Trwa ładowanie...
d37yj1k
d37yj1k

Coś musi trwać

książka
Oceń jako pierwszy:
Coś musi trwać
Forma wydania

Książka

Rok wydania
Autorzy
Kategoria
Wydawnictwo
Coś musi trwać
Materiały prasowe

Nigdy nie jest za późno, by wyrwać się schematom i podążyć za głosem serca.
Czasem wystarczy popchnąć jedną kostkę, aby zasiać spustoszenie w mozolnie wznoszonej przez lata budowli, gdzie każdy element stał blisko drugiego. Tak właśnie decyzją o przeprowadzce do domku nad morzem nestorka rodziny Bialickich rozpoczęła destrukcję. Rodzina podzieliła się na pojedyncze osoby, a każdy żył tylko swoim życiem, zamykając do niego dostęp pozostałym. Każdy też pielęgnował w sobie całkiem solidne pokłady żalu i utwierdzał się we własnych racjach.
W takiej atmosferze Marta będzie musiała zadecydować, co jest dla niej naprawdę ważne. Czy jej związek z Krzysztofem ma szansę przetrwać? Jak ułożą się jej relacje z siostrą? Czy Marta i jej babcia pożałują swojej decyzji o wyjeździe?
Bohaterowie tej powieści pojawili się także w książkach: Nic się nie kończy i Wszystko się zaczyna.

Coś musi trwać
Numer ISBN

978-83-66217-15-7

Wymiary

130x200

Oprawa

miękka ze skrzydełkami

Liczba stron

352

Język

polski

Fragment

Niedobrze.

Można by powiedzieć, że nawet bardzo źle. Sezon warzywny w pełni, owocowy już się zaczy­na. Jabłoń obok domu zaczęła w tym roku pięknie owocować, dziękując właścicielowi za należytą tro­skę i ofiarowując w zamian wyjątkowo dorodne papierówki. Te średnio dojrzałe nadawały się wy­śmienicie na przetwory, Halina jednak nauczyła się już bardzo dokładnie mierzyć swe siły na zamiary i zdawała sobie świetnie sprawę z tego, że sama nie ma nawet najmniejszych szans, by sprostać pracy związanej z czyszczeniem, wekowaniem i przerób­ką owoców.

Marta tymczasem zdawała się niczego dooko­ła nie dostrzegać. Halina utkwiła spojrzenie w wi­docznej doskonale z okien małego pokoju skulonej

sylwetce nad brzegiem morza. Wnuczka co chwila przegarniała niesforne, kręcone włosy, którym wiatr zdecydowanie dyktował warunki, od czasu do czasu rzucała patyk podskakującemu tuż obok psu, poza tym niezmiennie tkwiła w tym samym miejscu, wpatrując się w wodę. Niczego więcej właściwie nie robiła.

Źle. Halina westchnęła i potarła dłonią czoło. Rozejrzała się po niewielkim pomieszczeniu, by znowu utkwić wzrok w kwadracie okna. Domino przewracało się dalej, wystarczyło popchnąć jedną kostkę, aby zasiała spustoszenie w mozolnie wzno­szonej przez lata budowli, gdzie każdy element stał blisko drugiego. I tak oto decyzją o przeprowadzce do domku nad morzem starsza pani rozpoczęła de­strukcję. Rodzina podzieliła się na osoby, a każdy żył tylko swoim życiem, zamykając do niego dostęp pozostałym. Każdy też pielęgnował w sobie całkiem solidne pokłady żalu i utwierdzał się we własnych racjach. Możliwe, że je mieli, Halina jednak miała również i swoje. Mijał rok, który spędziła tu w wy­jątkowym spokoju, pełnym, jak na ponad osiem­dziesięcioletnią kobietę, zdrowiu i głębokiej satys­fakcji z każdego dnia. U schyłku życia okazało się, że można jeszcze stanowić o sobie, wbrew opinii niemalże całej rodziny. O tak, Bialiccy zjednoczyli się w wysiłkach, aby udaremnić babci i absolutnie wybić jej z głowy jakąkolwiek przeprowadzkę. Mia­ła resztę swoich dni spędzić u boku synowej i syna.

