Trwa ładowanie...
d34c3y7

Latający słoń / Dzieci księżyca. Bruderszaft ze śmiercią, tom 2

książka
Oceń jako pierwszy:
d34c3y7
Latający słoń / Dzieci księżyca. Bruderszaft ze śmiercią, tom 2
Tytuł oryginalny

Летающий слон / Дети Луны

Forma wydania

Książka

Rok wydania
Autorzy
Kategoria
Wydawnictwo
Materiały prasowe
Źródło: Materiały prasowe

Druga odsłona cyklu Bruderszaft ze śmiercią to kolejne dwie minipowieści utrzymane w eksperymentalnej konwencji „powieści-filmu”, która ma na celu połączenie tekstu literackiego z wizualnością dzieła filmowego. W Latającym słoniu poznajemy wyborną historię o szpiegowskich aferach z 1915 roku – aferach, które zrewolucjonizowały rosyjskie lotnictwo… Kapitan Josef von Teofels otrzymuje niecodzienną misję – dostać się do elitarnej załogi Ilji Muromca. Rzeczywistość pokaże, że nie jest to wcale takie proste… W Dzieciach Księżyca napotykamy na agenta rosyjskiego kontrwywiadu, który ma za zadanie rozpracować siatkę szpiegowską. Aby wykonać zadanie, musi przeniknąć do artystycznego klubu i kabaretu „Dzieci Księżyca”. A zbierają się tam ludzie bardzo szczególni − dekadenci… Wyborny humor i doskonale skonstruowana fabuła tylko potwierdzają kunszt pisarski Borisa Akunina!

