Trwa ładowanie...
d428iek
04-08-2020 18:00

Grzechy młodości (#5). Pokłosie przekleństwa

książka
Oceń jako pierwszy:
d428iek
Grzechy młodości (#5). Pokłosie przekleństwa
Forma wydania

Książka

Rok wydania
Autorzy
Kategoria
Wydawnictwo
Materiały prasowe
Źródło: Materiały prasowe

FASYCYNUJĄCA,PEŁNA EMOCJI, MIOŚCI I DRAMATÓW HISTORIA POLSKIEJ RODZINY
Wraz z przemianami gospodarczymi znacznym zmianom ulega życie rodziny Trzeciaków. Jola robi oszałamiającą karierę w korporacji, Piotr Kost zostaje redaktorem muzycznym w radiostacji, a Manuela prezenterką teleturnieju nadawanego przez ogólnopolską stację telewizyjną. Jednak nie wszystkim członkom rodziny wiedzie się równie dobrze. Trudny czas nadchodzi dla Ewy, która zmuszona jest do rezygnacji z występów, a także dla nauczycieli pobierających niewysokie pensje. Kryzys ekonomiczny uderza w interesy przedsiębiorczego Tymoteusza. Jak mężczyzna poradzi sobie z nowymi wyzwaniami? Czy Justyna odnajdzie szczęście u boku ukochanego? Jakie skutki przyniesie klątwa rzucona przed laty przez Franciszkę?
……………………………………………………………………..
Znakomite zakończenie jednej z najlepszych sag rodzinnych, jakie miałam przyjemność przeczytać. Polecam!
Joanna Wolf
Epicka opowieść o wielopokoleniowej rodzinie, w której bohaterami są nie tylko matki, babki, ojcowie, bracia, siostry, kochankowie… Polecam!
Dorota Witt, dziennikarka
Express Bydgoski
Edyta Świętek jest mistrzynią sag rodzinnych osadzonych w realiach PRL-u. Po rewelacyjnym Spacerze Aleją Róż powraca z równie wciągającą serią Grzechy młodości. Obowiązkowa lektura dla miłośników gatunku!
Magdalena Majcher, pisarka

Grzechy młodości (#5). Pokłosie przekleństwa
Numer ISBN

978-83-66481-61-9

Wymiary

130x200

Oprawa

miękka ze skrzydełkami

Liczba stron

448

Język

polski

Fragment

Kurz był wszędzie: na grzbietach książek, na pół­kach. Wibrował w strunach światła. Kiedy Mirel­la Wilimowska-Braun mrużyła oczy, by wyostrzyć wzrok, mogła przysiąc, że wśród jego drobinek wi­dać maleńkie, lecz przerażające stworzenia: obrzy­dliwe roztocze, należące do pajęczaków. Nienawi­dziła mikroorganizmów, o których istnieniu jeszcze do niedawna nie miała pojęcia. Wszystko przez in­ternet, w którym kiedyś znalazła artykuł o niechcia­nych i nie do końca uświadamianych sobie przez człowieka domowych sublokatorach. Do tekstu do­łączono zdjęcia jakiegoś ohydztwa powiększonego do monstrualnych rozmiarów.

Od tamtej pory nie zaznała ani chwili spokoju. Wciąż wyobrażała sobie liczne odnóża paskudztw spacerujących po jej twarzy, gdy śpi. Roztocze bu­szujące po domu i przejawiające szczególne upodo­banie do pościeli. Mikroby żerujące na obumarłym naskórku. By zminimalizować choć trochę kontakt z tym szkaradzieństwem, zobligowała sprzątaczkę do tego, by dwa razy w tygodniu zmieniała poszwy. Bielizna pościelowa miała być każdorazowo go­towana. Co pół roku nabywała nową kołdrę, koce i poduszki. Nie uznawała zasłon, firanek, dywanów

i tapicerowanych mebli. Dowierzała wyłącznie skó­rzanym kanapom i fotelom, które zostały obficie zaimpregnowane. Wszędzie, gdzie tylko mogła, in­stalowała różnego rodzaju filtry oczyszczające po­wietrze. Byle tylko wyeliminować robactwo z oto­czenia. Pająki także budziły wstręt Mirelli. Brzydziła się lepkich pajęczyn przyciągających kurz.

