Bagno

Obraz
Źródło zdjęć: © Inne

Jestem architektem. Niedawno dokonałem największej rzeczy w całym moim zawodowym życiu i teraz spokojnie mogę sobie odpoczywać.

To ja zaprojektowałem ten ogromny kościół, właściwie katedrę, która właśnie powstała na bagnach.

Od początku były kłopoty z odpowiedzią na pytanie, co zbudować w takim miejscu. Kłopoty trochę także natury technicznej, bo grunt był grząski i otoczony wodą. Na szczęście, Kościół to łódź. Katolicy wierzą, że ich Kościół to łódź Świętego Piotra, która gdzieś płynie, prawdopodobnie w stronę raju.

Łódź to bardzo dobra forma. Przede wszystkim dlatego, że jest płaska. Można rozłożyć duży ciężar konstrukcji na stosunkowo dużym podłożu, co ma pewne znaczenie, gdy grunt jest niepewny.

Ja zaprojektowałem łódź podwodną. Katedrę w formie ogromnej, szklanej łodzi podwodnej, częściowo zanurzonej w ziemi. Wielkie, przezroczyste ściany pokazywały niebo, ale tylko od wysokości trzech metrów w górę. Niżej widać było przez szkło czarną ziemię, w której katedra tkwiła jak zaryta. Czasem miał pojawiać się jakiś robaczek, który wyłaniał się z gleby, aby trykać ślepym łebkiem w szklaną ścianę, albo pełznąć wzdłuż niej, dostarczając wrażeń tym wiernym, którzy byli zbyt gruboskórni, aby słuchać kazania księdza Kominowskiego.

Dowiedziałem się, że ksiądz Kominowski postanowił zainspirować się kształtem kościoła jako tematem do pierwszego, inauguracyjnego kazania w katedrze. Pewnie chciał powiedzieć o właściwym sensie słowa „nawa” i porównać budowlę do wielkiej ryby, do której wejść musiał Jonasz, aby uchronić się przed utonięciem. Albo może postanowił ogłosić, że łódź Piotrowa, aby ocalić swoich pasażerów przed zalewem, musi stać się dzisiaj łodzią podwodną.

Bo o ile dobrze zrozumiałem to, o czym ksiądz Kominowski mówił ze mną, to jego zdaniem świat jest tak naprawdę czymś obcym chrześcijaninowi, szczególnie teraz. Atmosfera świata jest dla chrześcijańskich płuc równie zabójcza jak woda. Ta woda zalała teraz wszystko, jak w czasach potopu, a nawet bardziej. Arka Noego przynajmniej unosiła się na powierzchni, podczas gdy łódź Piotrowa od dawna znajduje się pod falami. Ale to, wbrew pozorom, może być dobre dla chrześcijanina.

Tam, na górze, przewalają się bałwany, szaleją kampanie wojenne i reklamowe. Chrześcijanin, ukryty pod powierzchnią, może być wolny od tych szaleństw. Może cieszyć się spokojem i bliskością swoich towarzyszy. Może penetrować największe głębie uczucia i myśli, niedostępne tym, którzy żyją na powierzchni i powierzchownie. Prawdopodobnie o tym wszystkim ksiądz Kominowski postanowił mówić podczas pierwszej mszy. Było mi bardzo miło, że budując taką katedrę, mogłem pomóc mu w kwestii kazania.

Kościół katolicki udowodnił, że mimo wszystko jest instytucją otwartą, akceptując taki projekt świątyni i takiego architekta. Takiego – czyli niekatolika. Ale jeszcze lepiej Kościół to udowodnił, powierzając świątynię takiemu księdzu, jak ksiądz Kominowski.

Były dwie rzeczy, które z całego księdza Kominowskiego najbardziej rzucały się w oczy. Po pierwsze, ksiądz Kominowski był nieustannie mokry. Jaka by nie była pogoda na dworze, ksiądz Kominowski wyglądał tak, jakby wrócił z ulewy. Ciemne włosy miał wilgotne i skołtunione, czoło udekorowane co najmniej pięcioma kroplami. Możliwości były dwie: albo nieustannie brał prysznic, albo pocił się jakimś dziwnym bezwonnym potem, pozbawionym jakichkolwiek zapachów poza leciuteńkim, nieuchwytnym aromatem kadzidła. Tak mogłaby się pocić święta figura.