W pokoju mieszkania na pierwszym piętrze, zupeł­nie obcego, wyzutego ze wspomnień gromadzonych przez lata, znajomych twarzy sąsiadów, dźwięków, które od dekad brzmiały tak samo.

Halina usiadła na łóżku i przejechała dłonią po narzucie. Palce przesuwały się po grubo tkanych płatkach kwiatów.

Może gdyby Zbysio nie zachorował… Może to jego choroba była pierwszą kostką domina? Zmarszczyła brwi i spojrzała na jasne niebo łączące się z morzem. A właściwie… Dlaczego przypisywać sobie ponadludzkie moce? To, zdaje się, bluźnier­stwo uważać swoje własne działania za przyczynę wszelkich niepowodzeń, które spotkały rodzinę. Przecież to los, czy może ręka o wiele potężniej­sza i mająca nieporównywalnie większą moc niż ludzka, kieruje tym wszystkim. Coś jest nam pisa­ne i tyle. Może wreszcie czas przestać za fatalne stosunki wśród bliskich obwiniać siebie? Halina westchnęła. Gdyby tylko nie wyjechała, Marta też by została. Teraz byłaby już po ślubie, a tak…

– Nad czym znowu tak medytujesz? – Teresa pojawiła się nagle w drzwiach.

– A… Właściwie chyba nad niczym. Tak sobie usiadłam, żeby odpocząć. Od upału.

– Zachowujecie się prawie tak samo.

– To znaczy?

– Ty i Marta. Zawieszacie się co chwila, odlatu­jecie myślami Bóg jeden wie dokąd, a ja widzę, że

w miejsce, w którym, zdaje się, nie jest miło. Obie chodzicie zadumane i smutne. – Teresa przysiadła na krześle naprzeciwko Haliny i wbiła w nią pyta­jący wzrok.

– Wydaje ci się. – Starsza z kobiet uciekła jed­nak spojrzeniem, zaprzeczając słowom.

– Nie chcesz, nie mów. Tylko mam wrażenie, że coś was zjada od środka, borykacie się każda ze swoimi rozterkami, z nikim nie porozmawia­cie. A to błąd. Wielki błąd. – Teresa zdjęła kapelusz i odłożyła go na stolik. Zaczęła przesuwać palca­mi po jego rondzie. – Nie wiem, może powinnam dać sobie spokój, nie zawracać ci głowy i czekać, aż sama dojdziesz do wniosku, że coś powinnaś wyjaśnić. – Zmarszczyła nos. – Nie, nie wyjaśnić, czymś się podzielić. I, powiem ci szczerze, mogła­bym czekać, bo co jak co, ale do osób wtykających swoje trzy grosze w cudze sprawy to ja nie należę, co to to nie. Odnoszę jednak wrażenie, że chyba trochę wam przeszkadzam. Nie wiem, co się stało, ale czuję, że jestem tu… może nie niemile widziana, ale zbyteczna.

– Co ty wygadujesz? – Halina aż się wyprostowała.

– Nic nie wygaduję. Mówię, jak jest.

– Źle ci się wydaje, po prostu…

Ile można jej powiedzieć? Czy w ogóle jest sens dzielić się z kimkolwiek niezbyt chlubnymi wyda­rzeniami w dziejach rodziny Bialickich? Halina przyjrzała się koleżance. Między innymi Teresa

przyczyniła się do powzięcia decyzji o przepro­wadzce nad morze. Zameldowana po sąsiedzku podczas ubiegłorocznego turnusu w sanatorium, szybko zaznajomiła się z Haliną i uchyliła jej nie­co powieki na pewne rzeczy, dała odczuć, że wiek nie jest absolutnym determinantem zachowania. Machając beztrosko zwiewnymi spódnicami, za­kładała barwne kapelusze, lekko muskała usta jasną pomadką i z zadowoleniem przeglądała się w lustrach. Podczas gdy Halina siadała cicho przy stole, Teresa prowadziła głośną dyskusję o wszyst­kim, co tylko jej wpadło do głowy. Początkowo ta­kie zachowanie raziło, wydawało się zupełnie nie na miejscu, z biegiem czasu jednak starsza z kobiet zrozumiała, że jej osiemdziesiąt lat nie wystawia jej automatycznie na margines społeczny. Jeżeli ma coś do powiedzenia, to oczywistą rzeczą jest, że może to powiedzieć. Jeżeli coś ją bawi, powinna się śmiać. Wiadomo, nie tak jak te małolaty sterczące pod płotem, żeby tylko zwrócić na siebie uwagę, bo o zwracanie uwagi absolutnie nie chodziło, ale o to, żeby się cieszyć, zwyczajnie cieszyć, jeśli tylko znajdzie się ku temu powód.

