, bo pan się zastanawiał. Jak można się zastanawiać nad swoim wiekiem?
Wzruszył ramionami.
- Już nie muszę się śpieszyć z tym winem? – zagaił.
- Nie musi pan.
- To dobrze – spoważniał. – Nadal mam nadzieję, że drugi chłopak jednak tu wróci. Wolałbym przy tym być.
Ramiona barmanki niecierpliwie powędrowały w górę.
- Wyrzuty sumienia?
- Można tak to nazwać. Niepotrzebnie się odzywałem. Powinienem był milczeć. Poniosło mnie, przyznaję. To chyba przez ten alkohol.
Znowu ją rozśmieszył.
- Wypił pan zaledwie dwie lampki wina, w dodatku z mirindą. Co za pomysł pić wino z mirindą?
- To bardzo smaczny zestaw. – Popatrzył na swoją szklankę, z zawartością koloru gnojówki. – Pewien człowiek twierdził, że wino w Słupsku pije się właśnie w ten sposób. Nabrał mnie?