Trwa ładowanie...
dgx2cju

Dama z kotem

książka
dgx2cju
Oceń jako pierwszy:
Dama z kotem
Forma wydania

Książka

Rok wydania
Autorzy
Kategoria
Wydawnictwo
Dama z kotem
Materiały prasowe

Roztrzepana i lekkomyślna Zuzanna Roszkowska tym razem spróbuje swoich sił jako… prywatny detektyw
Zu – najlepsza z żon, a także kobieta zdolna do wszystkiego – daje się namówić mężowi na roczny wyjazd na wieś. Na miejscu słynne „cisza i spokój”, zwykle wiązane z życiem na wsi, będą musiały ustąpić przed niezwykłą skłonnością Zu do wpadania w tarapaty.
Kiedy gospodyni pensjonatu, w którym zamieszkali Roszkowscy z dziećmi, znika nagle bez słowa, zaledwie dzień po przyjeździe swoich nowych lokatorów, Zuzanna od razu przeczuwa zbliżające się kłopoty. Jednak wszyscy wokół zdają się lekceważyć jej obawy o los zaginionej.
Tym razem Zu będzie musiała zmierzyć się z przedstawicielami tajemniczej fundacji, niegrzecznym Panem Małpką, pojawiającymi się i znikającymi rondlami, a także… koniem, świnią, kozą, królikiem, gąsiorem oraz kotem – za jedyną pomoc mając podręcznik dla początkujących detektywów.
Co tym razem wymyśli „najlepsza z żon”? Jedno jest pewnie – będzie barwnie, zabawnie i… wybuchowo! Napisać dobrą komedię to nie lada sztuka, a Iwonie Czarkowskiej z całą pewnością się to udało.
Magdalena Majcher, autorka i recenzentka

dgx2cju
Dama z kotem
Numer ISBN

978-83-7674-567-1

Wymiary

130x200

Oprawa

miękka ze skrzydełkami

Liczba stron

320

Język

polski

Fragment

Występują:

Zuzanna Roszkowska – najlepsza żona na świecie i kobieta zdolna… do wszystkiego

Michał Roszkowski – idealny mąż najlepszej żony, a w wolnych chwilach lekarz

Jaś i Małgosia – dzieci Roszkowskich (choć nie­którzy twierdzą, że są dziećmi drwala)

Patryk Lewandowski – przyjaciel Michała ze stu­diów, o którym Zuzanna ma jak najgorsze zdanie

Aniela Kubacka – gospodyni pensjonatu, przeważ­nie nieobecna, więc możliwe, że w tym samym czasie występuje w innych książkach

Mikołaj Kopernik – to nie ten Kopernik, ale to dla naszej historii nie ma absolutnie żadnego znaczenia

Barbara Nowik – siostra Zuzanny, pojawia się rzadko, zawsze po to, żeby coś posiekać na kawałki

Jacek Zuzia – hydraulik, który jednak wyjechał do Bangladeszu

Joanna Jarzębska – emerytowana motornicza tramwaju, która nie rozumie, dlaczego Zuzanna…

Sylwester Brożek – mężczyzna, który potrafi spra­wić, że karaluch poczuje się królem dżungli

Genowefa Guzik – kobieta, która jest żywym do­wodem na prawdziwość powiedzenia „Guzik wie”

Gościnnie występują:

Fikander, Malwinka, Gluś, Bromba, Psztymucel, Puciek, zielony rondel, niebieski rondel, fioletowe ka­losze i różowa skarpetka7

AKT I

ŻONA LEKARZA W NĘDZY

Ty na pewno chcesz mnie zostawić!

Już raz mnie zostawiłeś i poleciałeś do Londynu.

I wtedy był ten okropny napad…

Cud, że mnie nie zamordowali.

Ale ciebie to oczywiście nic a nic nie obchodzi!

– Żartujesz? – Zuzanna odłożyła książkę, którą czy­tała przy kolacji, spojrzała uważnie na siedzącego po drugiej stronie stołu męża i odetchnęła z ulgą: – Tak też myślałam. No naprawdę świetny żart. Prawie ci uwierzyłam. Ha, ha, ha!