Latający słoń / Dzieci księżyca. Bruderszaft ze śmiercią, tom 2
Numer ISBN

978-83-7674-539-8

Wymiary

130x200

Oprawa

miękka ze skrzydełkami

Liczba stron

336

Język

polski

Fragment

Wiosna 1915 roku. Na wschodnim froncie cisza. Jeśli popatrzymy na niebo nie od dołu, lecz z góry, przypomina ono używaną do golenia miseczkę, w której starannie ubito mydlaną pianę. To porównanie przychodziło do głowy pilotowi wojskowemu Somowowi za każdym razem, gdy prowadził swoją maszynę nad nieprzeniknioną warstwą chmur. Może niezbyt romantyczna to metafora, ale porucznikowi się podobała. Lekki, podłużny cień Nieuporta 10 prześlizgiwał się nad namydlonym policzkiem planety niczym uniesiona brzytwa, a Somow, na podobieństwo wypolerowanego ostrza z solingenowskiej stali, jednym dokładnie wymierzonym cięciem − zzzig! − zetnie nadmiar z golonego policzka i uniesie się w przestworza. Nawigator chorąży Dubcew, siedzący tuż za pilotem, był człowiekiem niepoważnym. Podczas lotu zazwyczaj śpiewał − przecież i tak pęd powietrza unosił dźwięki w dal, mógł więc wydzierać się do woli. Kiedy nie śpiewał, podjadał czekoladę albo ssał landrynki. Dubcew uwielbiał słodycze i do wszystkiego, co mu się podobało − dobrych ludzi, pięknych kobiet, szybkich koni, przyjemnych wydarzeń − dobierał w myślach słodkie epitety. Na przykład chmury bynajmniej nie wydawały mu się mydlaną pianą, lecz bitą śmietaną albo watą cukrową. Na wysokie niebo, które nieprzeniknione błękitniało nad ich głowami, lotnicy nawet nie spoglądali. Jak wiadomo, wyżej sufitu nie podskoczysz, więc niech tam sobie świeci. Dopiero kiedy aeroplany będą umiały wznieść się na jakieś pięć, dziesięć kilometrów, rzucimy okiem, co kryje się za tym błękitem. Nawigator krzyknął do rury komunikacyjnej, której wylot znajdował się przy uchu dowódcy: − Prędkość sto dziesięć, od czterdziestu minut kurs na wprost! Chyba już czas? − Co? − Odwrócił się do niego porucznik. Siedział z przodu, więc było go słychać bez wspomagających urządzeń. Właściwie mógł nawet mówić szeptem. − Przelecieliśmy nad linią frontu! Chyba już czas? − Wiem, kiedy nadejdzie czas − burknął pilot. Ufał swojej intuicji, a jak na razie nie dawała ona żadnych sygnałów, nie kazała mu zgarniać piany z policzka obłoków. Nawigator wzruszył ramionami i zaczął wywrzaskiwać jakąś operetkową arię. Dowódca wie lepiej. Nieuport wyruszył na „wielkie polowanie”, co znaczy, że nie dostał żadnego konkretnego zadania. Zatankowano go, załadowano amunicję i poleciał w kierunku linii frontu niemal na ślepo, jak ptaszek ze znanej piosenki − ten sam, który żyje sobie bez wysiłku i kłopotów. Porucznik Somow w jednostce lotniczej uchodził za weterana, a weterani mają swoje przywileje. Zrobiłeś swoje − leć, gdzie tylko chcesz! Rankiem, jeśli pogoda na to pozwalała, załoga wykonywała obowiązkowe kursy, zazwyczaj związane z rozpoznaniem, wykonywaniem zdjęć lotniczych albo korygowaniem ognia artyleryjskiego. A po południu wytrawny wojskowy pilot mógł wyruszyć na polowanie. Rozśpiewany chorąży Dubcew gotów był fruwać po niebie od rana do wieczora − nie miało dla niego znaczenia, gdzie i po co. Był prawdziwym dziecięciem eteru, człowiekiem-ptakiem. Dowódca natomiast podejmował te ryzykowne wyprawy z całkiem innego powodu. Strasznie martwiło go, że nasze lotnictwo z każdym dniem nieuchronnie oddaje niebo. Do wielkiej wojny Rosja przygotowywała się długo. Armat, amunicji, karabinów i karabinów maszynowych, jak się teraz okazało, nie udało się zgromadzić wystarczająco dużo, ale jeśli chodzi o nowe rodzaje uzbrojenia, szczególnie broń podniebną, było lepiej niż w jakimkolwiek innym mocarstwie. 1 sierpnia 1914 roku rosyjska armia posiadała dwieście czterdzieści cztery aeroplany − trochę więcej niż Niemcy i o wiele więcej niż Francja. O Anglii − z jej pięćdziesięcioma samolotami − albo Austrii − z trzydziestoma − nawet nie warto mówić. W pierwszych dniach wielkiej defensywy niebo na froncie wschodnim należało do Rosji. Teutonowie szybko się jednak zorientowali, jaką rolę we współczesnej wojnie odgrywa „powietrzna kawaleria”. Ich potężny przemysł w niezwykłym tempie zaczął produkować samoloty. Otwarto nowe szkoły lotnicze − dopływ pilotów, nawigatorów lotniczych i mechaników też był więc zagwarantowany. A my właściwie prawie nie mamy własnych fabryk produkujących samoloty, nowych pilotów szkoli się w iście ślimaczym tempie. W ciągu dwóch miesięcy straciliśmy połowę aeroplanów i czwartą część wykwalifikowanego personelu − i to, co gorsza, tych najlepszych. A wszystko przez to nieokiełznane rosyjskie marnotrawstwo. Nasz najwybitniejszy pilot, wielki Aleksander Wasiljew, został zestrzelony w dziesiątym dniu wojny, ponieważ niepotrzebnie popisując się brawurą, zbyt nisko poszybował nad austriackimi okopami. Słynny sztabskapitan Niestierow popisał się z kolei niewybaczalną głupotą − staranował własną maszyną samolot wroga i zginął. To oczywiście czyn bohaterski, ale