Siedząca w gabinecie lekarskim kobieta niefra­sobliwie podniosła wzrok. Dostrzegła w rogu po­mieszczenia cienkie nitki utkane przez jakiegoś sta­wonoga. Brzęczała wśród nich duża, tłusta mucha. Wilimowska-Braun wzdrygnęła się na ten widok i szybko przeniosła spojrzenie na biurko z jego gład­ką, mahoniową powierzchnią. Niestety tam zalegały sterty różnych dokumentów, a plama światła prze­cinająca w poprzek blat ujawniała, że sprzątaczka kiepsko wypełnia swoje obowiązki. W rzeźbionych zakamarkach antycznych mebli zalegał kurz.

Obrzydliwość! Wszędzie pełno bakterii – pomy­ślała Mirella.

Oczekiwanie na doktora dłużyło się w nieskoń­czoność. Wyszedł niby tylko na dwie minutki, a tymczasem wskazówki zegara wskazywały, że nie było go znacznie dłużej.

Potrącę mu to z rachunku za sesję! To szczyt bezczel­ności, by tak mnie okradać! Wszak płacę za czas, który ła­skawie mi poświęca! – utyskiwała w duchu, niepomna, że sesje u psychoterapeuty opłaca jej tatko.

Z jednej strony irytował ją ten człowiek i jego kiepsko posprzątany gabinet. Z drugiej musiała

jednak przyznać, że czynił cuda. Był czarodziejem, który potrafił wyłączyć albo przynajmniej mocno stłumić fobie i pomniejsze lęki wypełniające jej umysł. Ufała mu, ponieważ specyfiki przepisywane przez niego nie otumaniały, nie znieczulały jej na wszystkie bodźce, nie czyniły z niej warzywa. Dzięki magicznym pigułkom odczuwała znacznie mniejszy strach. Czasami nawet nie widziała zamieszkują­cych w kurzu robali. Nie czuła, jak pełzają po jej skórze, włażą pomiędzy włosy, wdzierają się do oczu i ust, by przegryźć miękkie tkanki i przedostać się wprost do mózgu.

Pisnęła sprężyna w mechanizmie klamki.

– Dzień dobry, pani Mirello. – Kobieta usłyszała głos swojego psychoterapeuty. – Przepraszam za tę chwilę zwłoki, już jestem do pani dyspozycji.

Wstrętny robal – pomyślała z pogardą. Jest jak oślizły insekt, który czołga się w brudzie. Pożera mój wol­ny czas!

To oczywiste, że wolałaby teraz przebywać gdzieś indziej. Na zakupach, w kinie, w kawiarni. Nawet u cholernego Cypriana – wśród jego kosz­marnie zakurzonych książek!

Co, do kurwy nędzy, ludzie mają z tymi tomiszczami, że tak namiętnie je gromadzą? – zadawała sobie pyta­nie, wodząc spojrzeniem po regale w gabinecie dok­tora Szczekockiego. Ona najchętniej podpaliłaby to wszystko, by poszło z dymem i snopami iskier. By spłonęło razem z tabunami roztoczy i moli

książkowych, które na pewno istniały i rozmnażały się w postępie geometrycznym.

Postęp geometryczny… Nie potrafiłaby powie­dzieć, czym jest. Ale zlepek tych słów wzbudzał cie­kawość. Lubiła intrygujące wyrazy oraz tajemniczo, lecz mądrze brzmiące określenia. Kolekcjonowała je w głowie, by w dogodnej sytuacji zabłysnąć przed znajomymi elokwencją.

Cyprian znał dużo ładnych nazw, wyrazów i zdań. Poza tym był skończonym draniem i jego egzysten­cję na świecie usprawiedliwiał tylko wygląd. Nale­żał do przystojnych mężczyzn. Pożerała go wzro­kiem za każdym razem, gdy przebywał w pobliżu.

Ludzie brzydcy w ogóle nie powinni istnieć. Są jak robactwo – rozmyślała z nienawiścią. Należałoby im zakazać posiadania dzieci, by nie mogli się rozmnażać.

– Pani Mirello! – Jak przez kłęby waty dotarły do niej słowa doktora. – Znowu mnie pani nie słucha. Proszę się odprężyć, a potem skupić na temacie na­szej dzisiejszej sesji.

Podziel się opinią

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.
d428iek
d428iek
d428iek
d428iek