Jeżeli coś jej się spodobało, to powinna to so­bie sprawić. Dotychczas Halina zastanawiała się, jaki jest sens kupowania różnych drobiazgów, sko­ro już niedługo przyjdzie się z nimi rozstać. Sy­nowa zawsze powtarzała, że nie ma co gromadzić

książek, bo tylko kurz zbierają, a potem trzeba bę­dzie je wyrzucić. „Potem” oznaczało czas po śmierci Haliny, to jasne, Krysia więc wzruszała ramionami i mówiła, że równie dobrze można teraz wyjąć pie­niądze z portfela i wsadzić do kosza. Od tego są biblioteki, żeby z nich korzystać, więc mama nie powinna wydziwiać, ale dać sobie spokój z kupo­waniem książek. Dała więc. Może nie do końca, bo raz na jakiś czas prosiła po cichu Martę, wciskała jej w dłoń kartkę z tytułem i pieniądze na zakup. Później zaś zamykała się w swoim pokoju pod pre­tekstem drzemki, wtedy wiadomo było, że nikomu nie przyjdzie do głowy, żeby jej przeszkadzać, wy­ciągała z torebki książkę i z zamkniętymi oczami chłonęła najpierw zapach świeżej farby drukarskiej. Później zagłębiała się w lekturze. Takich chwil jed­nak było niewiele, a i te okupione wyrzutami su­mienia, że dopuszcza się wobec rodziny oszustwa. Może niewielkiego, ale jednak.

Starszy człowiek nie powinien też używać wody toaletowej, wystarczą mu mydło i szampon, bo po co i komu właściwie ma pachnieć?

Tymczasem Teresa przez cały czas pobytu w sa­natorium uświadamiała Halinie, że wcale tak nie musi być. Że ma prawo cieszyć się z tej resztki ży­cia, która jej pozostała, i mało tego, powinna cie­szyć się nią w pełni, bo, do cholery, zasługuje na to. Ona też jako pierwsza zobaczyła widok z pokoju, który oczarował Halinę tak bardzo, że wszystkie

bariery stawiane przez rodzinę i samą siebie runę­ły w jednej chwili. Skoro ma się cieszyć życiem, to będzie. Od teraz. Właściciel domu nie zastanawiał się zbyt długo. Już na pierwszy rzut oka widać było, że na drewnianych zabawkach i różnego rodzaju ozdobach, które zawzięcie na potrzeby turystów strugał, niełatwo mu związać koniec z końcem. A skoro część domu dawniej zamieszkiwana przez córkę i tak stała zupełnie bezużyteczna, dlaczego by nie?

Halina popatrzyła na koleżankę. Odgrażała się w ubiegłym roku, że przyjedzie, i nic nie stanęło jej na przeszkodzie. Wpadła dwa dni temu z kilkoma walizkami, zachwyciła się obejściem i wyglądem za­równo domu, jak i jego mieszkańców. Stwierdziła nawet po cichu, że z Henryka zrobił się całkiem przystojny mężczyzna, a Halinie jakby ubyło lat, czy aby nie wykwitał tu jakiś jesienny romans? Dostała za to lekko po ramieniu od nowej gospodyni, ale nie przestawała wyrażać zdumienia metamorfozą cichej i spokojnej starszej koleżanki. A zdumienie to osiągnęło apogeum, gdy Teresa stanęła w progu pracowni. Z szeroko otwartymi oczami wpatrywała się to w drewniane anioły, to w Halinę z niemym pytaniem: jak to w ogóle możliwe? Stwierdziła wreszcie, że chyba i jej przydałaby się taka rady­kalna zmiana. No bo jak można sobie ją darować, skoro działa jak najlepszy eliksir młodości?