przecież Niestierow wart był dziesięciu innych pilotów! Ostatecznie po sześciu miesiącach od rozpoczęcia działań wojennych niemieckie siły powietrzne wzrosły dwukrotnie, a my mieliśmy aeroplanów i lotników mniej niż podczas pierwszej bitwy. A przecież dowództwo naocznie przekonało się o strategicznej skuteczności tych etażerek ze sklejki i płótna, które jeszcze rok wcześniej uważano za jakieś nieszkodliwe zabawki. Podczas fatalnego natarcia w Prusach Wschodnich lotnicy namierzyli ogromne siły wroga, otaczające ze skrzydła korpus Samsonowa. Natychmiast zameldowano o tym do sztabu, który całą sprawę zbagatelizował − nikt nie chciał wierzyć podniebnym fantastom. No i dostali za swoje… Teraz każdy dowódca dywizji żąda, żeby jego odcinek frontu był obsługiwany przez awiację. Tylko skąd wziąć nagle tyle maszyn i ludzi? Niemieckie albatrosy, tauby i elfaugi od rana do wieczora krążą nad okopami, kierując ogniem artylerii i nękając naszych żołnierzy niespodziewanymi bombardowaniami, a rosyjskich nieuportów i farmanów prawie nie uświadczysz. Somow startował po dwa razy dziennie − i to bynajmniej nie z nadmiernej brawury albo żądzy przygód, lecz po to, by zaznaczyć naszą obecność w powietrzu: wesprzeć moralnie piechotę i postraszyć Niemców. Gdyby nie trzeba było oszczędzać silnika, wątłego siedemdziesięciokonnego gnoma, porucznik latałby i trzy razy dziennie. Pilota nagle zaswędział nos, poczuł, jak po plecach przebiegły mu mrówki. Tak działała jego słynna lotnicza intuicja. Na dole wciąż kłębiła się ta sama nieprzenikniona piana, jednak Somow ufał swoim przeczuciom. Uniósł nogę i rzucił okiem na przytroczony do kostki wysokościomierz. Tysiąc siedemset. Turbulencje pięć, sześć metrów na sekundę. Czy to silny boczny wiatr, czy też odwieczny instynkt myśliwego, w każdym razie coś nagle wywiało z głowy pilota całą strategiczną wiedzę i patriotyczne uczucia − pozostało w niej tylko pełne oczekiwania drżenie. − Kostia, schodzimy! − rzucił przez ramię i przyciągnął orczyk do siebie, żeby pogłębić skręt. Lekko nacisnął na pedał sterujący statecznikami i odparował napór wiatru. Samolot, ostro skręcając, runął na dół. Lekkomyślny nawigator aż stęknął z zadowolenia, uwielbiał to uczucie − jak gdyby człowiek w całym pędzie mknął z góry na sankach. Skrzydło nieuporta błysnęło w słońcu − rzeczywiście wyglądało jak ostrze brzytwy. Meine Herren, prosimy do golenia! Przez całe dwadzieścia sekund, kiedy aeroplan wkręcał się spiralnie w ślepą mgłę obłoków, porucznik Somow okropnie się bał, że jego słynny węch, któremu jak dotąd mógł ufać, tym razem go zawiódł. Jeśli okaże się, że na dole znajdą tylko puste pola i zagajniki? Ale nos, bez którego samotny myśliwy nic nie znaczy, nie zawiódł go. Ziemia, którą dostrzegł z wysokości tysiąca metrów, kusiła jak otumaniona wczesną wiosną dziewoja: jasnozieloną letnią sukienką łąk, pokrytą granatowymi groszkami kałuż, srebrzystą wstęgą rzeki, żółtymi wstążkami krzyżujących się dróg. Jedną z nich pełzła długa szaro-bura żmija. To pułkowa konnica zmierzała w kierunku mostu. Somow miał na kolanach otwarty mapnik z dziesięciowiorstówką, mapą powszechnie nazywaną „zielonką”. Palec lotnika bezbłędnie trafił w most na rzece Dunajec. Gdyby tak udało się go zbombardować! Ale pięciofuntowe bombki konstrukcji Oranowskiego i trzyfuntowe „gruszki” Władimira Gelgarda, które miał na pokładzie lekki nieuport, raczej nie były w stanie zrobić żelaznemu mostowi krzywdy. Tak jak beztrosko maszerujący fryce nie byli w stanie uniknąć brzytwy. Porucznik wyłączył silnik i cicho poszybował w ich stronę. Maszerująca drogą piechota była coraz bliżej. Wyglądała teraz jak sznur kiełbasek: ciasno zbite kolumny kompanii rozdzielały cieniutkie sznureczki wozów gospodarczych. Nawigator Dubcew miał inne skojarzenia. − Jak szczury na nitce! − wykrzyknął poruszony. − Ech, wy, moi słodziutcy! Misza, marcepanku, zajeżdżaj od tyłu! Porucznik i bez tego wiedział, z której strony zacząć bombardowanie. Z ziemi na razie nie zauważono rosyjskiego aeroplanu, a ten tymczasem wyprostował lot i szybował dokładnie wzdłuż szosy, doganiając niemiecki pułk. − Leciutko w lewo! − poprosił nawigator, pełniący też rolę bombardiera. − Wiatr! Pilot pokiwał głową. Wziął poprawkę ot tak, na oko. − No, dawaj, na co czekasz? Chorąży zaśpiewał: − „Ach, nie, już wiem na pewno, już zakochałem się! Jak chłopiec kocham, dręczą mnie młode żądze!”. I pociągnął za sznur prawego luku bombowego. Z zewnątrz kadłuba samolotu była przymocowana skrzynia, w której w trzydziestu sześciu przegródkach leżały granaty w kształcie gruszek. Zawleczka każdego z nich przywiązana była do pokrywy. Kiedy dno skrzynki zostało otwarte, granaty wypadły i poleciały na ziemię. Dubcew wychylił się, żeby zobaczyć, czy wszystko w porządku. Jeden granat pozostał w skrzynce. Wyszarpnął go ręką i rzucił na dół, jak kamień.

d34c3y7

Podziel się opinią

Share
d34c3y7
d34c3y7
d34c3y7
d34c3y7
d34c3y7