A ksiądz Kominowski był niezwykłą figurą, na pewno świętą. To była ta druga rzecz, która najbardziej rzucała się w oczy.

Ksiądz Kominowski należał do tego gatunku świętych figur, które Kościół katolicki chętniej wynosi na ołtarze, niż na tak zwane stolce biskupie. Był chyba czymś w rodzaju duszpasterza środowiskowego, w dodatku nerwowego. Przez całe życie niezwykle ciężko pracował, organizując posługę dla osób starszych, niedołężnych, samotnych lub żyjących w domach opieki. W jego biurze zawsze siedziało kilkoro staruszków. Kilkoro innych, nieco młodszych i bardziej mobilnych, zawsze za nim dreptało, gdy tylko opuszczał plebanię. Żeby dostosować się do ich tempa, ksiądz też nauczył się dreptać.

Prawie nigdy nie widywało się go bez tej wiekowej asysty, ale nawet wtedy, gdy był sam, też dreptał. Weszło mu to w krew. Podobnie, jak wyglądanie na starszego niż był naprawdę. Zastanawiałem się, czy świadomie upodobnił się do swoich podopiecznych, tak żeby nie było im przykro, że jest on od nich trochę młodszy. Zasługiwał, bo dla większości zwykłych ludzi nieustanne obcowanie z takimi starcami musiałoby być bardzo ciężkie. Najtrudniej było obcować z ich oczami, bo te były najmniej stare. Oczy najmniej się starzeją. Skóra wokół oczu marszczy się i pęka, ale nie same oczy. Osiemdziesięcioletnia dziewczyna może mieć takie same oczy jak osiemnastoletnia.

Tyle że rzadko kiedy te oczy patrzą tak jak u osiemnastolatki. Patrzą inaczej, bo patrzą na co innego. Patrzą na śmierć, choroby, na cierpienie, które nigdy się nie kończy, albo, co gorsza, kończy się nagle. Te oczy patrzą na innych, młodszych ludzi, którzy nie chcą w nie patrzeć, którzy chcą uciec, żeby nie patrzeć. Kiedy człowiek nie ma w sobie absolutnego spokoju, nie może długo przebywać ze starszymi ludźmi i nie zwariować. Bo kiedy z nimi przebywa, uświadamia sobie, że w środku tych pomarszczonych, rozpadających się potworów siedzą tacy sami ludzie jak on. Nie wiadomo, dlaczego skazani na taki los.

Można stracić wiarę w Boga. Ja bym ją stracił, gdyby nie to, że mam już taką, której nie można stracić.

Dlaczego? Co mi daje taką wiarę?

Wielkie szklane ściany, nawy boczne wrzynające się w przestrzeń katedry jak żebra wieloryba, witraże, okrągłe jak bulaje, z kolorowego szkła wtopionego w przezroczyste szkło ścian, ołtarz, który wznosi się ku niebu na również przezroczystym podwyższeniu, ciemna przestrzeń za ołtarzem, która znowu nurkuje w głąb ziemi.

Dokonałem czegoś, o czym marzyłem całe życie. Po czymś takim człowiek zaczyna rozumieć, że Bóg naprawdę istnieje i pilnuje naszych marzeń. Po czymś takim człowiek może spokojnie żyć. I spokojnie umrzeć. Ciekawe, czy tak właśnie myślał Artur po wyhodowaniu swojej ostatniej budowli?

Artur, jak się okazało, nie tylko rozwoził pizzę, ale także studiował architekturę. A poza tym był jednym z pionierów jeszcze niemodnego, ale powoli rozprzestrzeniającego się hobby zwanego grow-buildingiem. Grow-building to budowanie z klocków. Tyle że są to klocki o specyficznej strukturze. Zbudowane z wieluset porowatych warstewek, szybko nasiąkają wodą, gdy się je podleje. A gdy nasiąkną – to rosną. Ale rosną nieregularnie. Każdy z nich przybiera nieco inny kształt. Jeżeli podleje się całą budowlę, jej kształt też się zmienia. Nieraz w sposób bardzo nieoczekiwany.