– Żadne tam „po prostu”. – Teresa machnęła ręką, wyrywając przyjaciółkę z zamyślenia. – Coś się dzieje, przecież widzę. Ty pewnie nie chcesz być niedelikatna i najzwyczajniej w świecie nie chcesz mi powiedzieć w kilku zwięzłych słowach, żebym zwijała manatki i wracała do siebie. Trudno. Spraw­dzałam już pociąg, o siedemnastej…

– Ani mi się waż.

– Ważę się, ważę. Spokojnie. Chwilę zajmie mi upchnięcie wszystkich ubrań do walizki i już mnie nie ma. Zadzwonię tylko, czy będzie komu mnie odebrać z dworca. A ty – Teresa pochyliła się do przyjaciółki i położyła dłoń na jej ramieniu – ni­czego sobie nie wyrzucaj, bo nic się takiego nie stało. Przyjadę w następnym roku albo może na jesień? Połączenia są idealne, nie trzeba się prze­siadać, a ja na razie jeszcze mam siłę, żeby turlać się pociągami.

– Nie ma mowy. Nie dzieje się nic, tylko… – wzrok Haliny znów powędrował za okno – pró­bujemy dojść do siebie po kolejnych zmianach, pogodzić się z zawiedzionymi oczekiwaniami, za­ufaniem, które przepadło chyba bezpowrotnie.

– Dlatego nie…

– Przestań już, Teresko. To są nasze rodzinne sprawy, właściwie nie takie znowu straszne, jakby stanąć i przyjrzeć się im z boku. – Przez chwilę Halina skupiła się bez reszty na wyciąganiu z na­rzuty sterczącej, jasnej nitki, wreszcie westchnęła

i spojrzała na Teresę. – Wiesz, że rodzina miała mnóstwo zarzutów odnośnie do tej przeprowadzki? Wiesz, że jedyną osobą, która opowiedziała się po mojej stronie, okazała się Marta?

– Wiem.

– Swoją synową widziałam raz. Na święta wiel­kanocne. To wszystko. Upłynął rok, a my mamy za sobą jedynie chwilę podczas świątecznego zamie­szania, no i jedną – Halina uniosła palec – jedną rozmowę telefoniczną. Julia była u mnie jakoś tak na początku lata. Wpadła, nadziwiła się pracow­ni i moim talentom do malowania drewnianych figurek, nacmokała się przy tym co niemiara, po czym przepadła. – Halina zacisnęła dłonie w pię­ści. – Zresztą słusznie. Wnuków nie widziałam. Ani Bartka, ani Tomka. Prawnuków też nie, bo podczas świąt jakoś tak się nam rozminęło. Co prawda Mar­ta pokazywała mi zdjęcia w telefonie, ale mnie nikt niczego nie wysłał. A przecież też mam taki telefon, na który można wysyłać zdjęcia, wiedzą o tym.

Teresa przez chwilę patrzyła na zaciśnięte usta przyjaciółki, po czym wzięła ją zdecydowa­nie za rękę.

– Chodź, czas spróbować nalewek, którymi Henryk tak bardzo się chwali.

Posadziła Halinę przy kuchennym stole, a po chwili już wracała, niosąc dwie butelki.

– Pigwa czy malina?

– Daj spokój, to na zimę. Jak będzie nas brała choroba, teraz… teraz za gorąco.

– Od kieliszka czy dwóch wypitych latem świat się nie zawali, a jeżeli nie możesz się zdecydować, to proszę bardzo – Teresa odkręciła obie butelki – spróbujemy po kolei.

– Zapomnieli o mnie. Ot co. Najpierw byli wściekli, ale tak sobie myślę, że wściekłość już dawno minęła. Zamieniła się w złość, może w żal, sama nie wiem, ale teraz już pewnie po niej śladu nie zostało.

– Więc dlaczego unikają kontaktu?

– Nie mam pojęcia. Mogę sobie tylko gdybać, bo Marta i Zbyszek nabierają wody w usta, gdy ich py­tam, kiedy odwiedzą mnie inni. Czasu brak, praca goni, dzieci małe, zawsze coś jest do roboty. Zbysio tłumaczy jeszcze, że Krysia źle się czuje i fatalnie znosi długie podróże. A mnie wydaje się po prostu, że o mnie zapomnieli, wiesz? – Halina opróżniła kieliszek i oblizała wargi. – Słodkie.