Wróciła do lektury, a Michał westchnął głęboko. Nie był zdziwiony reakcją najlepszej z żon. Zaska­kujące byłoby raczej, gdyby entuzjastycznie odnio­sła się do pomysłu przeprowadzki na wieś. Tym bar­dziej, że jeszcze tydzień temu rozmawiali o remoncie mieszkania i zakupie nowych mebli do pokoju dzieci. A ponieważ wiedział, że nie będzie łatwo, to od dnia,

w którym kolega ze studiów zaproponował mu posadę lekarza w prowadzonym przez siebie Ośrodku Zdro­wia, ćwiczył tę rozmowę, przekonując siebie, jakby był Zuzanną.

– Mielibyśmy tam duży dom z ogrodem – kusił żonę jednym z przygotowanych zawczasu argumentów. – Zawsze przecież chciałaś mieć duży dom z ogrodem. Patryk mówił, że jakaś staruszka zapisała gminie pięk­ną willę i możemy się tam natychmiast wprowadzić.

– Ja? – Zuzanna ze zdziwieniem wzruszyła ramio­nami, odłożyła książkę i sięgnęła po łyżkę, żeby nakar­mić trzyletnią Małgosię. – Ja nigdy nie chciałam mieć domu z ogrodem. Ja się brzydzę robali, co wychodzą z ziemi i spadają z drzew. To Anita zawsze truła Ka­rolkowi, żeby kupił jakiś dom dla nich. Wiesz, mam doskonały pomysł! Niech ten twój Lewandowski za­trudni Karolka i wszyscy będą zadowoleni.

Michał westchnął głęboko. Było gorzej niż się spo­dziewał.

– Ale Patryk nie potrzebuje agenta nieruchomości, tylko lekarza, kocie Zuzocie – powiedział.

– Patryk, Patryk – fuknęła Zuzanna, po czym za­brała mężowi sprzed nosa półmisek z jego ulubionym twarogiem z rzodkiewką i postawiła na to miejsce śle­dzie w śmietanie, których mąż nie jadał. – Zawsze cię

wykorzystywał i teraz też pewnie chce w coś wrobić. Ja bym mu nie wierzyła. Ile razy razem pracowaliście, to zawsze znajdował jakiś sposób, żebyś odwalał za niego robotę. Znowu będzie tak samo. Jeszcze się przekonasz i wspomnisz moje słowa.

Michał westchnął, upił duży łyk herbaty, która mia­ła jakiś dziwny smak, i podjął kolejną próbę. Z jednej strony zdanie na temat Patryka miał dokładnie takie samo jak żona. Ale z drugiej dobrze byłoby chociaż na trochę wyrwać się z powiatowego szpitala w Zabrzeź­nie i popracować w jakiejś małej przychodni. Miał dość izby przyjęć, nocnych dyżurów i pracy w niedzie­le i święta. Chciał więcej czasu spędzać z Zu i dziećmi.

– W tym domu podobno jest kominek. Zawsze chciałaś mieć kominek. – Uśmiechnął się zachęcająco.

– Nigdy nie chciałam mieć kominka – stwierdziła stanowczo Zu, zabrała śledzie i z powrotem podsta­wiła mężowi pod nos twaróg. – Ja się boję ognia, od­kąd Baśka w dzieciństwie podpaliła mi włosy. To moja młodsza siostra, ta walnięta piromanka, zawsze chcia­ła mieć kominek. Trzeba było się z nią ożenić, a nie ze mną.

Każde słowo Zuzanna podkreślała, wymachując łyżką. Małgosia śledziła w napięciu ruchy ręki mat­ki. Wyczekała na moment, gdy ta w ferworze dyskusji

z ojcem odłożyła łyżkę. Dziewczynka przysunęła so­bie talerz i zjadła szybko zupę.