Za pomocą odpowiedniego podlewania w różnych punktach, umiejętny hodowca potrafi sprawić, że wyrośnie mu budowla w przybliżeniu podobna do tego, co chciał osiągnąć. Ale tylko w przybliżeniu. Grow-building to gra z przypadkiem. I najlepsze w niej są niespodzianki.

Jedna z budowli Artura w ostatecznym kształcie przybrała kształt pośredni pomiędzy wydrążonym kielichem a chatką. Inna prawdopodobnie miała być czymś w rodzaju małego namiotu w jego pokoju, do którego mógłby się wczołgiwać, ale w końcu wyszło coś, do czego mógłby wczołgać się tylko wyjątkowo pokręcony wąż.

Oczywiście, wszystkie konstrukcje Artura zajmowały niewielką przestrzeń. Wszystkie były ograniczone niewielkimi rozmiarami małego pokoju, który zajmował w małym mieszkaniu swoich rodziców. Ale wszystkie były szkicami niewyobrażalnych dzisiaj budowli, jakie mogły powstać w przyszłości. Niektórzy uważają, że grow-building to technika architektoniczna przyszłych czasów.

Zazwyczaj, kiedy chodziłem na spacer po bagnach, omijałem ich południową część, w której właśnie powstała moja katedra.

Nie musiałem jej oglądać. Wiedziałem, że stoi. I miałem nadzieję, że nie zniknie przed moją śmiercią. Poza tym, nadawała zajmowanej przez siebie przestrzeni sens. To już nie była część bagien, miejsce, które nie służyło do niczego. To było miejsce, które służyło do kontaktowania się z Bogiem. A więc do czegoś. Niestety, moim zdaniem najlepiej do kontaktowania się z Bogiem służą miejsca, które nie służą do niczego. A spełnienie marzeń zawsze ogranicza możliwości. Dopóki marzenia były marzeniami, były możliwościami. Kiedy się spełniają, przestają być możliwościami i możliwości jest mniej.

Teraz musiałem też ograniczyć swoje wycieczki w północnej części bagien. Dokładniej, musiałem ograniczyć ich zasięg, tak, aby omijać miejsce, w którym zginął Artur. Pozostała mi zachodnia część. Docierało się tam trzema drogami. Północna prowadziła obok miejsca, w którym zginął Artur. Południowa – obok katedry. Środkowa była niedostępna, kiedy padał deszcz i jeszcze jakieś parę dni po deszczu.

Dlatego mogłem wejść na bagna dopiero wtedy, kiedy przestało padać i minęło jeszcze trochę czasu niezbędnego do wyschnięcia terenu. Tak, jak policja. Kiedy szedłem na bagna, widziałem, jak błotnistą ścieżką ze skarpy zjeżdża podrygujący radiowóz. Potem w oddali zobaczyłem coś, co wyglądało jak podniecenie, jeśli w ogóle można mówić o podnieceniu w stosunku do niewyraźnych sylwetek, podskakujących na horyzoncie. Później dowiedziałem się, co tam się stało. Dwa dni wcześniej policja po raz pierwszy odważyła zapuścić się na bagna. Było jeszcze dość mokro. Jeden z psów policyjnych zaczął zachowywać się dziwnie, jak gdyby próbował popełnić samobójstwo. Przez cały czas próbował wskoczyć w bagniste bajoro o nieznanej głębokości. Z najwyższym trudem dwóm policjantom udało się go powstrzymać.