– Takie ma być. – Teresa sięgnęła po drugą bu­telkę. – A może przesadzasz? Może rzeczywiście nie mają czasu? Młodzi teraz żyją w pędzie, doby im mało.

– Możliwe. Ale bardziej prawdopodobne jest to, że do niczego nie jestem im już potrzebna. Nigdy nie byłam, zawsze stanowiłam w ich życiu jedynie dodatek. Nie mieli ze mną o czym rozmawiać.

– A Marta?

– Marta to wyjątek.

– No widzisz…

– Widzę, właśnie widzę, bo ona też mnóstwo straciła. – Halina odsunęła kieliszek i wstała od stołu. Dłonie musiały się czymś zająć, zaczęły więc równo układać ścierki na szafce, później zdejmo­wać naczynia z suszarki. – Ślub odwołany, okazało się, że narzeczony Marty woli… – ścisnęła trzyma­ny kubek – Julię, czyli jej siostrę. Po latach miłości okazywanej na wszelkie możliwe sposoby nie wy­trzymał chwilowej rozłąki, niepewności czy cholera wie czego jeszcze i zwrócił się do naszej ślicznej Juleczki. A może ona do niego? Kto to wie, jak się sprawy potoczyły? Nikt im w sumie, za przeprosze­niem, za prześcieradło nie robił.

– Może to nieprawda?

– Prawda. Nie wiem, które, zdaje się Krzysz­tof, znalazło w sobie na tyle odwagi, żeby Martę o tym poinformować. Dobrze, że odpowiednio wcześnie. Dobrze, że zrobił to, zanim wcisnął jej obrączkę na palec. W każdym razie sprawa jest stosunkowo świeża.

– O mój Boże…

– No właśnie nie wiem, czy Boga w to mieszać, czy raczej podłość ludzką. Wiesz, co jest najgorsze w tym wszystkim? – Halina usiadła z powrotem przy stole, sięgnęła do butelki i uzupełniła puste kieliszki. – To, że nie jesteś w stanie poznać dru­giego człowieka w pełni. Mówi się, że męża nie

znasz, że wiążesz się z obcym i różnie się może ży­cie układać. A co to za różnica, czy obcy czy znany od urodzenia? Julce zmieniałam pieluchy, uczyłam ją chodzić, kołysałam do snu, opowiadałam bajki. Jak była starsza, pomagałam w lekcjach. Znam ją od pierwszego spojrzenia, które rzuciła na świat, od pierwszego ruchu w łonie matki. Znam? – Uśmiech­nęła się krzywo. – Zrozumiałam dwa pojęcia tego słowa. Ta Julka, którą znam, nie zrobiłaby czegoś takiego jednej z najbliższych osób, miałaby skrupu­ły, wątpliwości, moralność by jej na to nie pozwoli­ła. A jednak stało się, czy więc ją znam? Chyba nie. Wpajane od najmłodszych lat zasady wzięły w łeb, pokazała, że ma je za nic. Zrozumiałam, że nie mo­żesz być pewna niczego ani nikogo.

– To chyba nie nowina – mruknęła Teresa.

– Jak to?

– A siebie znasz?

– Wydaje mi się, że tak.

– Wydaje ci się. Słusznie powiedziałaś, a czy gdyby ci ktoś w ubiegłym roku, powiedzmy w mar­cu, oznajmił, że przeprowadzisz się na drugi koniec Polski, nie patrząc na nikogo, uwierzyłabyś mu? Czy raczej popukała się w czoło i powiedziała, że na rozumie mu nie zbywa?

Halina zmarszczyła brwi. Jasne, że to drugie. Nie dałaby wiary w takie słowa, ufając, że do końca swoich dni będzie żyła u boku rodziny i do głowy nawet nie przyjdzie jej nic podobnego. To prawda.

Siebie też nie można być pewnym, ale czy można porównywać obie sytuacje? To, co zrobiła Julia, i to, jak ona, Halina, zaskoczyła swoją decyzją rodzinę? Czy tak samo zraniły swoich bliskich?

Podziel się opinią

Share
d37yj1k
d37yj1k
d37yj1k
d37yj1k
d37yj1k