Mamusia była kochana, ale trochę roztargniona. No, może raczej bardzo roztargniona. Często zdarzało jej się zapomnieć, że córka opanowała już do perfekcji samodzielne operowanie sztućcami i usiłowała ją kar­mić. A raz zgubiła Małgosię w sklepie. Dziewczynka co prawda potrafiłaby sama wrócić do domu, ale jeden pan uparł się, żeby wezwać policję. Na szczęście ten policjant, który przyjechał, znał mamusię i nie areszto­wał jej, jak się już znalazła, tylko powiedział: „Dzień dobry pani Zuzanno! Miło panią widzieć. U nas na ko­misariacie często się o pani mówi”. A ten pan, który nie wierzył, że Małgosia sama trafi do domu, tak dziw­nie wtedy spojrzał na mamusię. Małgosia nie miała pojęcia dlaczego.

Tymczasem rozmowa dorosłych przy rodzinnym stole weszła w nową fazę. Teraz Zuzanna wypominała Michałowi rzeczywiste i urojone grzechy z przeszłości i usiłowała wpędzić go w poczucie winy, które spo­wodowałoby, że ukochany mąż zrezygnowałby z tych absurdalnych przeprowadzkowych planów.

– Bo ty na pewno chcesz mnie zostawić – chlipała w półmisek ze śledziami, którym łzy nie mogły już zaszkodzić, bo i bez tego były niewiarygodnie słone,

Zu zapomniała je namoczyć. – Już raz mnie zostawiłeś i poleciałeś do Londynu. I wtedy był ten okropny na­pad! Pamiętasz?1 Cud, że mnie nie zamordowali. Ale ciebie to oczywiście nic a nic nie obchodzi.

Michał westchnął głęboko.

– Kocie Zuzocie, przecież nie było żadnego napadu – przypomniał żonie. – Pani Jarzębska wezwała poli­cję, bo usłyszała jakiś hałas w naszym mieszkaniu.

Pani Jadwiga Jarzębska, emerytowana motornicza tramwaju, mieszkała przez ścianę z Roszkowskimi.

– No właśnie – chlipnęła Zuzanna. – To byli ban­dyci.

– Żadni bandyci. To ja byłem w środku. Wróciłem akurat z Londynu. Nie zadzwoniłem wcześniej, bo chcia­łem ci zrobić niespodziankę. No, przypomnij sobie…

Małgosia wiedziała, że dyskusja rodziców potrwa jeszcze trochę. Rozejrzała się… Obok niej siedział starszy o dwa lata brat Jaś. Rozmowa rodziców nie in­teresowała go zupełnie. Całą jego uwagę pochłaniały próby nabicia na widelec kawałka szynki, który wyło­wił z sałatki. Szynka była okropnie śliska i ciągle mu uciekała. Pewnie jak kilka poprzednich kawałków wy­lądowałaby pod stołem, ale Małgosia wychyliła się ze

1 Ta historia została opisana w książce Słomiana wdowa, czyli kobie­ta do zadań specjalnych.

swojego krzesełka, wyjęła bratu z ręki widelec, nabiła szynkę i wsadziła Jasiowi do ust. Chłopiec łapczywie przełknął wędlinę, a potem otworzył buzię i czekał na kolejną porcję. Gdy jego talerz był już czysty, w roz­mowie dorosłych nastąpił kolejny zwrot. Zuzanna po­stanowiła obrazić się na męża. Ostentacyjnie odwró­ciła się od Michała i spojrzała na dzieci. Na widok pustego talerza po zupie jarzynowej i drugiego po sa­łatce z szynką, rozczuliła się.

– Wszystko zjedliście? Jakie wspaniałe dzieci. Szkoda, że tatuś nie chce brać z was przykładu – po­wiedziała i spojrzała na męża z wyrzutem.