Dopiero dwa dni później jakiś policyjny supermózg wpadł na pomysł, że pies mógł mieć powód takiego zachowania i nie była to depresja wywołana skromnymi racjami żywnościowymi. Policjanci znowu zaprowadzili zwierzaka nad bagniste bajoro. Bajoro już zniknęło, w jego miejscu był miękki grunt. Pies jednak zaczął ten grunt rozgrzebywać, dokładnie w tym samym miejscu, w którym wcześniej próbował się utopić. To, do czego się dogrzebał, było czubkiem głowy. Co prawda, nie od razu można było rozpoznać, że to głowa. Skóra ludzka w torfowisku nie gnije, ale robi się brązowa lub czarna. Zęby stają się miękkie jak guma. Całość nasiąka wodą i przybiera dziwne kształty. Ale tym razem jednak udało się zidentyfikować pierwotny kształt tej głowy, a co za tym idzie – twarz. Twarz należała do Michała P., który zaginął w okolicy jakiś rok temu. Właśnie wtedy, gdy zaczęliśmy wykańczać katedrę.

Michał P. miał wtedy siedemnaście lat. Teraz byłby pełnoletni. Stał na baczność, pionowo wchłonięty przez torfowisko. Sugerowałoby to, że utonął w nim, a nie został zakopany. Jedynym problemem były jego ręce. Ręce miał opuszczone wzdłuż ciała, właśnie na baczność. A zazwyczaj przy utonięciu ręce są ostatnią rzeczą, która tonie. Dlatego sterczą do góry.

W tym przypadku nie sterczały. Sprawa się wyjaśniła, kiedy okazało się, że na ciele znaleziono ślady sznurów. Głęboko wrzynając się w coraz bardziej miękką i plastyczną skórę trupa, sznury pozostawiły wielkie bruzdy, zanim same zgniły.

Kiedy dowiedziałem się, że Michał P. tak naprawdę nazywał się Michał Pawica, uświadomiłem sobie, że go znałem.

Wybrane dla Ciebie
Po "Harrym Potterze" zaczęła pisać kryminały. Nie chciała, żeby ktoś się dowiedział
Po "Harrym Potterze" zaczęła pisać kryminały. Nie chciała, żeby ktoś się dowiedział
Wspomnienia sekretarki Hitlera. "Do końca będę czuła się współwinna"
Wspomnienia sekretarki Hitlera. "Do końca będę czuła się współwinna"
Kożuchowska czyta arcydzieło. "Wymagało to ode mnie pokory"
Kożuchowska czyta arcydzieło. "Wymagało to ode mnie pokory"
Stała się hitem 40 lat po premierze. Wśród jej fanów jest Tom Hanks
Stała się hitem 40 lat po premierze. Wśród jej fanów jest Tom Hanks
PRL, Wojsko i Jarocin. Fani kryminałów będą zachwyceni
PRL, Wojsko i Jarocin. Fani kryminałów będą zachwyceni
Zmarł w samotności. Opisuje, co działo się przed śmiercią aktora
Zmarł w samotności. Opisuje, co działo się przed śmiercią aktora
Jeden z hitowych audioseriali powraca. Drugi sezon "Symbiozy" już dostępny w Audiotece
Jeden z hitowych audioseriali powraca. Drugi sezon "Symbiozy" już dostępny w Audiotece
Rozkochał, zabił i okradł trzy kobiety. Napisała o nim książkę
Rozkochał, zabił i okradł trzy kobiety. Napisała o nim książkę
Wydawnictwo oficjalnie przeprasza synów Kory za jej biografię
Wydawnictwo oficjalnie przeprasza synów Kory za jej biografię
Planował zamach na cara, skazano go na 15 lat katorgi. Wrócił do Polski bez syna i ciężarnej żony
Planował zamach na cara, skazano go na 15 lat katorgi. Wrócił do Polski bez syna i ciężarnej żony
Rząd Tuska ignoruje apel. Chce przyjąć prawo niekorzystne dla Polski
Rząd Tuska ignoruje apel. Chce przyjąć prawo niekorzystne dla Polski
"Czarolina – 6. Tajemnice wyspy": Niebezpieczne eksperymenty [RECENZJA]
"Czarolina – 6. Tajemnice wyspy": Niebezpieczne eksperymenty [RECENZJA]
ZACZEKAJ! ZOBACZ, CO TERAZ JEST NA TOPIE 🔥