13 anioł
– Próbowałem się dzisiaj zabić. – Meric nie miał pojęcia, dlaczego to powiedział. Słowa padły z jego ust, zanim zdążył się powstrzymać.
Brwi Andresa raz jeszcze podjechały do góry. Detektyw miał najwyraźniej skłonność do wykrzywiania się w przesadnych minach – świadczyły też o tym zmarszczki mimiczne w kącikach ust i oczu.
– I ja mam panu pomóc zrobić to porządnie? – zapytał.
– Nie... Ja tylko... – Meric umilkł na chwilę i podjął z determinacją: – Co pan wie o Przymierzu?
– To samo, co wszyscy. – Tym razem na szczęście Andres ograniczył się do posłania Aelis zdziwionego spojrzenia.
– Tamci, na Brzegu Zachodnim, rodzą się z kompletnym antytalentem do techniki, tak jak my rodzimy się z antytalentem do magii. Dlatego w Arlenie nie ma żadnego postępu, nic się u nich nie zmieniło od tysiąca lat. Żyją tam wszystkie nieludzkie rasy, smoki i minimum po pięć utopców w każdym bagnie. My wprawdzie nie dysponujemy magią, ale za to mamy cywilizację: samochody, broń palną, sztucznie barwione czekoladowe chrupki i kalendarze z gołymi panienkami. Zgadza się? Aha, zapomniałbym: jeśli ktoś urodził się na Brzegu Wschodnim, to nie może przejść na Zachodni, bo zginie w ciągu najdalej trzech minut, i na odwrót; w obie strony mogą poruszać się tylko ci, którzy urodzili się pośrodku, czyli na terenie Getteim. Coś pominąłem?
Meric zastanowił się, czy niefrasobliwy Nataniel Andres jest aby na pewno odpowiednim człowiekiem. Jednak teraz nie miał już wyjścia. Musiał mu zaufać. Pchnął w jego stronę płytę.
– Chciałbym, aby pan posłuchał tego nagrania.
Andres przeczytał napis, raz jeszcze – Meric był na to przygotowany – podniósł do góry brwi i skrzywił się.
– Kto to napisał? Szpieg?
– Nie, anioł.
– Ach, anioł.
Detektyw włączył staroświecki, zakurzony gramofon. Przez cały czas, gdy z głośnika płynęła archaiczna arleńszczyzna Nemuela i Eliela, Andres ani razu nie uśmiechnął się z kpiną. Może to jednak jest właściwy człowiek, pomyślał Meric z ulgą.
Nagranie się skończyło. Jeśli detektywa lub dziewczynkę zaskoczył fakt, że żyli w świecie rządzonym nie przez Boga, lecz przez aniołów, to nic nie dali po sobie poznać.
– Pan nazywa się Aimeric Tyren? – pierwsza przerwała milczenie Aelis.
Skinął głową. Zapomniał nawet się przedstawić.
Andres odnalazł wśród leżących na biurku papierów dzisiejszą gazetę i porównał zdjęcie z twarzą Merica. Potem przeniósł wzrok wyżej, na artykuł zapowiadający zagładę Getteim.
– Jak rozumiem, to pan podał prasie tę wiadomość?
– Owszem, ja. Poprosiłem jednak naczelnego redaktora „Wiadomości Getteim”, by nie ujawniał mojego nazwiska.
Opowiedział im o wizycie Nemuela i Eliela. Andres gwizdnął przez zęby.
– W ładnym pan się obraca towarzystwie, nie ma co. Myślałem, że aniołowie przychodzą tylko do proroków. Wie pan, skrzydła, ogniste miecze, przykazania, te sprawy.
Meric nie zadał sobie trudu, by odpowiedzieć. Jeszcze do niedawna on sam tak myślał.
– I chce mnie pan wynająć, bym odnalazł tego anioła?
Przytaknął.
– Zrobię, co będę mógł – zapewnił Andres. – Rzecz jasna, nie za darmo.
– Pan mi nie wierzy, prawda?
Andres wzruszył ramionami.
– Za dwieście pięćdziesiąt renów dziennie plus zwrot wydatków jestem w stanie uwierzyć we wszystko.
– Ja mu wierzę – szepnęła Aelis. Meric spojrzał w skupioną, poważną twarz dziewczynki.