– Ależ kochanie, co ty opowiadasz? – Michał stłu­mił śmiech i udał, że się oburza. – Ja jak najbardziej potrafię samodzielnie jeść, nawet nożem i widelcem. No już, nie dąsaj się, kocie Zuzocie. Przecież wiesz, że nie zrobię nic, na co ty się nie zgodzisz. Najlepiej jedź­my w sobotę do tej Patrykowej wsi. Obejrzysz sobie dom i podejmiesz decyzję. To przecież tylko na rok. Mikulski i tak zamknął agencję nieruchomości i mu­sisz poszukać czegoś nowego. Możesz spokojnie dać sobie kilka miesięcy urlopu. Będziesz miała czas, żeby się zastanowić, co chcesz robić.

– Niby masz rację – westchnęła Zuzanna. – Nawet już miałam taki jeden pomysł.

– Tak? – zapytał z zainteresowaniem Michał i ode­tchnął z ulgą, bo rozmowa zaczęła zmierzać w pożą­danym kierunku. Odprężył się i odchylił na krześle. Najgorsze miał za sobą. Przynajmniej tak myślał…

– Może założę agencję detektywistyczną? – zasta­nawiała się Zu. – Co o tym myślisz Michu? Przecież w kilku sprawach pomogłam policji. Nawet podręcz­nik sobie kupiłam. O, zobacz! – Pokazała mężo­wi książkę, którą od kilku dni czytała przy jedzeniu i w wannie.

Książka miała jadowicie zieloną okładkę i nosiła trochę przydługi tytuł I ty możesz zostać Sherlockiem Holmesem, czyli poradnik dla początkujących prywat­nych detektywów.

– Posterunkowy Gaweł kilka razy mówił, że mam talent – pochwaliła się Zuzanna.

Roszkowski już chciał powiedzieć, że jego zdaniem policjantowi chodziło raczej o wybitny talent najlep­szej z żon do pakowania się w kłopoty, a Sherlock Holmes dość, że nie istniał, to w dodatku był pijakiem i narkomanem. Ale na szczęście w ostatniej chwili ugryzł się w język. Po takim tekście Zu obraziłaby się na minimum trzy dni i rozmowa o przeprowadzce sta­nęłaby w miejscu. A on umówił się z Patrykiem, że pojutrze przyjadą obejrzeć dom.

– Ty masz mnóstwo talentów – wyszeptał żonie do ucha. – A najbardziej lubię, jak…

– Nie wygłupiaj się! – Zuzanna go odepchnęła.

– Jakbym mógł! – oburzył się Michał. – No, kocie Zuzocie… Pojedziemy? Powiedz, że pojedziemy.

Przyciągnął żonę do siebie. Przyszło mu do głowy, że ten wyjazd z miasta będzie doskonałym rozwiąza­niem jeszcze z innego powodu. W małej wsi pewnie nie będzie żadnych przestępstw, które mogłaby wy­świetlać jego żona, i dzięki temu nie wpakuje się w ko­lejne kłopoty.

Małgosia tymczasem sprawnie wyszła z wysokiego krzesełka i podreptała do pokoju, który dzieliła z bra­tem. Wyciągnęła spod łóżka atlas anatomiczny, który przyniosła sobie jakiś czas temu z pokoju rodziców, i zaczęła go przeglądać. Po chwili dołączył do niej Jaś.

– Całują się – powiedział i usiadł obok siostry.

Spojrzał na trzymaną przez nią książkę. Była otwar­ta na stronie z przekrojem serca. Jaś aż się wzdrygnął na ten widok. Gorszy dla niego był chyba tylko widok mózgu. Szybko podreptał w kąt pokoju i zajął się ukła­daniem klocków. Co jakiś czas zerkał na młodszą sio­strę. Małgosia trochę go przerażała. Zupełnie tak jak tata, gdy opowiadał o swojej pracy. Najgorsze wspo­mnienie, jakie Jaś miał ze swojego pięcioletniego ży­cia, to była wizyta w szpitalu po tym, jak wpadł na kaloryfer i rozciął sobie czoło. Widok taty w białym fartuchu spowodował u niego taki atak histerii, że trze­ba było pilnie szukać innego lekarza, który mógłby się nim zająć.

Podziel się opinią

Share
dgx2cju
dgx2cju
dgx2cju
dgx2cju
dgx2cju